Syk w ciemnościach


Wielkie święto dzisiaj – Nana ma urodziny!
Najmilsza, wszystkiego najlepszego. Zdrowia. Weny. Seksu. Spełnienia marzeń. Chleba z majonezem i z hajsem. Szczęścia. Wszystkiego, wszystkiego co najlepsze, bo na to zasługujesz. Kocham Cię.
Ale przecież dobrze o tym wiesz.




Zaciskając zęby z bólu wyrwał z ciała sztylet. Ostrze zgrzytnęło o kość. Ściekało jego krwią.
Zabawne, zawsze sądził, że jest niepokonany. Że jeśli tylko zechce, to może mieć wszystko. Sławę, bogactwo, miłość. Każde królestwo tego świata. Szatanem a prawdą, myślał też, że gdyby tylko zechciał, mógłby stać się niepodzielnym władcą Piekieł.
Rzecz w tym, że mu się nie chciało.
Żałosne. Miał go zabić zwykły kamień?
– Nie ma, kurwa, mowy – wybełkotał ledwo słyszalnie, a potem stęknął z wysiłku, próbując stanąć na nogach.



* * *

Zdjął okulary i przetarł zmęczone oczy. I tak nosił zerówki, w dodatku tylko dlatego, że wtedy wyglądał poważniej i bardziej odpowiedzialnie. Pic na wodę i fotomontaż, ale w pracy sprawdzało się świetnie. Chyba że – tak jak teraz – był nieludzko zmęczony. Parę godzin wcześniej demony z Urzędu Rozliczeniowego nawet zaczęły plotkować, bo przecież książę Belial zwykle miał w szczerym poważaniu wszystkie swoje obowiązki, jakiekolwiek by one nie były; zresztą nikt w całym Piekle nie wiedział, czym właściwie Aryman się zajmował, łącznie z Lucyferem i Astarothem. Złośliwi zwykli mawiać, że pewnie nawet sam Belial tego nie wie.
Wbrew pozorom, zazwyczaj jednak wiedział.
Z tym, że teraz nic się nie zgadzało. Niby w papierach wszystko było w porządku, ale żadne dane nie miały najmniejszego sensu – może poza gramatycznym. Trochę jak w historii rodem ze snu: niby wszystko do siebie pasuje, ale jak na to spojrzysz pod innym kątem, to się nagle okazuje, że patrzysz na prawdziwy burdel na kółkach.
Więc siedział i próbował zrozumieć. I tak siedział już kilkanaście dobrych godzin, za oknami już dawno się ściemniło, a w Urzędzie został jedynie cieć, Belial i jego asystentka, która co jakiś czas zaglądała do gabinetu księcia i usłużnie przynosiła mu kawę. Przyglądała mu się wtedy nieco nerwowo, już dawno nie widziała, by szef tak gorliwie przetrząsał papiery.
Drzwi otworzyły się z lekkim stukiem i do środka weszła Penemuel. Postawiła na biurku tacę z parującą filiżanką.
– Dzięki, Pen – mruknął czarnowłosy, jakby ledwo zauważając, że ktoś wszedł. Stukał palcami w blat biurka i trzeci raz czytał ten sam ustęp tekstu. – To nie ma za grosz sensu – powiedział nagle i spojrzał przenikliwie na kobietę.
Była śliczna. Nie piękna, nie seksowna: śliczna. Miała urok małej dziewczynki. Może to przez te wielkie oczy w kolorze ciepłego błękitu. Belial lubił na nią patrzeć. I, co dla niego dziwne, nigdy nawet nie próbował do niej zarywać. Traktował ją trochę jak taką biurową maskotkę. Poza tym – gdyby się z nią przespał, pewnie narobiłaby sobie nadziei, a potem rozczarowana rzuciła pracę, a przecież w Piekle tak trudno znaleźć kompetentną asystentkę.
– Co takiego nie ma sensu, szefie? – zapytała cicho i podeszła bliżej. Doskonale zdawała sobie sprawę, że Belial nie potrzebuje jej opinii, po prostu musiał pomyśleć na głos. Nie robił tego często, może raz na kilka stuleci.
Ale zawsze po czymś takim w Piekle rozpętywało się istne pandemonium.
– Chodź, zobacz sama.
Usunął się z fotelem trochę na bok, by zrobić blondynce miejsce. Penemuel dosunęła sobie krzesło i zaczęła czytać podsunięty jej pod nos fragment sprawozdania. Belial wpatrywał się w okno niewidzącym spojrzeniem. Nie rozumiał, skąd te nagłe spadki mocy na linii energetycznej demonów z jego kręgu. Szpiedzy także nic nie wykryli – niby wszystko było w porządku. Żaden mieszkaniec Piekła nie został zamordowany (no, może niezupełnie, w każdym razie, zgonów było nie więcej niż zwykle), nie wykryto żadnych magicznych zakłóceń, nie znaleziono śladów po dziwnych rytuałach, nie odnotowano obecności nietypowych stworzeń, anioły też nie były jakoś specjalnie aktywne w swoim bojowym zapale do zwalczania emisariuszy Piekieł. Innymi słowy – wszystko grało.
