Syk w ciemnościach
Wielkie święto dzisiaj – Nana ma urodziny!
Najmilsza, wszystkiego najlepszego. Zdrowia.
Weny. Seksu. Spełnienia marzeń. Chleba z majonezem i z hajsem. Szczęścia. Wszystkiego, wszystkiego co
najlepsze, bo na to zasługujesz. Kocham Cię.
Ale przecież dobrze o tym wiesz.
Zaciskając
zęby z bólu wyrwał z ciała sztylet. Ostrze zgrzytnęło o kość. Ściekało jego
krwią.
Zabawne,
zawsze sądził, że jest niepokonany. Że jeśli tylko zechce, to może mieć
wszystko. Sławę, bogactwo, miłość. Każde królestwo tego świata. Szatanem a
prawdą, myślał też, że gdyby tylko zechciał, mógłby stać się niepodzielnym
władcą Piekieł.
Rzecz
w tym, że mu się nie chciało.
Żałosne.
Miał go zabić zwykły kamień?
–
Nie ma, kurwa, mowy – wybełkotał ledwo słyszalnie,
a potem stęknął z wysiłku, próbując
stanąć na nogach.
*
* *
Zdjął okulary i
przetarł zmęczone oczy. I tak nosił zerówki, w dodatku tylko dlatego, że wtedy
wyglądał poważniej i bardziej odpowiedzialnie. Pic na wodę i fotomontaż, ale w
pracy sprawdzało się świetnie. Chyba że – tak jak teraz – był nieludzko
zmęczony. Parę godzin wcześniej demony z Urzędu Rozliczeniowego nawet zaczęły
plotkować, bo przecież książę Belial zwykle miał w szczerym poważaniu wszystkie
swoje obowiązki, jakiekolwiek by one nie były; zresztą nikt w całym Piekle nie
wiedział, czym właściwie Aryman się zajmował, łącznie z Lucyferem i Astarothem.
Złośliwi zwykli mawiać, że pewnie nawet sam Belial tego nie wie.
Wbrew pozorom,
zazwyczaj jednak wiedział.
Z tym, że teraz nic
się nie zgadzało. Niby w papierach wszystko było w porządku, ale żadne dane nie
miały najmniejszego sensu – może poza gramatycznym. Trochę jak w historii rodem
ze snu: niby wszystko do siebie pasuje, ale jak na to spojrzysz pod innym
kątem, to się nagle okazuje, że patrzysz na prawdziwy burdel na kółkach.
Więc siedział i
próbował zrozumieć. I tak siedział już kilkanaście dobrych godzin, za oknami
już dawno się ściemniło, a w Urzędzie został jedynie cieć, Belial i jego
asystentka, która co jakiś czas zaglądała do gabinetu księcia i usłużnie
przynosiła mu kawę. Przyglądała mu się wtedy nieco nerwowo, już dawno nie
widziała, by szef tak gorliwie przetrząsał papiery.
Drzwi otworzyły się
z lekkim stukiem i do środka weszła Penemuel. Postawiła na biurku tacę z
parującą filiżanką.
– Dzięki, Pen –
mruknął czarnowłosy, jakby ledwo zauważając, że ktoś wszedł. Stukał palcami w
blat biurka i trzeci raz czytał ten sam ustęp tekstu. – To nie ma za grosz
sensu – powiedział nagle i spojrzał przenikliwie na kobietę.
Była śliczna. Nie
piękna, nie seksowna: śliczna. Miała urok małej dziewczynki. Może to przez te
wielkie oczy w kolorze ciepłego błękitu. Belial lubił na nią patrzeć. I, co dla
niego dziwne, nigdy nawet nie próbował do niej zarywać. Traktował ją trochę jak
taką biurową maskotkę. Poza tym – gdyby się z nią przespał, pewnie narobiłaby
sobie nadziei, a potem rozczarowana rzuciła pracę, a przecież w Piekle tak
trudno znaleźć kompetentną asystentkę.
– Co takiego nie ma
sensu, szefie? – zapytała cicho i podeszła bliżej. Doskonale zdawała sobie
sprawę, że Belial nie potrzebuje jej opinii, po prostu musiał pomyśleć na głos.
Nie robił tego często, może raz na kilka stuleci.
Ale zawsze po czymś
takim w Piekle rozpętywało się istne pandemonium.
– Chodź, zobacz
sama.
Usunął się z
fotelem trochę na bok, by zrobić blondynce miejsce. Penemuel dosunęła sobie
krzesło i zaczęła czytać podsunięty jej pod nos fragment sprawozdania. Belial
wpatrywał się w okno niewidzącym spojrzeniem. Nie rozumiał, skąd te nagłe
spadki mocy na linii energetycznej demonów z jego kręgu. Szpiedzy także nic nie
wykryli – niby wszystko było w porządku. Żaden mieszkaniec Piekła nie został
zamordowany (no, może niezupełnie, w każdym razie, zgonów było nie więcej niż
zwykle), nie wykryto żadnych magicznych zakłóceń, nie znaleziono śladów po
dziwnych rytuałach, nie odnotowano obecności nietypowych stworzeń, anioły też
nie były jakoś specjalnie aktywne w swoim bojowym zapale do zwalczania emisariuszy
Piekieł. Innymi słowy – wszystko grało.
A jednak kumulacja
mocy sumarycznej kręgu, od tysiącleci utrzymująca się na w miarę równym
poziomie, od kilku miesięcy drastycznie wręcz spadała. I nie było na to żadnego
logicznego wyjaśnienia.
– I co o tym
myślisz? – zapytał kiedy odłożyła kartkę na blat.
– Może ktoś się
pomylił…? – zasugerowała spokojnie jak zawsze. Belial chyba jeszcze nigdy nie
słyszał, by kobieta podniosła na kogoś głos. Nawet gdy pewnego dnia Lilith
wparowała do biura w samym bikini i zaczęła komenderować (nie swoim!)
departamentem, w zasadzie bez powodu, Penemuel tylko sucho, ale bardzo
formalnie powiadomiła sukkuba, że nie jest ona upoważniona do podejmowania
działań na terenie Departamentu Chaosu i w takim układzie powinna przedłożyć
pisemne pozwolenie od księcia Arymana na podejmowanie tychże albo zostanie
wezwana ochrona.
Belial żałował, że
nikt nie zrobił wtedy Lilith zdjęcia. Musiała mieć cudowną minę.
– Tak, też brałem
to pod uwagę. Kazałem wszystko sprawdzić kilka razy. Wysłałem nawet dwie różne
ekipy. Tu masz drugą ekspertyzę. – Podsunął jej plik kartek i skrzywił się. –
Ale z góry uprzedzam, że nie musisz tego czytać, bo wszystko wygląda dokładnie
tak samo.
Z roztargnieniem
wyciągnął paczkę fajek. Dopiero po chwili zorientował się, że w pudełku już nic
nie zostało.
– Kurwa – mruknął i
zmiął puste opakowanie, po czym rzucił nim w stronę kosza. Nie trafił. – Myślisz, że ten kiosk na rogu będzie
jeszcze czynny?
– Nie sądzę,
szefie. Jest trzecia nad ranem.
– Godzina duchów i
demonów. Skąd ludzie biorą takie brednie na swoje przesądy. Nikt normalny nie
bierze się do roboty o tej porze.
– Też sobie zadaję
często to pytanie.
Spojrzał na
demonicę jakby dopiero ją zobaczył.
– Hej, Pen, a ty
nie powinnaś być już w domu? – zapytał ze zdziwieniem.
Uśmiechnęła się
lekko.
– Szefie, bądźmy
szczerzy. Mam tu coś do zrobienia tylko wtedy, kiedy jesteś na miejscu. A oboje
dobrze wiemy jak rzadko się to zdarza. Nadgodziny raz na sto lat krzywdy mi nie
zrobią.
Belial wyszczerzył
się do niej w odpowiedzi.
– Słuszna uwaga.
Ale nie rozpowiadaj o tym na prawo i lewo.
Przez chwilę
patrzyli na siebie porozumiewawczo. Z Penemuel nie było problemów. Nigdy nie
wyobrażała sobie za dużo, a pod maską profesjonalności i chłodnego spokoju
skrywało się poczucie humoru, które książę bardzo cenił.
Dziewczyna
odchrząknęła.
– Może to jakaś
choroba? Warto by sprawdzić. Książę Astaroth znowu ostatnio eksperymentował z
wirusami.
– Myślisz, że to
powtórka z czternastego wieku?
– Niczego nie
wykluczam.
Zamyślił się.
Dobrze pamiętał, ile zamieszania wywołał ektoplazmatyczny wirus. Astar najpierw
nikomu nie chciał się przyznać i zginęły setki demonów, a później radośnie
obwieścił, że stworzył lek na wirusa i zaczęła się fala przymusowych szczepień.
Nie, żeby Astaroth na tym nie zarobił. Sukinsyn przezornie opatentował
szczepionkę i nawet Lucyfer nie mógł mu się dobrać do tyłka.
A że wirus potem
zmutował i przeniósł się na inne istoty, siejąc na Ziemi falę zniszczenia znaną
jako czarna ospa? Szczegóły…
Belial potrząsnął
lekko głową.
– Nie, to mało
prawdopodobne. Poza tym Lucek i Astaroth też mają ostatnio takie problemy.
Gdyby to była wina naszego kochanego doktorka, to nie chodziłby taki
podkurwiony.
Znów był w punkcie
wyjścia.