A jednak kumulacja mocy sumarycznej kręgu, od tysiącleci utrzymująca się na w miarę równym poziomie, od kilku miesięcy drastycznie wręcz spadała. I nie było na to żadnego logicznego wyjaśnienia.
– I co o tym myślisz? – zapytał kiedy odłożyła kartkę na blat.
– Może ktoś się pomylił…? – zasugerowała spokojnie jak zawsze. Belial chyba jeszcze nigdy nie słyszał, by kobieta podniosła na kogoś głos. Nawet gdy pewnego dnia Lilith wparowała do biura w samym bikini i zaczęła komenderować (nie swoim!) departamentem, w zasadzie bez powodu, Penemuel tylko sucho, ale bardzo formalnie powiadomiła sukkuba, że nie jest ona upoważniona do podejmowania działań na terenie Departamentu Chaosu i w takim układzie powinna przedłożyć pisemne pozwolenie od księcia Arymana na podejmowanie tychże albo zostanie wezwana ochrona.
Belial żałował, że nikt nie zrobił wtedy Lilith zdjęcia. Musiała mieć cudowną minę.
– Tak, też brałem to pod uwagę. Kazałem wszystko sprawdzić kilka razy. Wysłałem nawet dwie różne ekipy. Tu masz drugą ekspertyzę. – Podsunął jej plik kartek i skrzywił się. – Ale z góry uprzedzam, że nie musisz tego czytać, bo wszystko wygląda dokładnie tak samo.
Z roztargnieniem wyciągnął paczkę fajek. Dopiero po chwili zorientował się, że w pudełku już nic nie zostało.
– Kurwa – mruknął i zmiął puste opakowanie, po czym rzucił nim w stronę kosza. Nie trafił.  – Myślisz, że ten kiosk na rogu będzie jeszcze czynny?
– Nie sądzę, szefie. Jest trzecia nad ranem.
– Godzina duchów i demonów. Skąd ludzie biorą takie brednie na swoje przesądy. Nikt normalny nie bierze się do roboty o tej porze.
– Też sobie zadaję często to pytanie.
Spojrzał na demonicę jakby dopiero ją zobaczył.
– Hej, Pen, a ty nie powinnaś być już w domu? – zapytał ze zdziwieniem.
Uśmiechnęła się lekko.
– Szefie, bądźmy szczerzy. Mam tu coś do zrobienia tylko wtedy, kiedy jesteś na miejscu. A oboje dobrze wiemy jak rzadko się to zdarza. Nadgodziny raz na sto lat krzywdy mi nie zrobią.
Belial wyszczerzył się do niej w odpowiedzi.
– Słuszna uwaga. Ale nie rozpowiadaj o tym na prawo i lewo.
Przez chwilę patrzyli na siebie porozumiewawczo. Z Penemuel nie było problemów. Nigdy nie wyobrażała sobie za dużo, a pod maską profesjonalności i chłodnego spokoju skrywało się poczucie humoru, które książę bardzo cenił.
Dziewczyna odchrząknęła.
– Może to jakaś choroba? Warto by sprawdzić. Książę Astaroth znowu ostatnio eksperymentował z wirusami.
– Myślisz, że to powtórka z czternastego wieku?
– Niczego nie wykluczam.
Zamyślił się. Dobrze pamiętał, ile zamieszania wywołał ektoplazmatyczny wirus. Astar najpierw nikomu nie chciał się przyznać i zginęły setki demonów, a później radośnie obwieścił, że stworzył lek na wirusa i zaczęła się fala przymusowych szczepień. Nie, żeby Astaroth na tym nie zarobił. Sukinsyn przezornie opatentował szczepionkę i nawet Lucyfer nie mógł mu się dobrać do tyłka.
A że wirus potem zmutował i przeniósł się na inne istoty, siejąc na Ziemi falę zniszczenia znaną jako czarna ospa? Szczegóły…
Belial potrząsnął lekko głową.
– Nie, to mało prawdopodobne. Poza tym Lucek i Astaroth też mają ostatnio takie problemy. Gdyby to była wina naszego kochanego doktorka, to nie chodziłby taki podkurwiony.
Znów był w punkcie wyjścia.
– Umm… A może to sprawka Lewiatana? – podsunęła po chwili ściszonym głosem. Zaraz dodała szybko: – Skoro u niego wszystko w porządku…
– Nie, to bez związku – żachnął się tylko. – Jego bestie nadają na zupełnie innych falach, nie ma w nich nic ludzkiego, dlatego nawet algorytmy obliczeniowe dla ich mocy są zupełnie inne od tych dla zwykłych demonów jak ty czy ja. Co, swoją drogą, też jest kolejnym dowodem na to, że to nie żadna zaraza, tylko coś dotyczącego ściśle mocy.
– No tak, bestie też chorowały. Nie zwróciłam na to uwagi – westchnęła.
Rozległ się szelest kartek. Belial zaczął pospiesznie szukać czegoś w papierach.
– To dotyczy tylko mocy. Tylko demonów podobnych do ludzi, a więc musi mieć związek z Ziemią. Cholera, jak mogłem tego nie zauważyć! – Mówił do siebie. Zaczął wklepywać do komputera kluczowe słowa i nawet nie zauważył, kiedy asystentka opuściła gabinet. Nie była mu już potrzebna.



* * *

Wparował do kancelarii dosłownie chwilę po tym, jak Lucyfer zasiadł w fotelu. Do ósmej rano zdążył przejrzeć dane z nowej perspektywy i zebrać wystarczającą ilość materiałów, by mieć uzasadnione podejrzenie, że ktoś próbuje osłabić demony.
– Ktoś nam bruździ – Belial przeszedł od razu do rzeczy. Z hukiem rzucił gruby plik kartek na biurko.
– Dzień dobry, ciebie też miło widzieć – odparł z przekąsem Lucyfer. – Kawy? Herbaty? Pomarańczę, ananasa?
– Dobra, zamknij pysk. Nie mamy na to czasu. Patrz. O, tutaj. – Wskazał palcem niczym nie wyróżniającą się tabelę.
Jasnowłosy demon spojrzał posłusznie we wskazane miejsce, a potem wzruszył ramionami.
– No i? A w ogóle to w jakiej sprawie przyszedłeś?
Belial machnął ręką ze zniecierpliwieniem. Tak długo był skupiony na tej jednej jedynej sprawie, że wydawało mu się oczywiste, o czym mówi.
– Ubytki mocy. Gadaliśmy o tym ostatnio. Popatrz uważnie. Demony, które przebywały ostatnio na Ziemi, nie wróciły. Nie wiem jak twoi, ale ja z moimi nie mogę się skontaktować. To jakieś pomniejsze pypcie, więc do tej pory nawet nie zwracałem na nich uwagi, ale próbowałem ich wyczuć i nie mogłem. Nawet dzwoniłem do kilku, ale pani z automatu poinformowała mnie, że abonent chwilowo nie teges.
Lucyfer zmarszczył brwi i zaczął się wczytywać. Gdy skończył, spojrzał poważnie na rogatego.
– Czekaj chwilę, ja też spróbuję.
Belial skinął głową i już spokojniejszy rozłożył się wygodnie w drugim fotelu. A przynajmniej na tyle wygodnie, na ile prawie dwumetrowy facet mógł usiąść w fotelu przeznaczonym dla osób o mniejszych gabarytach.
Tymczasem blondyn wyjął z szuflady jakieś podejrzanie newageowsko wyglądające kryształy. Potarł je palcami, rozjarzyły się jadowitą zielenią. Zamknął oczy i skupił się. Dla Beliala wyglądało to na jedną wielką ściemę, ale co się będzie wtrącał.
Po kilku ciągnących się jak flaki za diablikiem minutach Lucyfer schował te swoje kamyczki z powrotem do biurka.
– Niech no zgadnę. Też ich nie wyczuwasz? – zapytał rogaty.
Lucyfer przytaknął.
– Powiem nawet więcej. Nie wyczuwam tylko tych, którzy ostatnio byli w Azji. A zawężając krąg poszukiwań – w Indiach.
Belial gwizdnął cicho z podziwem.
– Te świecidełka pomagają ci w lokalizacji? – spytał sceptycznie. Nie doczekał się odpowiedzi, więc kontynuował. – Zaraz. Po co w ogóle wysyłałeś demony do Indii? I nie kłam, że sami poleźli. Twoi ludzie nawet pierdzą na twoją komendę.
Jasnowłosy się zirytował.
– Wysłałem to wysłałem, na chuj drążysz temat. Nie to jest teraz ważne. Musimy ustalić, co z tym zrobić.
– Dobra, dobra, nie denerwuj się tak, bo ci żyłka pęknie. Proste, trzeba się tam wybrać i wybadać sprawę. Podejrzewam, że nikt nie zrobi tego lepiej niż my, także pakuj się. Będę za pół godziny i nas teleportnę. – Wstał i poprawił marynarkę. Już miał szybkim krokiem wyjść z kancelarii, ale Lucyfer ostudził jego zapał.
– Chyba jaja sobie robisz. Nigdzie z tobą nie idę. A już na pewno nie do zaszczanych Indii. Syf, kiła i mogiła, krowy biegające po ulicy, pełno brudu, dżungla. Sorry, nie moje klimaty, baw się sam.
– Brud, jasne. Pewnie się boisz, że złapiesz opaleniznę – sarknął Belial z rozdrażnieniem. – Jebać to. Wiesz, że to poważna sprawa. Ktoś nam bruździ, gołym okiem widać, że szykuje się coś grubszego. Nie wymigasz się.
Książę Pierwszej Marchii westchnął ciężko.
– Uspokój się, Bel. Dobrze wiesz, że moje moce bojowe pozostawiają wiele do życzenia.
– Delikatnie mówiąc.
– No właśnie. Poza tym Lilith znowu jest w ciąży, sam wiesz, i… No.
– Pozwól, niech zgadnę: ktoś musi ganiać po ogórki i lody w środku nocy? Lucek, miejże litość, od czego masz służbę?
– Daj spokój, jakie lody, jakie ogórki – żachnął się. – Niedługo rozwiązanie. Nie mogę sobie tak zniknąć, bo znowu mi zeżre dziecko. Ja już dłużej nie dam rady z tą kobietą. Chcę mieć dziedzica, a ona każdego jednego syna musi zeżreć! – krzyknął rozgoryczony.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Lucyfer faktycznie wyglądał ostatnio na przybitego. Dziecko i dziecko, a zegar biologiczny tyka. Belial ze współczuciem zdiagnozował kryzys wieku średniego.
– No dobra, w takim razie wyślij ze mną kogoś zaufanego. Potrzebuję kogoś o podobnych zdolnościach. Sam wiesz, jak ciężko u mnie znaleźć mentalistę. Prawie same żywioły i siłacze – przemówił w końcu.
Blondyn otrząsnął się z własnych myśli.
– Chyba wiem, kogo z tobą wyślę – powiedział z szerokim uśmiechem.
Belial mógłby przysiąc, że właśnie tak uśmiechają się węże. I ani trochę mu się to nie podobało.
– Nie możesz go ze mną wysłać.
– Czemu nie? – udał zdziwienie.
– Opanuj się, ty chory demonie. Wiesz, że nie umiem w jego obecności trzymać rąk przy sobie. Nie, nie patrz tak na mnie. Skasuj ten cholerny uśmiech. Kurwa, stary. To ważna sprawa, a ty se jaja robisz – wkurzył się czarnowłosy. – Proszę cię, opanuj się trochę. Co ty sobie w ogóle myślisz?
– Och, nie martw się. Nie będziecie się pieprzyć jak króliki – powiedział Lucyfer z przekonaniem. I to też się Belialowi nie podobało.
– Bo co, bo mu zabronisz?
– Ależ skąd. Po prostu nie sądzę, by był w nastroju na takie zabawy.
Belial przyglądał mu się podejrzliwie przez dłuższą chwilę. Wreszcie skapitulował.
– Poddaję się. Za chuja nie wiem, o co ci chodzi. Czemu miałby nie mieć nastroju?
– To Indie. Przecież Raven nie lubi ani słońca, ani brudu.