– Umm… A może to
sprawka Lewiatana? – podsunęła po chwili ściszonym głosem. Zaraz dodała szybko:
– Skoro u niego wszystko w porządku…
– Nie, to bez
związku – żachnął się tylko. – Jego bestie nadają na zupełnie innych falach,
nie ma w nich nic ludzkiego, dlatego nawet algorytmy obliczeniowe dla ich mocy
są zupełnie inne od tych dla zwykłych demonów jak ty czy ja. Co, swoją drogą,
też jest kolejnym dowodem na to, że to nie żadna zaraza, tylko coś dotyczącego
ściśle mocy.
– No tak, bestie
też chorowały. Nie zwróciłam na to uwagi – westchnęła.
Rozległ się szelest
kartek. Belial zaczął pospiesznie szukać czegoś w papierach.
– To dotyczy tylko
mocy. Tylko demonów podobnych do ludzi, a więc musi mieć związek z Ziemią.
Cholera, jak mogłem tego nie zauważyć! – Mówił do siebie. Zaczął wklepywać do
komputera kluczowe słowa i nawet nie zauważył, kiedy asystentka opuściła
gabinet. Nie była mu już potrzebna.
*
* *
Wparował do kancelarii
dosłownie chwilę po tym, jak Lucyfer zasiadł w fotelu. Do ósmej rano zdążył
przejrzeć dane z nowej perspektywy i zebrać wystarczającą ilość materiałów, by
mieć uzasadnione podejrzenie, że ktoś próbuje osłabić demony.
– Ktoś nam bruździ
– Belial przeszedł od razu do rzeczy. Z hukiem rzucił gruby plik kartek na
biurko.
– Dzień dobry,
ciebie też miło widzieć – odparł z przekąsem Lucyfer. – Kawy? Herbaty?
Pomarańczę, ananasa?
– Dobra, zamknij
pysk. Nie mamy na to czasu. Patrz. O, tutaj. – Wskazał palcem niczym nie
wyróżniającą się tabelę.
Jasnowłosy demon
spojrzał posłusznie we wskazane miejsce, a potem wzruszył ramionami.
– No i? A w ogóle
to w jakiej sprawie przyszedłeś?
Belial machnął ręką
ze zniecierpliwieniem. Tak długo był skupiony na tej jednej jedynej sprawie, że
wydawało mu się oczywiste, o czym mówi.
– Ubytki mocy.
Gadaliśmy o tym ostatnio. Popatrz uważnie. Demony, które przebywały ostatnio na
Ziemi, nie wróciły. Nie wiem jak twoi, ale ja z moimi nie mogę się
skontaktować. To jakieś pomniejsze pypcie, więc do tej pory nawet nie zwracałem
na nich uwagi, ale próbowałem ich wyczuć i nie mogłem. Nawet dzwoniłem do
kilku, ale pani z automatu poinformowała mnie, że abonent chwilowo nie teges.
Lucyfer zmarszczył
brwi i zaczął się wczytywać. Gdy skończył, spojrzał poważnie na rogatego.
– Czekaj chwilę, ja
też spróbuję.
Belial skinął głową
i już spokojniejszy rozłożył się wygodnie w drugim fotelu. A przynajmniej na
tyle wygodnie, na ile prawie dwumetrowy facet mógł usiąść w fotelu
przeznaczonym dla osób o mniejszych gabarytach.
Tymczasem blondyn
wyjął z szuflady jakieś podejrzanie newageowsko wyglądające kryształy. Potarł
je palcami, rozjarzyły się jadowitą zielenią. Zamknął oczy i skupił się. Dla
Beliala wyglądało to na jedną wielką ściemę, ale co się będzie wtrącał.
Po kilku ciągnących
się jak flaki za diablikiem minutach Lucyfer schował te swoje kamyczki z
powrotem do biurka.
– Niech no zgadnę.
Też ich nie wyczuwasz? – zapytał rogaty.
Lucyfer przytaknął.
– Powiem nawet
więcej. Nie wyczuwam tylko tych, którzy ostatnio byli w Azji. A zawężając krąg
poszukiwań – w Indiach.
Belial gwizdnął
cicho z podziwem.
– Te świecidełka
pomagają ci w lokalizacji? – spytał sceptycznie. Nie doczekał się odpowiedzi,
więc kontynuował. – Zaraz. Po co w ogóle wysyłałeś demony do Indii? I nie kłam,
że sami poleźli. Twoi ludzie nawet pierdzą na twoją komendę.
Jasnowłosy się
zirytował.
– Wysłałem to
wysłałem, na chuj drążysz temat. Nie to jest teraz ważne. Musimy ustalić, co z
tym zrobić.
– Dobra, dobra, nie
denerwuj się tak, bo ci żyłka pęknie. Proste, trzeba się tam wybrać i wybadać
sprawę. Podejrzewam, że nikt nie zrobi tego lepiej niż my, także pakuj się.
Będę za pół godziny i nas teleportnę. – Wstał i poprawił marynarkę. Już miał
szybkim krokiem wyjść z kancelarii, ale Lucyfer ostudził jego zapał.
– Chyba jaja sobie
robisz. Nigdzie z tobą nie idę. A już na pewno nie do zaszczanych Indii. Syf,
kiła i mogiła, krowy biegające po ulicy, pełno brudu, dżungla. Sorry, nie moje
klimaty, baw się sam.
– Brud, jasne.
Pewnie się boisz, że złapiesz opaleniznę – sarknął Belial z rozdrażnieniem. –
Jebać to. Wiesz, że to poważna sprawa. Ktoś nam bruździ, gołym okiem widać, że
szykuje się coś grubszego. Nie wymigasz się.
Książę Pierwszej
Marchii westchnął ciężko.
– Uspokój się, Bel.
Dobrze wiesz, że moje moce bojowe pozostawiają wiele do życzenia.
– Delikatnie
mówiąc.
– No właśnie. Poza
tym Lilith znowu jest w ciąży, sam wiesz, i… No.
– Pozwól, niech
zgadnę: ktoś musi ganiać po ogórki i lody w środku nocy? Lucek, miejże litość,
od czego masz służbę?
– Daj spokój, jakie
lody, jakie ogórki – żachnął się. – Niedługo rozwiązanie. Nie mogę sobie tak
zniknąć, bo znowu mi zeżre dziecko. Ja już dłużej nie dam rady z tą kobietą.
Chcę mieć dziedzica, a ona każdego jednego syna musi zeżreć! – krzyknął rozgoryczony.
Przez chwilę
siedzieli w milczeniu. Lucyfer faktycznie wyglądał ostatnio na przybitego.
Dziecko i dziecko, a zegar biologiczny tyka. Belial ze współczuciem
zdiagnozował kryzys wieku średniego.
– No dobra, w takim
razie wyślij ze mną kogoś zaufanego. Potrzebuję kogoś o podobnych zdolnościach.
Sam wiesz, jak ciężko u mnie znaleźć mentalistę. Prawie same żywioły i siłacze
– przemówił w końcu.
Blondyn otrząsnął
się z własnych myśli.
– Chyba wiem, kogo
z tobą wyślę – powiedział z szerokim uśmiechem.
Belial mógłby
przysiąc, że właśnie tak uśmiechają się węże. I ani trochę mu się to nie
podobało.
– Nie możesz go ze
mną wysłać.
– Czemu nie? – udał
zdziwienie.
– Opanuj się, ty
chory demonie. Wiesz, że nie umiem w jego obecności trzymać rąk przy sobie. Nie,
nie patrz tak na mnie. Skasuj ten cholerny uśmiech. Kurwa, stary. To ważna
sprawa, a ty se jaja robisz – wkurzył się czarnowłosy. – Proszę cię, opanuj się
trochę. Co ty sobie w ogóle myślisz?
– Och, nie martw
się. Nie będziecie się pieprzyć jak króliki – powiedział Lucyfer z
przekonaniem. I to też się Belialowi nie podobało.
– Bo co, bo mu
zabronisz?
– Ależ skąd. Po
prostu nie sądzę, by był w nastroju na takie zabawy.
Belial przyglądał
mu się podejrzliwie przez dłuższą chwilę. Wreszcie skapitulował.
– Poddaję się. Za
chuja nie wiem, o co ci chodzi. Czemu miałby nie mieć nastroju?
– To Indie.
Przecież Raven nie lubi ani słońca, ani brudu.
*
* *
Zaczęli śledztwo w
Nowym Delhi. Wydawało się to najlogiczniejszym rozwiązaniem. Lucyfer bardzo
długo nie chciał przyznać się, dlaczego wysłał do Indii swoich przedstawicieli.
Zapierał się, milczał. Dopiero gdy rozjuszony Belial zaczął wrzeszczeć, że albo
Lucek mu powie, co tam kombinował, albo Belial osobiście zrobi z jego potomka
śniadanie dla Lilith, książę Pierwszej Marchii z zawstydzeniem wreszcie
przyznał, że słyszał pogłoski o silnych indyjskich amuletach ochronnych dla
dzieci i postanowił chwycić się tej szansy. Belial zdębiał. W życiu by nie
przypuszczał, że Niosący Światło okaże się tak podatny na przesądy i zabobony.
Cóż, tonący brzytwy się chwyta, jak to mawiają. Ostatnim znanym miejscem pobytu
lucyferowych demonów była właśnie stolica Indii, a od czegoś trzeba było
zacząć. Belial natomiast nigdy nie interesował się bez powodu tym, gdzie
przebywają jego podwładni.
Zatrzymali się w
luksusowym hotelu. Nie mieli wyboru – Raven za nic nie chciał się zgodzić na
cokolwiek, co miało mniej niż pięć gwiazdek, nawet jeśli mogli w ten sposób
zdobyć więcej informacji. Od samego początku było widać, że nie ma najmniejszej
ochoty na pobyt tutaj, ale nie śmiał powiedzieć złego słowa na temat Lucyfera
czy jego decyzji.