* * *

Zaczęli śledztwo w Nowym Delhi. Wydawało się to najlogiczniejszym rozwiązaniem. Lucyfer bardzo długo nie chciał przyznać się, dlaczego wysłał do Indii swoich przedstawicieli. Zapierał się, milczał. Dopiero gdy rozjuszony Belial zaczął wrzeszczeć, że albo Lucek mu powie, co tam kombinował, albo Belial osobiście zrobi z jego potomka śniadanie dla Lilith, książę Pierwszej Marchii z zawstydzeniem wreszcie przyznał, że słyszał pogłoski o silnych indyjskich amuletach ochronnych dla dzieci i postanowił chwycić się tej szansy. Belial zdębiał. W życiu by nie przypuszczał, że Niosący Światło okaże się tak podatny na przesądy i zabobony. Cóż, tonący brzytwy się chwyta, jak to mawiają. Ostatnim znanym miejscem pobytu lucyferowych demonów była właśnie stolica Indii, a od czegoś trzeba było zacząć. Belial natomiast nigdy nie interesował się bez powodu tym, gdzie przebywają jego podwładni.
Zatrzymali się w luksusowym hotelu. Nie mieli wyboru – Raven za nic nie chciał się zgodzić na cokolwiek, co miało mniej niż pięć gwiazdek, nawet jeśli mogli w ten sposób zdobyć więcej informacji. Od samego początku było widać, że nie ma najmniejszej ochoty na pobyt tutaj, ale nie śmiał powiedzieć złego słowa na temat Lucyfera czy jego decyzji.
Belial za to się nie krępował. Przy każdej okazji nabijał się z księcia Pierwszej Marchii, jego obsesji na punkcie dziedzica oraz tego, że Lucyfer niepotrzebnie tak rozpacza, bo pewnie żadne z tych dzieci i tak nie było jego.
Do czasu.
Z każdym mijającym dniem Raven stawał się coraz bardziej nieznośny. Za dnia nie chciał nigdzie wychodzić, ciągle tylko siedział w klimatyzowanym pokoju i popijał wodę. Nawet nie miał ochoty na swoją ulubioną tartę malinową ani czekoladę. Prawie całymi dniami wylegiwał się w wannie dla ochłody. Belial właściwie nie miał mu tego za złe – nawet jemu było odrobinę za ciepło na dusznych ulicach i w tłumie ludzi, jakże więc mógł wymagać, by ktoś, kto nie może manipulować temperaturą swojego ciała wychodził na zewnątrz w najgorszych godzinach? Przeszukiwał różne podejrzane miejsca, szukał odpowiednich ludzi, a gdy udało mu się coś znaleźć, wracał tam z Ravenem w godzinach wieczornych. Szarooki sondował mózg delikwenta lub pomagał Belialowi w przesłuchaniu stwierdzając, czy dana osoba mówi prawdę.
Tym, co rogatego wkurzało coraz bardziej, było marudzenie demona. Za gorąco. Za duszno. Śmierdzi. Za dużo ludzi. Za głośno. Brudno. Niedobre jedzenie. Boli mnie głowa. Przynieś mi lody. Tamta krowa się na mnie gapi. Nie dotykaj mnie.
A Belial był coraz bardziej sfrustrowany.
W dodatku od ich przybycia upłynęły prawie trzy tygodnie, a wciąż nie mieli żadnego śladu. Żaden z nich nie wyczuwał też aury nieśmiertelnych. Ani jednego. To było dziwne.
Dziwne i niepokojące.
Przecież w każdym miejscu na Ziemi kręcą się jacyś nieśmiertelni, bez różnicy jakiej rasy. Anioły, demony, wampiry, zmiennokształtni, driady, elfy, różnego rodzaju hybrydy… Słowem – powinno tu być cokolwiek, tymczasem w mieście nie było nawet śladu po istotach nadprzyrodzonych. Ludzie, którzy zwykle z takimi się zadawali lub chociaż bardzo chcieli, wszyscy sekciarze, goci, sataniści i inne ludzkie dziwadła też nic nie wiedzieli. W pewnym sensie był to jakiś trop, ale w gruncie rzeczy utknęli w martwym punkcie.
I jeszcze Raven. Faktycznie nie był w nastroju.
Zrobili to tylko raz, na samym początku. Potem zaczęło się marudzenie. I Raven, i Belial stali się rozdrażnieni. Wciąż nie znali się za dobrze, właściwie dopiero niedawno się pogodzili na sławetnym bankiecie u Lucyfera, ale już kłócili się jak stare małżeństwo. Belial poprzysiągł sobie, że kiedy tylko wrócą, zabierze Adama na wycieczkę w jakieś hiper romantyczne miejsce, żeby zatrzeć nieprzyjemne wspomnienia z tej podróży.
Wrócił do pokoju hotelowego i rzucił na stół siatkę z pudełkiem lodów. Czekoladowe, z kawałkami czekolady. Kupił je ledwie chwilę temu, w sklepiku na dole, a siatka już zaczęła przeciekać. Belial westchnął ciężko i opadł na kanapę. Już zaczął się irytować, przeczuwając, że jak tylko Raven wyjdzie z łazienki, to zacznie się jakaś awantura. I nie mylił się.
– Musisz siadać na tej kanapie? Umyłbyś się najpierw. Cały apartament będzie śmierdział ulicą. Dzięki wielkie, teraz nie będę mógł nawet usiąść na sofie… Dowiedziałeś się czegoś? – Raven przerwał swoją tyradę na chwilę. Jego ciało wciąż było wilgotne po kąpieli, nawet się nie ubrał, tylko niedbale przepasał ręcznikiem w biodrach. Belial chciwie mu się przyglądał.
– Nie, nic nowego. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli… Słuchasz mnie?
Spojrzał na długowłosego demona. Zachowywał się jakoś dziwnie. Stał w miejscu i chwiał się, miał szeroko otwarte oczy.
– Raven? Raven, kurwa, weź mnie nie strasz. Dobra, wiem, zaraz pójdę pod prysznic, już nie musisz tak… Raven!
Rogaty w mgnieniu oka znalazł się przy ukochanym i w ostatniej chwili złapał mdlejącego mężczyznę. Ostrożnie zaniósł go do sypialni i położył na łóżku.
– Raven, ocknij się. – Poklepał go lekko po policzku w próbie ocucenia. I faktycznie, po chwili szare oczy rozglądały się ze zdziwieniem po pokoju. – Co się stało, ptaszyno? – Zapytał zmartwiony Belial.
– Ja… Nie czułeś tego? – Odparł drżącym głosem.
– Co miałem poczuć? – Dyskretnie obrócił głowę i przyłożył do ramienia. Hm. Nie śmierdział przecież.
– Nie zapach, idioto! – Raven przewrócił oczami. – Aurę. Nadal ją czuję, ale w pierwszej chwili mnie tak siekło… Nigdy nie czułem czegoś takiego. Ty jej nie czujesz?
– Ptaszyno, jestem księciem. W Piekle wyczuwam obecność każdego pierdolonego diablika. Wyrobiłem sobie nawyk wyłączania czucia aury, bo inaczej by mnie zabrali do domu bez klamek. Daj mi chwilę.
Usiadł na skraju łóżka i zamknął oczy. Wiedzieli, że w mieście nie ma nikogo poza nimi, więc po prostu się „wyłączył”, a potem o tym zapomniał. Dopiero teraz pozwolił sobie na wysondowanie otoczenia. Jakby włączał dodatkowy zmysł.
I poczuł to.
Lepką, ciężką aurę, bardzo potężną. Była zła. Nie tak zła, jak aura demona, który wyrżnął w pień cały oddział aniołów, tylko zła jak wynaturzone stworzenie, które patrzy na ciebie z niewielkiej odległości z kompletnie nieodgadnioną miną i zastanawia się, czy będziesz smaczny. Było w niej coś niewłaściwego, ale Belial nie umiał stwierdzić co.
– Zajebiście, chyba mamy to, czego szukaliśmy. Ubieraj się.



* * *

Teleportowali się prosto w ciemną uliczkę między starymi budynkami. Choć budynki to może za duże słowo – raczej rozwalające się domy, w których albo od dawna nikt nie mieszkał, albo których mieszkańcy byli naprawdę, naprawdę biedni. Niezbyt przyjemna sceneria, ale Belial jeszcze przez chwilę nie wypuszczał Ravena z objęć. Ostatnio tak skakali sobie do oczu, że nawet zwykła rozmowa mogła przerodzić się w kłótnię.
– Już niedługo będziemy w domu, ptaszyno – wymruczał mu do ucha. – Marzę o gorącej kąpieli. Z tobą.
– Taaa, kąpiel to akurat by ci się przydała. Śmierdzisz ulicą – odparł Raven. Ale jakoś tak… Mniej wyniośle niż zwykle. Książę objął go mocniej.
– To zapach pracy. Mówi ci to coś, ptaszyno?
– Coś słyszałem. To takie coś, czego nigdy nie robisz, prawda?
Belial roześmiał się.
– Zaraz zrobię. Coś czuję, że ta istota jest odpowiedzią na nasze pytania.
Raven przewrócił oczami.
– No nie mów. Sam na to wpadłeś?
– Nie, razem z sześćdziesięcioma dziewięcioma innymi seksownymi demonami.
– Co.
– Cicho bądź. – Aryman pochylił się. Brakowało mu takich chwil jak ta – kiedy jego ukochany nie marudził, a zamiast tego był tak rozkosznie słodki w tym swoim udawaniu, że wcale Beliala nie lubi. Wargi Ravena smakowały malinami. Wyglądało na to, że demon jednak przeprosił się z tartą. – Miejmy to jak najszybciej za sobą – zaproponował z niebieskim błyskiem w oczach. Niechętnie odsunęli się od siebie i ruszyli w stronę światła lamp ulicznych. Po chwili wyszli z zaułka prosto na krowę. Raven zmarszczył nos z niesmakiem, ale nic nie powiedział. Chyba perspektywa rychłego powrotu do normalnego świata poprawiła mu humor.
Ominęli zwierzę i zatrzymali się.
– Widzisz tę knajpę? – zapytał Belial.
– Mhm. To chyba tam.
– Mądry chłopczyk. Więc plan jest taki: wchodzimy, nie rzucamy się w oczy i siadamy gdzieś w kącie. Obserwujemy to coś, a ty wybadasz jego myśli. A potem to już zależy od tego, co znajdziesz. Okej?
Raven skinął głową. Był skupiony – jak zawsze, gdy miał do wykonania zadanie. Poważny, odpowiedzialny Kruczek.
I, jak zawsze, gdy Belial coś planował, nic nie poszło zgodnie z planem.
Kiedy tylko przekroczyli próg baru wyglądającego jak zwykła chata, tłum miejscowych zamilkł. Wszyscy się na nich gapili. Co, biorąc pod uwagę rozdźwięk między wyglądem demonów i ludzi, nie powinno nikogo dziwić. Mężczyźni w różnobarwnych kamizach i wzorzystych dhoti, kilka kobiet w wymyślnych sari – wszyscy wpatrywali się w dwóch przedstawicieli rasy kaukaskiej ubranych jak na koncert rockowy.
– No to tyle jeśli chodzi o niezwracanie na siebie uwagi – skwitował kwaśno Belial. – Chodź, zamówimy jakiegoś drinka.
Raven ewidentnie czuł się tu nieswojo. Starał się nie patrzeć na wybrudzone stoły, których od dawna nikt nawet nie przetarł żadną szmatą. Coś takiego w jego rezydencji byłoby nie do pomyślenia. Gdyby jakimś cudem służbie udało się zapuścić posiadłość do tego stopnia, chyba prędzej kazałby spalić budynek. Wzdrygnął się, gdy szczupły Hindus o przestraszonych oczach złapał go za ramię.
Mata ānā, rākasa. Rana! – wyszeptał, po czym w pośpiechu wyszedł jakby goniło go stado diabłów.
Spojrzeli na siebie ze zdziwieniem.
– Wiesz, co on powiedział? – zapytał cicho Raven przysuwając się do Beliala.
– Taaa. Kazał nam spierdalać. – Mruknął ponuro. – I wiedział, czym jesteśmy. Nie podo…
– Dobry wieczór, w czym mogę pomóc?
Krótką wymianę zdań przerwała im ciemnoskóra kobieta. Uśmiechała się uprzejmie, ale coś w wyrazie jej brązowych oczu mówiło, żeby mieć się na baczności. Belial zlustrował ją spojrzeniem z góry na dół. Była piękna. Mimo ciemnej skóry nie wyglądała ani jak Murzynka, ani jak Hinduska, już prędzej jak drow z czarnymi włosami. Dziwna, silna aura biła z niej tak mocno, że oba demony czuły się przy niej dziwnie. Raven mimowolnie cofnął się trochę za Beliala i patrzył na nią zza ramienia kochanka, nie dając po sobie poznać, że właśnie wypuszcza myślowe macki.
Rogaty posłał kobiecie swój firmowy uśmiech.
– Pięknie mówisz po angielsku. Jeszcze nigdy nie słyszałem tak niesamowitego akcentu, jest taki melodyjny. Chętnie byśmy się czegoś napili. Macie może whiskey?