Belial za to się
nie krępował. Przy każdej okazji nabijał się z księcia Pierwszej Marchii, jego
obsesji na punkcie dziedzica oraz tego, że Lucyfer niepotrzebnie tak rozpacza,
bo pewnie żadne z tych dzieci i tak nie było jego.
Do czasu.
Z każdym mijającym
dniem Raven stawał się coraz bardziej nieznośny. Za dnia nie chciał nigdzie
wychodzić, ciągle tylko siedział w klimatyzowanym pokoju i popijał wodę. Nawet
nie miał ochoty na swoją ulubioną tartę malinową ani czekoladę. Prawie całymi
dniami wylegiwał się w wannie dla ochłody. Belial właściwie nie miał mu tego za
złe – nawet jemu było odrobinę za ciepło na dusznych ulicach i w tłumie ludzi,
jakże więc mógł wymagać, by ktoś, kto nie może manipulować temperaturą swojego
ciała wychodził na zewnątrz w najgorszych godzinach? Przeszukiwał różne
podejrzane miejsca, szukał odpowiednich ludzi, a gdy udało mu się coś znaleźć,
wracał tam z Ravenem w godzinach wieczornych. Szarooki sondował mózg delikwenta
lub pomagał Belialowi w przesłuchaniu stwierdzając, czy dana osoba mówi prawdę.
Tym, co rogatego
wkurzało coraz bardziej, było marudzenie demona. Za gorąco. Za duszno.
Śmierdzi. Za dużo ludzi. Za głośno. Brudno. Niedobre jedzenie. Boli mnie głowa.
Przynieś mi lody. Tamta krowa się na mnie gapi. Nie dotykaj mnie.
A Belial był coraz
bardziej sfrustrowany.
W dodatku od ich
przybycia upłynęły prawie trzy tygodnie, a wciąż nie mieli żadnego śladu. Żaden
z nich nie wyczuwał też aury nieśmiertelnych. Ani jednego. To było dziwne.
Dziwne i
niepokojące.
Przecież w każdym
miejscu na Ziemi kręcą się jacyś nieśmiertelni, bez różnicy jakiej rasy.
Anioły, demony, wampiry, zmiennokształtni, driady, elfy, różnego rodzaju
hybrydy… Słowem – powinno tu być cokolwiek, tymczasem w mieście nie było nawet
śladu po istotach nadprzyrodzonych. Ludzie, którzy zwykle z takimi się zadawali
lub chociaż bardzo chcieli, wszyscy sekciarze, goci, sataniści i inne ludzkie
dziwadła też nic nie wiedzieli. W pewnym sensie był to jakiś trop, ale w
gruncie rzeczy utknęli w martwym punkcie.
I jeszcze Raven.
Faktycznie nie był w nastroju.
Zrobili to tylko
raz, na samym początku. Potem zaczęło się marudzenie. I Raven, i Belial stali
się rozdrażnieni. Wciąż nie znali się za dobrze, właściwie dopiero niedawno się
pogodzili na sławetnym bankiecie u Lucyfera, ale już kłócili się jak stare małżeństwo.
Belial poprzysiągł sobie, że kiedy tylko wrócą, zabierze Adama na wycieczkę w
jakieś hiper romantyczne miejsce, żeby zatrzeć nieprzyjemne wspomnienia z tej
podróży.
Wrócił do pokoju
hotelowego i rzucił na stół siatkę z pudełkiem lodów. Czekoladowe, z kawałkami
czekolady. Kupił je ledwie chwilę temu, w sklepiku na dole, a siatka już
zaczęła przeciekać. Belial westchnął ciężko i opadł na kanapę. Już zaczął się
irytować, przeczuwając, że jak tylko Raven wyjdzie z łazienki, to zacznie się
jakaś awantura. I nie mylił się.
– Musisz siadać na
tej kanapie? Umyłbyś się najpierw. Cały apartament będzie śmierdział ulicą.
Dzięki wielkie, teraz nie będę mógł nawet usiąść na sofie… Dowiedziałeś się
czegoś? – Raven przerwał swoją tyradę na chwilę. Jego ciało wciąż było wilgotne
po kąpieli, nawet się nie ubrał, tylko niedbale przepasał ręcznikiem w
biodrach. Belial chciwie mu się przyglądał.
– Nie, nic nowego.
Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli… Słuchasz mnie?
Spojrzał na
długowłosego demona. Zachowywał się jakoś dziwnie. Stał w miejscu i chwiał się,
miał szeroko otwarte oczy.
– Raven? Raven,
kurwa, weź mnie nie strasz. Dobra, wiem, zaraz pójdę pod prysznic, już nie
musisz tak… Raven!
Rogaty w mgnieniu
oka znalazł się przy ukochanym i w ostatniej chwili złapał mdlejącego
mężczyznę. Ostrożnie zaniósł go do sypialni i położył na łóżku.
– Raven, ocknij
się. – Poklepał go lekko po policzku w próbie ocucenia. I faktycznie, po chwili
szare oczy rozglądały się ze zdziwieniem po pokoju. – Co się stało, ptaszyno? –
Zapytał zmartwiony Belial.
– Ja… Nie czułeś
tego? – Odparł drżącym głosem.
– Co miałem poczuć?
– Dyskretnie obrócił głowę i przyłożył do ramienia. Hm. Nie śmierdział
przecież.
– Nie zapach,
idioto! – Raven przewrócił oczami. – Aurę. Nadal ją czuję, ale w pierwszej
chwili mnie tak siekło… Nigdy nie czułem czegoś takiego. Ty jej nie czujesz?
– Ptaszyno, jestem
księciem. W Piekle wyczuwam obecność każdego pierdolonego diablika. Wyrobiłem
sobie nawyk wyłączania czucia aury, bo inaczej by mnie zabrali do domu bez klamek.
Daj mi chwilę.
Usiadł na skraju
łóżka i zamknął oczy. Wiedzieli, że w mieście nie ma nikogo poza nimi, więc po
prostu się „wyłączył”, a potem o tym zapomniał. Dopiero teraz pozwolił sobie na
wysondowanie otoczenia. Jakby włączał dodatkowy zmysł.
I poczuł to.
Lepką, ciężką aurę,
bardzo potężną. Była zła. Nie tak zła, jak aura demona, który wyrżnął w pień
cały oddział aniołów, tylko zła jak wynaturzone stworzenie, które patrzy na
ciebie z niewielkiej odległości z kompletnie nieodgadnioną miną i zastanawia
się, czy będziesz smaczny. Było w niej coś niewłaściwego, ale Belial nie umiał stwierdzić
co.
– Zajebiście, chyba
mamy to, czego szukaliśmy. Ubieraj się.
*
* *
Teleportowali się
prosto w ciemną uliczkę między starymi budynkami. Choć budynki to może za duże
słowo – raczej rozwalające się domy, w których albo od dawna nikt nie mieszkał,
albo których mieszkańcy byli naprawdę, naprawdę biedni. Niezbyt przyjemna
sceneria, ale Belial jeszcze przez chwilę nie wypuszczał Ravena z objęć.
Ostatnio tak skakali sobie do oczu, że nawet zwykła rozmowa mogła przerodzić
się w kłótnię.
– Już niedługo
będziemy w domu, ptaszyno – wymruczał mu do ucha. – Marzę o gorącej kąpieli. Z
tobą.
– Taaa, kąpiel to
akurat by ci się przydała. Śmierdzisz ulicą – odparł Raven. Ale jakoś tak…
Mniej wyniośle niż zwykle. Książę objął go mocniej.
– To zapach pracy.
Mówi ci to coś, ptaszyno?
– Coś słyszałem. To
takie coś, czego nigdy nie robisz, prawda?
Belial roześmiał
się.
– Zaraz zrobię. Coś
czuję, że ta istota jest odpowiedzią na nasze pytania.
Raven przewrócił
oczami.
– No nie mów. Sam
na to wpadłeś?
– Nie, razem z
sześćdziesięcioma dziewięcioma innymi seksownymi demonami.
– Co.
– Cicho bądź. –
Aryman pochylił się. Brakowało mu takich chwil jak ta – kiedy jego ukochany nie
marudził, a zamiast tego był tak rozkosznie słodki w tym swoim udawaniu, że
wcale Beliala nie lubi. Wargi Ravena smakowały malinami. Wyglądało na to, że
demon jednak przeprosił się z tartą. – Miejmy to jak najszybciej za sobą –
zaproponował z niebieskim błyskiem w oczach. Niechętnie odsunęli się od siebie
i ruszyli w stronę światła lamp ulicznych. Po chwili wyszli z zaułka prosto na
krowę. Raven zmarszczył nos z niesmakiem, ale nic nie powiedział. Chyba
perspektywa rychłego powrotu do normalnego świata poprawiła mu humor.
Ominęli zwierzę i
zatrzymali się.
– Widzisz tę
knajpę? – zapytał Belial.
– Mhm. To chyba
tam.
– Mądry chłopczyk.
Więc plan jest taki: wchodzimy, nie rzucamy się w oczy i siadamy gdzieś w
kącie. Obserwujemy to coś, a ty wybadasz jego myśli. A potem to już zależy od
tego, co znajdziesz. Okej?
Raven skinął głową.
Był skupiony – jak zawsze, gdy miał do wykonania zadanie. Poważny,
odpowiedzialny Kruczek.
I, jak zawsze, gdy
Belial coś planował, nic nie poszło zgodnie z planem.