Kobieta przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego przenikliwie. Demon przestąpił z nogi na nogę. Może ta wzmianka o akcencie była nieuprzejma? Cholera, powinien był przyłożyć większą uwagę do szkolenia dyplomatycznego z poprawności politycznej. Świat się zmieniał. Teraz byle słowo z ust białego mogło uchodzić za obrazę.
– Jesteś interesujący – odparła z zaciekawieniem i podeszła bliżej. – Potężny. Co potrafisz?
Była dziwna. Miała spojrzenie uważne, zbyt uważne. Jak drapieżnik oceniający swoje szanse w starciu z niespotkaną dotąd zwierzyną. Uczucie bycia lustrowanym pod tym kątem w ogóle się Belialowi nie podobało.
Nie mogę wejść do jej mózgu, usłyszał w głowie głos Ravena. Ma jakąś pieprzoną barierę. Jak ściana z betonu i stali. Wyższy mężczyzna drgnął, ale wyraz jego twarzy się nie zmienił. Spróbuj jeszcze raz. Na pewno ci się uda. Nie może być aż tak silna, ptaszyno, pomyślał w jego stronę.
– Jeśli już skończyliście tę uroczą wymianę zdań, przy okazji, to bardzo niegrzeczne szeptać w towarzystwie damy, wstydzilibyście się, to zapraszam do baru. Mamy wyśmienity wybór win. Aż dwa czerwone – zażartowała. Nie obdarzając ich kolejnym spojrzeniem ruszyła za sklecony z desek kontuar.
Zastygli w bezruchu. Nie powinna była wiedzieć o ich pomyślanej rozmowie. Jak chuj, że nie powinna.
– Belial… – zaczął cicho Raven. – Wiesz, czym ona jest?
Czarnooki prześlizgnął się spojrzeniem po zgrabnej figurze dziewczyny. Była ubrana w zwykłą czarną bokserkę i dżinsowe szorty. Podobnie jak oni wizualnie nie pasowała do tego miejsca. Rozejrzał się z niepokojem po pomieszczeniu. Ludzie wciąż milczeli.
Kilka osób wcześniej dyskretnie ulotniło się z lokalu, pozostali popatrywali na demony z wrogością. Jak nic byli przydupasami tej czarnulki.
– Nie mam pojęcia, ptaszyno. Chodźmy i sprawdźmy.
Nalała im szkarłatnej cieczy do wysokich szklanek. Raven podejrzliwie przyjrzał się swojej, ale jak na złość była czysta. Powąchał ciecz, ale nie odważył się skosztować. Belial zresztą też nie.
– Czym jesteś? – palnął bez ogródek.
– Belial… – Raven strzelił facepalma.
– No co. Nie ma co się czaić – wzruszył ramionami. – Nie będziemy się tu czarować przecież.
– Belial? – ożywiła się kobieta. Skupili na niej wzrok. – Ten Belial?
Jej oczy błyszczały niezdrową ciekawością i demon poczuł się nagle jak przystawka. Bezwiednie odchylił się nieco w tył, ale nie tracąc rezonu wyszczerzył się do niej.
– Ten sam. Jak rozumiem, musiałaś słyszeć już o moich niebywałych zdolnościach łóżkowych, ale muszę cię uprzedzić, że nic z tego. Jesteś bardzo piękna, ale pozostaję wierny mojej miłości. Prawda, ptaszyno?
Raven łypnął na niego.
– Cóż za zaszczyt. Pofatygowałeś się osobiście, jak miło. Możesz na mnie mówić Kali. Albo Durga. Jak ci wygodniej.
Przechyliła się przez blat i złapała go za nadgarstek.
– Hej, bez takich. Przecież wyraźnie powiedziałem, że nie jestem zainteresowany. Puść albo… O kurwa, puszczaj, serio. – Próbował wyrwać rękę z jej uścisku, ale nie był w stanie. W jej szczupłym ciele skryta była siła tak wielka, że Belial musiałby się nieźle wysilić, by się uwolnić. A i tak nie miał gwarancji, że nie złamałby sobie przy tym ręki. – No, już. Nie rób scen.
Mūka, kālē śaitāna – powiedziała spokojnie i dalej nie puszczała. – Nic nie rób, śliczny, bo tobie też zabiorę, a jego zabiję – rzuciła ostro do Ravena, gdy tylko dostrzegła podejrzany ruch z jego strony. I to by było na tyle jeśli idzie o przydatność shurikenów. – No widzisz, już po wszystkim. Pijcie ile chcecie, na koszt firmy. Idę zobaczyć, co tam ciekawego miałeś. Hmm… Ooo! – krzyknęła z zachwytem. Rozległo się ciche pyknięcie i kobieta znikła.
– Co jest, kurwa… – zaczął Belial niepewnie. – To jakaś wariatka. Musiało jej na mózg paść od tych wszystkich kadzidełek.
– Belial…
– W ogóle, mało mi ręki nie złamała, czaisz? Na bank nie jest laską. Pewnie coś jej tam dynda między nogami.
– Belial.
– No co? Może nie? Mało to się słyszy o Tajkach? Żadna baba nie ma tyle krzepy.
– Zamknij się, idioto. Mamy problem – warknął blady jak ściana Raven.
Rogaty zamilkł wreszcie i popatrzył nań pytająco.
– Nie mogę wyczuć twojej aury. Jesteś zwykłym człowiekiem.