Kiedy tylko
przekroczyli próg baru wyglądającego jak zwykła chata, tłum miejscowych
zamilkł. Wszyscy się na nich gapili. Co, biorąc pod uwagę rozdźwięk między
wyglądem demonów i ludzi, nie powinno nikogo dziwić. Mężczyźni w różnobarwnych
kamizach i wzorzystych dhoti, kilka kobiet w wymyślnych sari – wszyscy
wpatrywali się w dwóch przedstawicieli rasy kaukaskiej ubranych jak na koncert
rockowy.
– No to tyle jeśli
chodzi o niezwracanie na siebie uwagi – skwitował kwaśno Belial. – Chodź,
zamówimy jakiegoś drinka.
Raven ewidentnie
czuł się tu nieswojo. Starał się nie patrzeć na wybrudzone stoły, których od
dawna nikt nawet nie przetarł żadną szmatą. Coś takiego w jego rezydencji byłoby
nie do pomyślenia. Gdyby jakimś cudem służbie udało się zapuścić posiadłość do
tego stopnia, chyba prędzej kazałby spalić budynek. Wzdrygnął się, gdy szczupły
Hindus o przestraszonych oczach złapał go za ramię.
– Mata ānā, rākṣasa. Rana! – wyszeptał, po czym w
pośpiechu wyszedł jakby goniło go stado diabłów.
Spojrzeli na siebie
ze zdziwieniem.
– Wiesz, co on powiedział?
– zapytał cicho Raven przysuwając się do Beliala.
– Taaa. Kazał nam
spierdalać. – Mruknął ponuro. – I wiedział, czym jesteśmy. Nie podo…
– Dobry wieczór, w
czym mogę pomóc?
Krótką wymianę zdań
przerwała im ciemnoskóra kobieta. Uśmiechała się uprzejmie, ale coś w wyrazie
jej brązowych oczu mówiło, żeby mieć się na baczności. Belial zlustrował ją
spojrzeniem z góry na dół. Była piękna. Mimo ciemnej skóry nie wyglądała ani
jak Murzynka, ani jak Hinduska, już prędzej jak drow z czarnymi włosami.
Dziwna, silna aura biła z niej tak mocno, że oba demony czuły się przy niej dziwnie.
Raven mimowolnie cofnął się trochę za Beliala i patrzył na nią zza ramienia
kochanka, nie dając po sobie poznać, że właśnie wypuszcza myślowe macki.
Rogaty posłał
kobiecie swój firmowy uśmiech.
– Pięknie mówisz po
angielsku. Jeszcze nigdy nie słyszałem tak niesamowitego akcentu, jest taki
melodyjny. Chętnie byśmy się czegoś napili. Macie może whiskey?
Kobieta przez
dłuższą chwilę wpatrywała się w niego przenikliwie. Demon przestąpił z nogi na
nogę. Może ta wzmianka o akcencie była nieuprzejma? Cholera, powinien był
przyłożyć większą uwagę do szkolenia dyplomatycznego z poprawności politycznej.
Świat się zmieniał. Teraz byle słowo z ust białego mogło uchodzić za obrazę.
– Jesteś
interesujący – odparła z zaciekawieniem i podeszła bliżej. – Potężny. Co
potrafisz?
Była dziwna. Miała
spojrzenie uważne, zbyt uważne. Jak drapieżnik oceniający swoje szanse w
starciu z niespotkaną dotąd zwierzyną. Uczucie bycia lustrowanym pod tym kątem
w ogóle się Belialowi nie podobało.
Nie
mogę wejść do jej mózgu, usłyszał w głowie głos
Ravena. Ma jakąś pieprzoną barierę. Jak
ściana z betonu i stali. Wyższy mężczyzna drgnął, ale wyraz jego twarzy się
nie zmienił. Spróbuj jeszcze raz. Na
pewno ci się uda. Nie może być aż tak silna, ptaszyno, pomyślał w jego
stronę.
– Jeśli już
skończyliście tę uroczą wymianę zdań, przy okazji, to bardzo niegrzeczne
szeptać w towarzystwie damy, wstydzilibyście się, to zapraszam do baru. Mamy
wyśmienity wybór win. Aż dwa czerwone – zażartowała. Nie obdarzając ich
kolejnym spojrzeniem ruszyła za sklecony z desek kontuar.
Zastygli w
bezruchu. Nie powinna była wiedzieć o ich pomyślanej rozmowie. Jak chuj, że nie
powinna.
– Belial… – zaczął
cicho Raven. – Wiesz, czym ona jest?
Czarnooki
prześlizgnął się spojrzeniem po zgrabnej figurze dziewczyny. Była ubrana w
zwykłą czarną bokserkę i dżinsowe szorty. Podobnie jak oni wizualnie nie
pasowała do tego miejsca. Rozejrzał się z niepokojem po pomieszczeniu. Ludzie
wciąż milczeli.
Kilka osób wcześniej
dyskretnie ulotniło się z lokalu, pozostali popatrywali na demony z wrogością. Jak
nic byli przydupasami tej czarnulki.
– Nie mam pojęcia,
ptaszyno. Chodźmy i sprawdźmy.
Nalała im
szkarłatnej cieczy do wysokich szklanek. Raven podejrzliwie przyjrzał się
swojej, ale jak na złość była czysta. Powąchał ciecz, ale nie odważył się
skosztować. Belial zresztą też nie.
– Czym jesteś? –
palnął bez ogródek.
– Belial… – Raven
strzelił facepalma.
– No co. Nie ma co
się czaić – wzruszył ramionami. – Nie będziemy się tu czarować przecież.
– Belial? – ożywiła
się kobieta. Skupili na niej wzrok. – Ten
Belial?
Jej oczy błyszczały
niezdrową ciekawością i demon poczuł się nagle jak przystawka. Bezwiednie
odchylił się nieco w tył, ale nie tracąc rezonu wyszczerzył się do niej.
– Ten sam. Jak
rozumiem, musiałaś słyszeć już o moich niebywałych zdolnościach łóżkowych, ale
muszę cię uprzedzić, że nic z tego. Jesteś bardzo piękna, ale pozostaję wierny
mojej miłości. Prawda, ptaszyno?
Raven łypnął na
niego.
– Cóż za zaszczyt.
Pofatygowałeś się osobiście, jak miło. Możesz na mnie mówić Kali. Albo Durga.
Jak ci wygodniej.
Przechyliła się
przez blat i złapała go za nadgarstek.
– Hej, bez takich.
Przecież wyraźnie powiedziałem, że nie jestem zainteresowany. Puść albo… O
kurwa, puszczaj, serio. – Próbował wyrwać rękę z jej uścisku, ale nie był w
stanie. W jej szczupłym ciele skryta była siła tak wielka, że Belial musiałby
się nieźle wysilić, by się uwolnić. A i tak nie miał gwarancji, że nie złamałby
sobie przy tym ręki. – No, już. Nie rób scen.
– Mūka, kālē śaitāna
– powiedziała spokojnie i dalej nie puszczała. – Nic nie rób, śliczny, bo tobie
też zabiorę, a jego zabiję – rzuciła ostro do Ravena, gdy tylko dostrzegła
podejrzany ruch z jego strony. I to by było na tyle jeśli idzie o przydatność
shurikenów. – No widzisz, już po wszystkim. Pijcie ile chcecie, na koszt firmy.
Idę zobaczyć, co tam ciekawego miałeś. Hmm… Ooo! – krzyknęła z zachwytem.
Rozległo się ciche pyknięcie i kobieta znikła.
– Co jest, kurwa… –
zaczął Belial niepewnie. – To jakaś wariatka. Musiało jej na mózg paść od tych
wszystkich kadzidełek.
– Belial…
– W ogóle, mało mi
ręki nie złamała, czaisz? Na bank nie jest laską. Pewnie coś jej tam dynda
między nogami.
– Belial.
– No co? Może nie?
Mało to się słyszy o Tajkach? Żadna baba nie ma tyle krzepy.
– Zamknij się,
idioto. Mamy problem – warknął blady jak ściana Raven.
Rogaty zamilkł
wreszcie i popatrzył nań pytająco.
– Nie mogę wyczuć
twojej aury. Jesteś zwykłym człowiekiem.
*
* *
W drodze powrotnej
do hotelu zgubili się kilka razy. Bez swojej umiejętności teleportacji, która
przywiodła ich prosto do tego przeklętego baru, Belial nie był w stanie ich
szybko przetransportować, a jak się okazało – knajpa znajdowała się na
kompletnym zadupiu. Był wściekły. Do jasnej cholery, nie mógł się teleportować!
Próbował przyzwać ogień, ale – oczywiście – nic to nie dało. Był kompletnie
pozbawiony mocy. Tak jak powiedział Raven – był teraz zwykłym człowiekiem.
Cóż, przynajmniej
zagadka gwałtownego spadku mocy w Piekle się wyjaśniła.
– Zajebię sukę.
Wsadzę jej rozgrzany pogrzebacz w dupę i będę słuchał jak skwierczy, przysięgam
– pomstował chodząc w kółko po pokoju. Raven puszczał to mimo uszu. Podczas
spaceru dość się nasłuchał tego typu pogróżek.
– Słuchaj, jak ona
się przedstawiła? – zapytał nagle odsuwając się od laptopa. – Kala?
Belial zatrzymał
się na chwilę.
– Kali. Albo Durga.
Założę się, że to synonim na wredną małpę. A co?
– Gówno. Robię
research. Gdybyś mniej gadał, a więcej robił, to szybciej byśmy odzyskali twoje
moce – rzucił Raven z rozdrażnieniem. – Siadaj na dupie i mi pomóż. Znasz
hindi, może się do czegoś przydasz.
Belial łypnął na
niego nieprzyjaźnie, ale posłusznie usiadł obok. Czuł się bezużyteczny.
– Dobra, coś mam. –
Raven pochylił się bliżej do monitora i zaczął na głos czytać. – Kali. Hinduska bogini czasu i śmierci, pogromczyni
demonów i sił zła… Po prostu pięknie. – Przeskoczył na
inną zakładkę w przeglądarce. – Durga. Żeńskie bóstwo hinduistyczne,
wojownicza forma Dewi. Do Durgi
nie mają mieć dostępu konkurenci, jej imię oznacza też „Nieprzystępna”. Jest
ona również niezwyciężona w boju. Czasami Durga powstaje z Wisznu jako moc snu
lub jako moc stwórcza tego boga lub wyłania się z bogini Parwati, małżonki Śiwy.
– Co za brednie.
– Cicho. Słuchaj. –
Przewinął stronę. – Jej główne zadanie to walka z demonami, kiedy wpada ona w
gniew. Kiedy indziej bogowie męscy składają swe atrybuty, aby ukształtować
Durgę jako obrończynię przed demonami… Czyli co, jest jakimś chrzanionym
bogiem, tak?
– Na to wygląda.
– Nie rozumiem.
Myślałem, że jest tylko jeden Bóg. Przecież byłeś aniołem i… No… – zaciął się.
Belial westchnął.
– To nie takie
proste, ptaszyno. Bóstw jest więcej. A raczej bytów, które powstają dzięki
magii i sile wiary ludzkiej, a potem uchodzą za bóstwa. Tak naprawdę to tylko
potężne skurwysyny, zazwyczaj jedyne w swoim rodzaju. Ale ego zwykle mają iście
boskie.
Postukał palcami w
udo.
– Umiałbyś wytropić
tamtego ciapaka, co nas ostrzegał? – spytał po chwili.
– Nie wiem. Nie
przyjrzałem mu się, zresztą oni wszyscy wyglądają tak samo – skrzywił się. – Ale
mogę nasłuchiwać. Może uda mi się poznać głos jego myśli. Ale, Belial, nie mamy
zbyt wielu opcji.
– Wiem, ptaszyno,
wiem. – Westchnął. – Jutro tam wrócimy. Skoro ten typek się tam kręcił, to
pewnie mieszka niedaleko.
– Tak, też o tym
pomyślałem.
Spojrzeli na
siebie.
– Nie wiedziałem,
że masz niebieskie oczy.
– Miałem w Niebie.
Potem zostały mi tylko przebłyski.
Zamilkli. Długą
chwilę siedzieli w ciszy.
– Belial…
– Tak, ptaszyno?
– A co, jeśli nie
odzyskamy twoich mocy…?
Mężczyzna
uśmiechnął się lekko.
– To będę miał mały
kłopot z organizacją seks-niespodzianek w twoich godzinach pracy.
Na twarzy demona
pojawił się cień uśmiechu.
– Dureń. Nie o to
mi chodziło. Przecież jako człowiek ty…
– Co ja?
– Umrzesz.
– Martwi cię to?
Raven ucichł. Przez
dłuższą chwilę się nie odzywał, aż Belialowi zrobiło się przykro. Czyli co,
Ravenowi wisi to, czy Belial jeszcze trochę sobie pożyje czy nie? Niezbyt miła
myśl.
– Nie chcę, żebyś
umarł. – Demon płynnie przesunął się z krzesła prosto na kolana swojego
kochanka i wtulił się w niego. Może i Belial nie miał już mocy, ale jego
szerokie, silne ramiona wciąż dawały mu to dziwne poczucie bezpieczeństwa. –
Nadal jesteś taki ciepły.
– Gorący ze mnie
chłopak.
– Idiota.
– Maruda.
– Głu… Nnn… – Raven
objął go za szyję i jęknął mu cicho prosto w usta. – Tak, zrób to – zażądał.
Belial spojrzał na
niego nieco nieprzytomnie.
– Co takiego?
– To, o czym
pomyślałeś. Zrób to!
– …podsłuchujesz
moje myśli?!
– Nie podsłuchuję.
Odkąd przestałeś być demonem cały czas cię słyszę. Nie mogę tego stłumić.
Nieważne. Po prostu zrób to.
Raven otarł się o
niego sugestywnie.
– Teraz. – Zażądał
ponownie.
Niebieskooki
uśmiechnął się szeroko, a Raven jęknął cicho.
– To też!
– Hmm… A to…?
– …to tak się da?
– No pewnie.
– Ale mnie nie
utrzymasz. Przecież nie masz już tyle siły.
– Ptaszyno, nie
bądź niemądry. Jestem przypakowany nie przez moc i nie przez sterydy.
– Och.
Belial liznął go po
szyi.
– Ngh… To też chcę.
Teraz – Jęknął demon i wyprężył się.
Mężczyzna roześmiał
się miękko.
– Gdybym wiedział,
że żeby cię zaciągnąć do łóżka wystarczy pokazać ci część moich codziennych fantazji
na twój temat, to już dawno bym to zrobił.
– Czekaj, nie
chcesz mi chyba powiedzieć, że ty tak cały czas…?
– Ptaszyno.
Nieustannie.
– Jesteś niewyżytym
popaprańcem.
– I za to mnie
kochasz, mój słodki masochisto.
*
* *
Odnalezienie
sprzyjającego im tubylca okazało się dużo prostsze niż na początku zakładali.
Wystarczyło udać się w znajome z ubiegłego wieczoru rejony. Raven nie wyczuwał
już obecności Durgi. Raz tylko ją poczuł raptem na kilka minut, a potem
nastąpiła cisza. Wyglądało na to, że bogini zmyła się z miasta na dobre, być
może w poszukiwaniu kolejnych ofiar.
Żaden z nich nie
miał ochoty tłuc się pieszo taki kawał drogi, więc przy pierwszej okazji
wsiedli do tuk-tuka: mechanicznego pojazdu wyglądającego jak skrzyżowanie
smarta z rikszą. Belial podejrzewał, że po tej wycieczce Ravenowi na zawsze
pozostanie trauma.
Najpierw musieli
się targować z kierowcą, bo taksówkarz oczywiście nie miał zamontowanego w
autorikszy licznika. Belial chciał zapłacić za kurs tyle, ile żądał od nich
Hindus, ale… Nie dało się. Facet chyba po prostu chciał się potargować, a kiedy
się tego nie doczekał, obraził się i odjechał. Więc, nauczeni tym przykrym
doświadczeniem, z następnym przewoźnikiem już się targowali dla przyzwoitości.
Sam przejazd zresztą też do przyjemnych nie należał. Siedzieli ściśnięci w brudnej
– nawet Aryman musiał to przyznać – nagrzanej od upału blaszanej puszce, która
w każdej chwili groziła rozpadnięciem się, lawirując między samochodami i
innymi tuk-tukami z prędkością trzydziestu, w porywach do trzydziestu pięciu
kilometrów na godzinę. Belial mógłby przysiąc, że gdyby nie spędzili zeszłej
nocy w bardzo nieprzyzwoity sposób, rozwścieczony Raven prawdopodobnie
ukatrupiłby kierowcę na miejscu.
Nie musieli go
długo szukać. Po prawdzie, to sam ich znalazł. Kiedy minęli jeden z małych
sklepików spożywczych, Raven poczuł, jak ktoś chwyta go za ramię. Już miał
uśmiercić stworzenie, które odważyło się go tak bezpardonowo potraktować, ale w
ostatniej chwili zorientował się, że to człowiek, którego szukali. Hindus
zaprowadził ich do wnętrza domu, cały czas bacznie się rozglądając i popędzając
ich.
Rzeczy, których
dowiedzieli się od Adila, nie napawały optymizmem.
Mężczyzna okazał
się być wyznawcą dźinizmu, o czym dobitnie świadczyła niewielka, może
dwucentymetrowa swastyka wytatuowana na jego ramieniu. Adil mówił, a Belial
tłumaczył, więc trochę to trwało, ale ostatecznie okazało się, że wszystko
zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Z miasta – a później podobno także i z
reszty kraju – zaczęły znikać nadnaturalne istoty. Niektórzy dźiniści mówili,
że to nieprawda, że po prostu są teraz ludźmi, ale inni twierdzili, że na
własne oczy widzieli, jak kilka demonów umarło. Ktoś podobno widział także, jak
mężczyzna o wężowych oczach ni stąd, ni zowąd stopił się i zamienił w kałużę
wody. Belial rozpoznał z opisu Sartanaela, jednego ze swoich. Demon był
upadłym aniołem, podobnie jak Belial. Najwyższy stworzył go z wody. Obaj, i
Raven, i Belial, zaczęli podejrzewać, że ludźmi pozostawali tylko ci, którzy
już wcześniej byli ludźmi, reszta natomiast… Nie chcieli o tym myśleć.
Kiedy Belial
zapytał Adila, dlaczego postanowił ich ostrzec i czemu teraz im to wszystko
opowiada, mężczyzna się uśmiechnął i odparł, że to jest to, w co wierzy. Nie
chciał uznać Durgi za wcielenie bogini, w jego mniemaniu bogini nie
zachowywałaby się w ten sposób. Nie kradłaby czyichś mocy. Powiedział także, że
jego sumienie nie dałoby mu spokoju, gdyby nie powiedział komuś odpowiedniemu o
wszystkim, czego w ten lub inny sposób się dowiedział. Poza tym – a może przede
wszystkim – nie w smak mu było, że Durga urządziła swoją bazę wypadową w
okolicach świętej góry Abu i miał nadzieję, że ktoś się tym zajmie.