* * *

W drodze powrotnej do hotelu zgubili się kilka razy. Bez swojej umiejętności teleportacji, która przywiodła ich prosto do tego przeklętego baru, Belial nie był w stanie ich szybko przetransportować, a jak się okazało – knajpa znajdowała się na kompletnym zadupiu. Był wściekły. Do jasnej cholery, nie mógł się teleportować! Próbował przyzwać ogień, ale – oczywiście – nic to nie dało. Był kompletnie pozbawiony mocy. Tak jak powiedział Raven – był teraz zwykłym człowiekiem.
Cóż, przynajmniej zagadka gwałtownego spadku mocy w Piekle się wyjaśniła.
– Zajebię sukę. Wsadzę jej rozgrzany pogrzebacz w dupę i będę słuchał jak skwierczy, przysięgam – pomstował chodząc w kółko po pokoju. Raven puszczał to mimo uszu. Podczas spaceru dość się nasłuchał tego typu pogróżek.
– Słuchaj, jak ona się przedstawiła? – zapytał nagle odsuwając się od laptopa. – Kala?
Belial zatrzymał się na chwilę.
– Kali. Albo Durga. Założę się, że to synonim na wredną małpę. A co?
– Gówno. Robię research. Gdybyś mniej gadał, a więcej robił, to szybciej byśmy odzyskali twoje moce – rzucił Raven z rozdrażnieniem. – Siadaj na dupie i mi pomóż. Znasz hindi, może się do czegoś przydasz.
Belial łypnął na niego nieprzyjaźnie, ale posłusznie usiadł obok. Czuł się bezużyteczny.
– Dobra, coś mam. – Raven pochylił się bliżej do monitora i zaczął na głos czytać. – Kali. Hinduska bogini czasu i śmierci, pogromczyni demonów i sił zła… Po prostu pięknie. – Przeskoczył na inną zakładkę w przeglądarce. – Durga. Żeńskie bóstwo hinduistyczne, wojownicza forma Dewi. Do Durgi nie mają mieć dostępu konkurenci, jej imię oznacza też „Nieprzystępna”. Jest ona również niezwyciężona w boju. Czasami Durga powstaje z Wisznu jako moc snu lub jako moc stwórcza tego boga lub wyłania się z bogini Parwati, małżonki Śiwy.
– Co za brednie.
– Cicho. Słuchaj. – Przewinął stronę. – Jej główne zadanie to walka z demonami, kiedy wpada ona w gniew. Kiedy indziej bogowie męscy składają swe atrybuty, aby ukształtować Durgę jako obrończynię przed demonami… Czyli co, jest jakimś chrzanionym bogiem, tak?
– Na to wygląda.
– Nie rozumiem. Myślałem, że jest tylko jeden Bóg. Przecież byłeś aniołem i… No… – zaciął się.
Belial westchnął.
– To nie takie proste, ptaszyno. Bóstw jest więcej. A raczej bytów, które powstają dzięki magii i sile wiary ludzkiej, a potem uchodzą za bóstwa. Tak naprawdę to tylko potężne skurwysyny, zazwyczaj jedyne w swoim rodzaju. Ale ego zwykle mają iście boskie.
Postukał palcami w udo.
– Umiałbyś wytropić tamtego ciapaka, co nas ostrzegał? – spytał po chwili.
– Nie wiem. Nie przyjrzałem mu się, zresztą oni wszyscy wyglądają tak samo – skrzywił się. – Ale mogę nasłuchiwać. Może uda mi się poznać głos jego myśli. Ale, Belial, nie mamy zbyt wielu opcji.
– Wiem, ptaszyno, wiem. – Westchnął. – Jutro tam wrócimy. Skoro ten typek się tam kręcił, to pewnie mieszka niedaleko.
– Tak, też o tym pomyślałem.
Spojrzeli na siebie.
– Nie wiedziałem, że masz niebieskie oczy.
– Miałem w Niebie. Potem zostały mi tylko przebłyski.
Zamilkli. Długą chwilę siedzieli w ciszy.
– Belial…
– Tak, ptaszyno?
– A co, jeśli nie odzyskamy twoich mocy…?
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
– To będę miał mały kłopot z organizacją seks-niespodzianek w twoich godzinach pracy.
Na twarzy demona pojawił się cień uśmiechu.
– Dureń. Nie o to mi chodziło. Przecież jako człowiek ty…
– Co ja?
– Umrzesz.
– Martwi cię to?
Raven ucichł. Przez dłuższą chwilę się nie odzywał, aż Belialowi zrobiło się przykro. Czyli co, Ravenowi wisi to, czy Belial jeszcze trochę sobie pożyje czy nie? Niezbyt miła myśl.
– Nie chcę, żebyś umarł. – Demon płynnie przesunął się z krzesła prosto na kolana swojego kochanka i wtulił się w niego. Może i Belial nie miał już mocy, ale jego szerokie, silne ramiona wciąż dawały mu to dziwne poczucie bezpieczeństwa. – Nadal jesteś taki ciepły.
– Gorący ze mnie chłopak.
– Idiota.
– Maruda.
– Głu… Nnn… – Raven objął go za szyję i jęknął mu cicho prosto w usta. – Tak, zrób to – zażądał.
Belial spojrzał na niego nieco nieprzytomnie.
– Co takiego?
– To, o czym pomyślałeś. Zrób to!
– …podsłuchujesz moje myśli?!
– Nie podsłuchuję. Odkąd przestałeś być demonem cały czas cię słyszę. Nie mogę tego stłumić. Nieważne. Po prostu zrób to.
Raven otarł się o niego sugestywnie.
– Teraz. – Zażądał ponownie.
Niebieskooki uśmiechnął się szeroko, a Raven jęknął cicho.
– To też!
– Hmm… A to…?
– …to tak się da?
– No pewnie.
– Ale mnie nie utrzymasz. Przecież nie masz już tyle siły.
– Ptaszyno, nie bądź niemądry. Jestem przypakowany nie przez moc i nie przez sterydy.
– Och.
Belial liznął go po szyi.
– Ngh… To też chcę. Teraz – Jęknął demon i wyprężył się.
Mężczyzna roześmiał się miękko.
– Gdybym wiedział, że żeby cię zaciągnąć do łóżka wystarczy pokazać ci część moich codziennych fantazji na twój temat, to już dawno bym to zrobił.
– Czekaj, nie chcesz mi chyba powiedzieć, że ty tak cały czas…?
– Ptaszyno. Nieustannie.
– Jesteś niewyżytym popaprańcem.
– I za to mnie kochasz, mój słodki masochisto.