Spora część
opowieści utkana była z plotek i domysłów, ale czy mieli jakiś inny wybór?
Naglił ich czas.
Musieli coś zrobić. Raven nie dawał po sobie poznać, jak bardzo się boi, że
Beliala spotka ten sam los, co Sartanaela, ale Aryman doskonale zdawał sobie
sprawę z jego zmartwienia. Sam zresztą też nie był zachwycony perspektywą
zamienienia się w płomyk lub popiół.
Gdy opuścili
domostwo Adila, Belial zadzwonił do jednego z zaufanych demonów. Niski,
szczupły – nie przedstawiał zbyt wielkiej wartości bojowej, ale miał jedną
użyteczną cechę: umiał się teleportować. Zabrał ich do Palanpuru, miasta w
zachodnich Indiach leżącego nieopodal masywu góry Abu, po czym wrócił do
siebie.
Teraz pozostawało
już tylko przedrzeć się przez dżunglę i zadźgać tę czarną sukę.
*
* *
– A co, jeśli
zabicie jej nic nie da? Jeśli nie przywróci ci mocy? Belial, nie możemy tak po
prostu jej zabić. Musimy rozważyć inne opcje.
– Ptaszyno, nie
mamy na to czasu. Chuj jeden wie, kiedy zamienię się w ognisko. Może za
tydzień, a może za chwilę. Zresztą… Co niby moglibyśmy zrobić? I tak nie mamy
żadnego pomysłu.
Raven zasępił się.
– Ale możemy
poszperać. Mam wielu znajomych w kręgach szpiegowskich, ty też masz znajomości,
ktoś na pewno będzie coś wiedział – nie ustępował.
– Raven… – zaczął
Belial.
– Słyszałeś to? – nagle
czujny demon przerwał mu bezceremonialnie.
– Nic nie słyszałem.
Jestem po ludzku głuchy.
Chwilę
nasłuchiwali, ale absolutnie nic się nie zdarzyło.
– Zdawało ci się –
podsumował wreszcie Belial. – Albo znowu burczy mi w brzuchu. Ja pierdolę,
ciągle jestem głodny. Czemu ludzie muszą tyle żreć. Zróbmy przerwę, co? I tak
zaraz będzie ciem…
– Zamknij się –
syknął. – Coś się zbliża. Słyszę to coraz wyraźniej.
Zrzucili ciężkie
plecaki na ziemię i rozglądali się uważnie. Raven dobył miecza o czarnej
klindze. Belial najchętniej wyciągnąłby Negocjatora, ale przecież już go nie
miał. Sięgnął więc do kabury po czarną berettę. Lepiej dmuchać na zimne. Jako
człowiek wolał nie ryzykować machania nożem na prawo i lewo.
Po paru pełnych
napięcia minutach coś zaszeleściło w krzakach za nimi. Błyskawicznie się
odwrócili.
– … nie. Nawet się
nie waż! – warknął demon, ale było za późno.
Zachwycony Belial
już zmierzał w stronę ogromnego tygrysa bengalskiego, który zwęszył ich zapach.
– Kiciuś! Jaki
piękny. Kici, kici, chodź do tatusia…
– STÓJ, IDIOTO!!! –
wrzasnął Raven i złapał go za ramię.
Tygrys spojrzał na
nich z niechęcią.
– No weź…
Prawdziwy, dziki tygrys. Nie to co te milusińskie kociaki u mnie w domu.
– Jesteś teraz
śmiertelny. I dobrze wiesz, że koty cię nienawidzą – uświadomił mu brutalną
prawdę.
– Nieprawda. Po
prostu są nieśmiałe.
– Jesteś skończonym
kretynem – warknął. – Nie zbliżaj się do niego albo…
– Albo co?
Kruk w mgnieniu oka
rozbroił Beliala. Patrzył mu wyzywająco w oczy, ważąc w dłoni spluwę.
– Albo odstrzelę mu
łeb.
Niepocieszony
Aryman do końca tęsknym wzrokiem obserwował, jak pasiasty kot dostojnie się
oddala, by znaleźć łatwiejszą zdobycz.
*
* *
Zatrzymali się na
noc w niewielkiej kotlinie. Prowizoryczne obozowisko z dwóch stron osłonięte
było wzniesieniami. Rozbili średniej wielkości namiot przy jednym z nich i
rozpalili ogień. Trochę im na tym zeszło, bo drewno było wilgotne i nie chciało
się palić. Gdyby Belial miał swoje moce, opał zająłby się w ciągu kilku sekund.
Z drugiej strony,
gdyby Belial nadal miał swoje moce, to w ogóle by ich tu nie było.
– Zimno mi –
poskarżył się Raven.
– Może cię to
zdziwi, ale mi też.
Demon spojrzał na
niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Ostatnio często tak patrzył na Beliala.
– Chodź, prześpimy
się w jednym śpiworze, będzie nam cieplej – zaproponował niebieskooki.
Leżeli przytuleni
do siebie, chłonąc tę bliskość w milczeniu. Żaden z nich nie chciał
wypowiedzieć na głos tego, o czym obaj myśleli: że być może leżą tak po raz
ostatni.
*
* *
– Ten spray gówno
daje, dalej mnie gryzą – poinformował Ravena. – Kurwa, nienawidzę bycia
człowiekiem! – wydarł się i zaczął namiętnie drapać po rękach. – Zaczekaj,
muszę się odlać.
Raven tylko
zgrzytnął zębami, ale posłusznie się zatrzymał. Miał dość, serdecznie dość
narzekania Beliala. Gdyby nie to, że groziła mu rychła śmierć, sam by go zabił.
– Dlaczego glany są
takie niewygodne. Całe stopy mam już obtarte – po powrocie z krzaków Aryman
kontynuował marudzenie. – KURWA! Następny!
Rozległo się ciche
plaśnięcie, gdy niebieskooki trzepnął się w ramię, by zabić kolejnego moskita.
Raven przypatrywał się obojętnie, jak Belial drapie się po całym ciele.
– Nie drap, bo
będzie swędziało bardziej.
– Łatwo ci
powiedzieć. Ciebie tak nie gryzą. Słodki Belzebubie, ależ to swędzi – jęknął
boleśnie.
PLASK.
– Auaaa!!! Za co
to?!
– Miałeś komara na
twarzy – odparł słodko Raven i nie oglądając się za siebie ruszył dalej.
*
* *
Błądzili po dżungli
od trzech dni. Kruk wyczuwał aurę Durgi, ale nie był w stanie określić
dokładnego miejsca jej pobytu. Raz byli prawie pewni, że ją odnaleźli, że już
ją mają na wyciągnięcie ręki, ale wtedy okazało się, że muszą znaleźć inną
ścieżkę, bo drogę zagrodził im wodospad. Poszli więc naokoło.
Potem Raven
przestał wyczuwać jej obecność. Uznali, że bóstwo wyruszyło na kolejną wyprawę.
Byli wściekli i sfrustrowani. Czas nieubłaganie im się kończył. Belial próbował
żartować, by jakoś rozchmurzyć towarzysza, ale z marnym skutkiem. Raven z
minuty na minutę stawał się coraz bardziej ponury.
– Trzeba było
jednak rozpuścić wici – oznajmił w którymś momencie bawiąc się jednym z
shurikenów.
– Nie dygaj, będzie
dobrze – odparł Belial ze sztuczną wesołością w głosie.
Tego było już za
wiele.
– Skończ wreszcie z
tymi pieprzonymi żarcikami! Nic nie będzie dobrze! Mam cię dosyć! Ciągle tylko
żartujesz i żartujesz, a ja tu się zamartwiam, ty niewydarzony idioto! – wydarł
się. – Musimy ją znaleźć – głos mu zadrżał.
Belial spokojnie
podszedł i mocno go objął. Niższy mężczyzna natychmiast się wtulił. Nie patrzył
na Beliala, skrył twarz za kurtyną długich włosów.
– Nie bój się,
ptaszyno – powiedział cicho niebieskooki. Głaskał go uspokajająco po plecach.
Sam też się bał, ale nie zamierzał tego okazywać. – Nie ma co się martwić na
zapas. Nic mi nie będzie.
– Skąd możesz mieć
pewność? – spytał Raven. Głos miał cichy, smutny.
Belial pochylił się
i musnął ustami jego ucho.
– No wiesz.
Przecież piekielnie dobry ze mnie demon – odparł z dumą.
– Idiota –
wymamrotał szarooki w klatę ukochanego i przycisnął się do niego mocniej. Na
jego ustach błąkał się ledwie dostrzegalny uśmiech.
*
* *
Raven zerwał się z
ziemi.
– Wiem, gdzie jest!
Czuję ją!
W pośpiechu
przytraczał do pasa klingę, sprawdzał, czy ma wszystkie shurikeny.
– Co tak stoisz,
idziemy! – zawołał i złapał go za rękę, po czym pociągnął go w ciemność nocy.
*
* *
– To tutaj –
powiedział zdyszany. Biegli przez całą drogę, a teraz ich oczom ukazało się
wejście do jaskini.
– Jesteś pewien?
Raven spojrzał na
Beliala z urazą.
– Dobra, dobra, nic
nie mówię – Belial wycofał się szybko unosząc dłonie w pojednawczym geście. –
Swoją drogą, ta baba jest naprawdę durna. Niby bogini, a mieszka w jakiejś
norze. To już Murzyni z tymi swoimi lepiankami mają więcej gustu – mruknął pod
nosem.
– Musimy ustalić
jakiś plan – demon zignorował wywody eksksięcia. – Wchodzę i ją zabijam, a ty
czekasz tu na mnie. Jasne?
Belial parsknął
śmiechem.
– A, czekaj, ty tak
serio? – spoważniał nagle. – Nie ma mowy. To już prędzej ty tu zostaniesz. Nie
pozwolę, żeby ta suka ci coś zrobiła.
Idealna brew Kruka
uniosła się nieznacznie, nadając doskonałemu obliczu wyraz tak sarkastyczny, że
Belial uznał wykonanie podobizny Ravena z taką miną i sprzedawanie jej w formie
naklejek z podpisem „No shit, Sherlock” za żyłę złota.
– I jak niby
zamierzasz z nią walczyć, ksią… Pardon. Człowieczku?
Belial łypnął na
niego ponuro.
– Dobra, nieważne.
Idziemy razem. Może tak być? – Raven skinął głową niechętnie. – Świetnie. A
planu i tak nie ma co układać, i tak wszystko pójdzie w pizdu. Jak zawsze.
Raven w duchu
przyznał mu rację.
Jaskinia okazała
się być jaskinią tylko z zewnątrz. W środku zastali widok godny pałacu. Długi,
słabo oświetlony świecami w misternie wykonanych świecznikach korytarz z
marmurową posadzką, czerwony, elegancki dywan. Pełgające na ścianach cienie
potęgowały niepokój, zupełnie jakby się z nich naigrawały.
– Dobra, cofam to o
lepiankach – wyszeptał Belial.
– To pułapka.
Jestem tego pewien. Spójrz, są tylko jedne drzwi, dokładnie na wprost. To musi
być pułapka.
– Wiem, ptaszyno.
Zostań. Nie chcę ryzykować, że coś ci się stanie.
Demon prychnął.
– Chyba śnisz.
Stąpając ostrożnie
po szkarłatnym dywanie i rozglądając się czujnie na boki, ruszyli przed siebie.
Nie było sensu odwlekać konfrontacji. Dobyli broni. Raven wyciągnął rękę, by
chwycić za klamkę, ale Belial złapał go za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
Głęboki pocałunek zostawił ich lekko zdyszanych.
– Jeśli to ma być
pożegnanie, to uroczyście przysięgam, że skopię ci tyłek – szepnął Raven.
– To nie
pożegnanie. To na szczęście – błysnął mu w odpowiedzi uśmiechem i otworzył
wrota.
*
* *
– Nie spieszyliście
się, panowie. Po księciu demonów spodziewałam się szybszej reakcji – zakpiła
gdy tylko weszli do środka.
– Raven. Cofam to,
co cofnąłem o lepiankach – Belial zignorował boginię.
Pomieszczenie było
tym, co Belial spodziewał się zobaczyć gdy jeszcze stali przed wejściem do
jaskini.
Jaskinią.
Sklepienie było tak
wysoko, że nie dało się go dostrzec w tych warunkach. Na końcu rozległej pieczary
znajdował się tron zrobiony z ludzkich – albo może demonich? – kości i czaszek.
Zasiadała na nim Durga ubrana w obcisłą, długą do samej ziemi suknię z głębokimi
rozcięciami po bokach. Miała całkiem apetyczne nogi.
– To będzie piękna
ironia, gdy cię spalę twoją własną mocą, nie uważasz? – zagaiła. – Nie rozumiem
tylko po co przyprowadziłeś ze sobą tego chłopca. Myślałam, że go kochasz? Cóż,
teraz to już nieistotne. Zginiecie obaj. Może trochę wina? Nie odmówię
umierającemu ostatniego kieliszka.
– Bardzo śmieszne.
Cha, cha, cha. Boki zrywać – odparł Belial grobowym tonem i powoli ruszył w jej
stronę. Raven drgnął i poszedł za nim. Szybko się zrównali. – Wiesz co, tak
sobie myślę, że zamiast zabierać mi moce, powinnaś była zabrać trochę mojego
wyśmienitego poczucia humoru. Ewidentnie ci go brakuje.
– Podobno
zdychające psy szczekają najgłośniej, nie sądzisz? – odparła z kpiącym
uśmieszkiem na ustach.
– Jezu, kobieto.
Skończ. Poważnie. Jeśli pizdę masz tak suchą jak teksty to za nic bym cię tam
nie tknął.
– Belial, przestań –
szepnął cicho Raven. – Nie powinieneś…
– Owszem, nie
powinien – syknęła. – Chciałam być miła i załatwić to szybko i bezboleśnie, ale
teraz zmieniłam zdanie. – W jej głosie dźwięczała nieskrywana wściekłość.
– Oho. Chyba
trafiłem w czuły punkt – mruknął do siebie niebieskooki. – No ale weź. Czaszki?
To było modne parę stuleci temu.
Zmrużyła oczy.
– Drażnisz mnie,
demonie.
Nie zdążyli zareagować.
Belial krzyknął, gdy jego plecy zderzyły się z ostrą skałą. Bezwładnie osunął
się na ziemię. W czasie lotu beretta wypadła mu z ręki i poszybowała w
ciemność.
– Na czym to
skończyliśmy? Ach, tak. Już pamiętam. Właśnie miałam bardzo plastycznie przedstawić
sposób, w jaki cię wypatro… Aaaaaaaaa! – zawyła ugodzona shurikenem bogini.
Raven przybrał
pozycję do walki i ostrożnie obserwował, jak Durga wyciąga z czoła zakrwawioną
gwiazdkę. Głośno przełknął ślinę. Czy wbicie ostrza głęboko w czaszkę nie powinno
przypadkiem natychmiast jej uśmiercić?
– Wkurzyłeśśśśś
mnie – zasyczała. – Naprawdę mnie wkurzyłeśśśśśś.
Belial spróbował
się podnieść na nogi. Durga natychmiast na niego spojrzała i mężczyzna znów
uderzył plecami o ścianę. Jęknął boleśnie. Mieli totalnie przesrane. Raven
mimowolnie cofnął się kilka kroków, gdy dostrzegł, że ciało kobiety zaczęło
przechodzić dziwną metamorfozę. Skóra na jej długich nogach zabulgotała. Jej
uda zaczęły się zlewać w jedność, a w jej oczach nie było już nic ludzkiego. Źrenice
stały się pionowe jak u kobry.
– O żesz w kurwę –
wyrwało się Ravenowi.
–
Ssssssssłuszszszna uwaga – przytaknęła lamia. Z czarnej sukni nie pozostał
nawet ślad. Pół kobieta, pół wąż pełzła w jego stronę. – To jak chciałbyśśśśśś
zginąć? Ossssstatecznie, ty byłeśśśś całkiem grzeczny jak na demona.
Możeszszszsz wybrać.
Raven zwinnie
odskoczył w bok, nim zdążyła podciąć mu nogi potężnym ogonem. Jeszcze w locie
cisnął w nią drugim shurikenem. Ostrze zagłębiło się w jej brzuch.
Lamia zasyczała.
– Głupcze. To nic
nie da.
Musiał przyznać jej
rację. Metalowa gwiazdka zaczęła parować i po kilku sekundach całkowicie
zniknęła.
– A ty leż tam
gdzie leżałeśśśśśś i czekaj na ssssswoją kolej. – Ciało Beliala znów uderzyło o
skały. Wyrżnął potylicą w kamień, aż zamroczyło go na chwilę. Durga uśmiechnęła
się z satysfakcją. – Ale dla pewnośśśśśśści…
Z niesamowitą
prędkością pochyliła się i podniosła z ziemi sporej wielkości kamień. Odłamek w
jej dłoni zmienił się w wąski sztylet. Rzuciła nim i Belial krzyknął, gdy ostrze
wbiło się w jego bark, przygważdżając go do skały. Ciepła strużka czerwieni spłynęła
mu w dół ramienia.
Raven zamachnął się
i wyprowadził precyzyjny cios mieczem. Ostrze jednak nie przeszyło ciała lamii,
bo monstrum skutecznie odbiło klingę lśniącym czernią ogonem. Demon z całej
siły trzymał rękojeść, by nie pozwolić wyślizgnąć się broni i przez to stracił
równowagę. Potknął się, a uderzenie w plecy wydusiło z niego całe powietrze.
Nie tracąc czasu na namysł przeturlał się i tam, gdzie jeszcze chwilę temu
znajdowała się jego głowa, znów uderzył ogon lamii. Błyskawicznie zerwał się na
nogi i uskoczył w bok, ścigał go okrutny śmiech potwora.
– Nie
ucieknieszszszsz mi.
Ciężko oddychał. To
zdecydowanie nie była jego bajka. Po stokroć bardziej wolałby teraz kogoś
śledzić, a potem z okrutną satysfakcją bić temu komuś nóż w plecy. Okrążał
Durgę i bacznie obserwował jej ruchy. Była tak pewna siebie i swojego
zwycięstwa, że nie miała nawet dość szacunku, by potraktować go poważnie.
Bawiła się nim i dobrze to wiedział. Poczuł, jak wypełnia go rozpacz. To nie
miało sensu. Lepiej było sobie podciąć gardło i oszczędzić sobie upokorzenia i
cierpień.
Potrząsnął głową.
– Spierdalaj, suko –
rzucił z wściekłością. Roześmiała się. Syczący śmiech szybko przerodził się we
wrzask, gdy ciemna klinga odrąbała koniuszek jej ogona. Z kikuta zaczęła sączyć
się czarna, gęsta ciecz przypominająca smołę. – I co, teraz dalej ci wesoło? –
krzyknął gniewnie i odskoczył do tyłu. Uniknął morderczego ciosu, ale nie na
wiele się to zdało.
Żarty się
skończyły. Rozwścieczona lamia niewiarygodnie szybko podpełzła do niego i
chwyciła za gardło. Jedną ręką, zupełnie jakby nic nie ważył, uniosła go w górę
i potrząsnęła nim jak szmacianą lalką. Próbował dosięgnąć stopami ziemi, ale
nie miał szans. Trzymała go za wysoko. Z całych sił walczył o oddech, jego
smukłe dłonie drapały czarną rękę.
– Już wiem, jak to
zrobię. Usssssmażę ci mózg, mały telepato.
Raven wierzgnął w
powietrzu, a potem jego ciałem targnął spazm bólu. Lamia nie kłamała. Z
rozciągniętych w groteskowym uśmiechu ust wystawały długie kły, ale nawet tego
nie odnotował. Bolało. Bolało tak, jak jeszcze nigdy nic. Spod zaciśniętych
powiek ciurkiem leciały nieposłuszne łzy, a on nie miał nawet siły, by
krzyknąć. Czuł, że to już niedługo. A więc
to tak umrę, pomyślał jeszcze mętnie, a potem nastąpił koniec, osunął się w
nicość.
Nie usłyszał ani
tryumfalnego śmiechu Durgi, ani jej rozdzierającego uszy wrzasku, gdy ledwo
trzymający się na nogach Belial wbijał jej w plecy na wysokości serca wykonany
przez nią sztylet. A ona tak strasznie krzyczała. Niebieskookiemu głowa pękała
od tej straszliwej kakofonii. A może to nie od tego, tylko od łupnięcia głową w
skałę? Nie wiedział. To się nie liczyło. Ciało lamii wyginało się w paroksyzmie
bólu, więc wolną ręką po prostu objął ją w pasie i próbował się utrzymać na
niej jak na jakimś koszmarnym rodeo. Tłukła w niego okaleczonym ogonem, widział
mroczki przed oczami. Ostatkiem sił wepchnął ostrze głębiej i przekręcił je, a
potem jego też pochłonęła ciemność.
*
* *
Otworzył oczy i jaskrawe
światło dnia oślepiło go, więc natychmiast zacisnął ponownie powieki. Było mu
niedobrze. Głowa bolała go tak bardzo, jakby przez całą dobę korzystał z
myślowych macek w bardzo tłumnym miejscu. Miał migrenę? Dlaczego Sara jeszcze
nie przyniosła mu żadnych środków przeciwbólowych? Z pewnością miał dzisiaj
dużo pracy, jak zawsze. Nie mógł w takim stanie iść do swojego umiłowanego
pana… Myśl o Lucyferze go otrzeźwiła.
Zerwał się do
pionu. Chciał odskoczyć w bok, by uniknąć ciosu, ale… Żaden cios nie nastąpił.
Stalowo szare oczy rozglądały się po pokoju z bezbrzeżnym zdziwieniem.
Znajdował się we własnej sypialni.
To
był tylko sen?
Przyjął pozycję
obronną, gdy kątem oka dostrzegł ruch w kącie.
– To tylko ja,
ptaszyno – usłyszał łagodny głos Beliala.
Książę usiadł na
pościeli, a potem bez słowa przyciągnął do siebie Ravena.
– Już po wszystkim.
Doskonale się spisałeś… ukochany – szepnął i ucałował go w czoło. – Jak się
czujesz? Jeśli ta tępa swołocz trwale cię uszkodziła, to każę ją wskrzesić i
zabiję ją znowu. A potem jeszcze raz.
– Boli mnie głowa –
poskarżył się Raven dziwnie potulnie. – I jestem głodny.
Przez chwilę się
wahał. Powiedzieć czy nie?
Powiedział.
– …i przytul.
Belial zaśmiał się
miękko. Natychmiast wykonał polecenie. Jak dobrze, jak dobrze było móc go tulić
w ramionach!
– Co się stało? –
spytał Kruk po chwili. – Chyba… odpłynąłem na moment.
Rogaty zgrzytnął
zębami, ale zaraz się uspokoił. Już wszystko było w porządku. Już nic im nie
groziło.
Już się ocknął.
– Kiedy Durga była
zajęta walką z tobą i robieniem zapiekanki z twojego mózgu, ja się uwolniłem.
Potem ją zabiłem. Jak wyjaśniła mi pewna mądra głowa z Uniwersytetu
Piekielnego, lamię można zabić tylko tym, co sama stworzyła, mieliśmy
szczęście, a ona naprawdę była durna. Wróciły moje moce, teleportowałem nas
tutaj, koniec historii.
Nie raczył
wspomnieć ani o tym, że zanim ich teleportował przez kilka godzin obaj leżeli
nieprzytomni obok truchła Durgi, ani o tym, że gdy się ocknął, musiał ojebać z
krwi kilka wiewiórek, bo inaczej nie miałby siły na żadne wycieczki.
Szczegóły.
– Uhm – skomentował
to odkrywczo Raven.
– Potrzebujesz
czegoś, ptaszyno? Jesteś blady – powiedział troskliwie książę.
– Tak.
– Więc?
– Zgaś to jebane
słońce.
*
* *
Gorąca woda łagodną
falą muskała ich ciała. Byli rozleniwieni, ale nawet w stanie głębokiego
relaksu obaj doceniali spokój panujący w łaźni i piękno otaczających ich
ornamentów, którymi pokryta była cała powierzchnia. Ha. Termalne źródła. Miła
odmiana po syfie, którym żyli przez kilka ostatnich tygodni. Belial uznał, że wynajęcie całego salonu spa
tylko do ich dyspozycji było strzałem w dziesiątkę. Kto by przypuszczał, że
ofiarowanie Lucyferowi zęba lamii i wciśnięcie mu kitu, że to starożytny
artefakt chroniący dzieci przed wszelkim złem, zaowocuje tak miłym prezentem?
Podpłynął do Adama
i pocałował go. Muskał jego wargi w delikatnej pieszczocie. Uśmiechał się. Czy
można winić demona za chwilę bezwzględnego szczęścia?
Absolutnie nie.
– No i co się tak
szczerzysz – burknął zarumieniony Raven.
– Nie udawaj, mój
słodki. Dobrze wiem, że ci się to podoba. Mam namacalny dowód.
Zaśmiał się, gdy
szkarłat na policzkach demona przybrał na sile.
– Milcz, idioto.
Nie będziesz… Nnnnngh!
Belial wsunął w
niego dwa palce i zaczął nimi poruszać.
– Nie będę co,
ptaszyno? – spytał zwodniczo spokojnie.
– Nie będziesz…
Nnn… Mnie… Aaaach… Mocniej – jęknął mimowolnie.
– Nie będę mocniej?
No nie wiem.
Obrócił go tyłem do
siebie i docisnął do ściany basenu. Leniwie pieścił główką penisa jego wejście,
ewidentnie się z nim drażnił. Ciche pojękiwania brzmiały dla niego jak
najpiękniejsza muzyka świata. Albo nawet lepiej. Nie było na świecie takiej
muzyki, która doprowadzałaby go do szaleństwa z pożądania. Objął dłonią jego
rosnącą erekcję i kciukiem zaczął bawić się jego napletkiem.
Wsunął się w niego
nieco głębiej.
– To ma być mocniej
czy nie? – zapytał kpiąco. Zaczął obdarzać niespiesznymi pocałunkami kark
mężczyzny, od czasu do czasu lekko skubiąc go zębami.
– Idiota – jęknął
Raven. – Idiota. Jasne, że mocniej!
Książę nie czekał
na inną zachętę. Wbił się w niego z całej siły. Obaj krzyknęli.
– I czego jeszcze
sobie życzysz, ptaszyno? – zamruczał z ustami przy jego szyi. Ledwo się
hamował. Chciał go przerżnąć. Teraz, już, natychmiast.
Ciężkie jest życie
demona rozpusty. Trzeba trzymać poziom.
– Zerżnij mnie –
zażądał. – Mocno. Bardzo mocno.
Raven wysunął
pośladki, nabijając się na Beliala jeszcze mocniej i jęknął cicho. Belial
przygryzł sobie wargę. Jeszcze chwila.
Dasz radę. Zaczął leniwie przesuwać dłonią po jego męskości.
– I tylko tyle, mój
słodki masochisto?
Kruk jęknął
przeciągle. W wolnym tempie poruszał biodrami chcąc poczuć kochanka głębiej.
Położył dłoń na dłoni Beliala i zacisnął na niej palce.
– Pieprz mnie.
Pieść mnie. Gryź mnie.
– Wedle rozkazu.
Już się nie
hamował. Nie musiał. Wchodził w niego tak głęboko, jak tylko się dało. Ich
złączone dłonie stymulowały Ravena i to było dobre. Jedność. Tego właśnie
chciał. Ich coraz głośniejsze jęki splatały się ze sobą, pobudzały ich jeszcze
bardziej. Wgryzł się w jego kark, Raven krzyknął. Wolną dłonią jął ugniatać
jego kształtne pośladki. Raz czy dwa nawet dał mu mocnego klapsa, ale w wodzie
było to dosyć trudne. Pieprzył go. Wzburzona woda ochlapywała im twarze, ale
żaden nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Wreszcie doszli z głośnym krzykiem,
najpierw Raven, a chwilę po nim Belial. Oddychali ciężko.
Belial objął
kochanka w pasie i musnął wargami jego kark. Podobał mu się ślad znaczący skórę
Ravena, który sam tam przed chwilą zostawił.
– Kocham cię…
Adasiu – wymruczał.

0 komentarze:
Prześlij komentarz