* * *

Odnalezienie sprzyjającego im tubylca okazało się dużo prostsze niż na początku zakładali. Wystarczyło udać się w znajome z ubiegłego wieczoru rejony. Raven nie wyczuwał już obecności Durgi. Raz tylko ją poczuł raptem na kilka minut, a potem nastąpiła cisza. Wyglądało na to, że bogini zmyła się z miasta na dobre, być może w poszukiwaniu kolejnych ofiar.
Żaden z nich nie miał ochoty tłuc się pieszo taki kawał drogi, więc przy pierwszej okazji wsiedli do tuk-tuka: mechanicznego pojazdu wyglądającego jak skrzyżowanie smarta z rikszą. Belial podejrzewał, że po tej wycieczce Ravenowi na zawsze pozostanie trauma.
Najpierw musieli się targować z kierowcą, bo taksówkarz oczywiście nie miał zamontowanego w autorikszy licznika. Belial chciał zapłacić za kurs tyle, ile żądał od nich Hindus, ale… Nie dało się. Facet chyba po prostu chciał się potargować, a kiedy się tego nie doczekał, obraził się i odjechał. Więc, nauczeni tym przykrym doświadczeniem, z następnym przewoźnikiem już się targowali dla przyzwoitości. Sam przejazd zresztą też do przyjemnych nie należał. Siedzieli ściśnięci w brudnej – nawet Aryman musiał to przyznać – nagrzanej od upału blaszanej puszce, która w każdej chwili groziła rozpadnięciem się, lawirując między samochodami i innymi tuk-tukami z prędkością trzydziestu, w porywach do trzydziestu pięciu kilometrów na godzinę. Belial mógłby przysiąc, że gdyby nie spędzili zeszłej nocy w bardzo nieprzyzwoity sposób, rozwścieczony Raven prawdopodobnie ukatrupiłby kierowcę na miejscu.
Nie musieli go długo szukać. Po prawdzie, to sam ich znalazł. Kiedy minęli jeden z małych sklepików spożywczych, Raven poczuł, jak ktoś chwyta go za ramię. Już miał uśmiercić stworzenie, które odważyło się go tak bezpardonowo potraktować, ale w ostatniej chwili zorientował się, że to człowiek, którego szukali. Hindus zaprowadził ich do wnętrza domu, cały czas bacznie się rozglądając i popędzając ich.
Rzeczy, których dowiedzieli się od Adila, nie napawały optymizmem.
Mężczyzna okazał się być wyznawcą dźinizmu, o czym dobitnie świadczyła niewielka, może dwucentymetrowa swastyka wytatuowana na jego ramieniu. Adil mówił, a Belial tłumaczył, więc trochę to trwało, ale ostatecznie okazało się, że wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Z miasta – a później podobno także i z reszty kraju – zaczęły znikać nadnaturalne istoty. Niektórzy dźiniści mówili, że to nieprawda, że po prostu są teraz ludźmi, ale inni twierdzili, że na własne oczy widzieli, jak kilka demonów umarło. Ktoś podobno widział także, jak mężczyzna o wężowych oczach ni stąd, ni zowąd stopił się i zamienił w kałużę wody. Belial rozpoznał z opisu  Sartanaela, jednego ze swoich. Demon był upadłym aniołem, podobnie jak Belial. Najwyższy stworzył go z wody. Obaj, i Raven, i Belial, zaczęli podejrzewać, że ludźmi pozostawali tylko ci, którzy już wcześniej byli ludźmi, reszta natomiast… Nie chcieli o tym myśleć.
Kiedy Belial zapytał Adila, dlaczego postanowił ich ostrzec i czemu teraz im to wszystko opowiada, mężczyzna się uśmiechnął i odparł, że to jest to, w co wierzy. Nie chciał uznać Durgi za wcielenie bogini, w jego mniemaniu bogini nie zachowywałaby się w ten sposób. Nie kradłaby czyichś mocy. Powiedział także, że jego sumienie nie dałoby mu spokoju, gdyby nie powiedział komuś odpowiedniemu o wszystkim, czego w ten lub inny sposób się dowiedział. Poza tym – a może przede wszystkim – nie w smak mu było, że Durga urządziła swoją bazę wypadową w okolicach świętej góry Abu i miał nadzieję, że ktoś się tym zajmie.
Spora część opowieści utkana była z plotek i domysłów, ale czy mieli jakiś inny wybór?
Naglił ich czas. Musieli coś zrobić. Raven nie dawał po sobie poznać, jak bardzo się boi, że Beliala spotka ten sam los, co Sartanaela, ale Aryman doskonale zdawał sobie sprawę z jego zmartwienia. Sam zresztą też nie był zachwycony perspektywą zamienienia się w płomyk lub popiół.
Gdy opuścili domostwo Adila, Belial zadzwonił do jednego z zaufanych demonów. Niski, szczupły – nie przedstawiał zbyt wielkiej wartości bojowej, ale miał jedną użyteczną cechę: umiał się teleportować. Zabrał ich do Palanpuru, miasta w zachodnich Indiach leżącego nieopodal masywu góry Abu, po czym wrócił do siebie.
Teraz pozostawało już tylko przedrzeć się przez dżunglę i zadźgać tę czarną sukę.



* * *

– A co, jeśli zabicie jej nic nie da? Jeśli nie przywróci ci mocy? Belial, nie możemy tak po prostu jej zabić. Musimy rozważyć inne opcje.
– Ptaszyno, nie mamy na to czasu. Chuj jeden wie, kiedy zamienię się w ognisko. Może za tydzień, a może za chwilę. Zresztą… Co niby moglibyśmy zrobić? I tak nie mamy żadnego pomysłu.
Raven zasępił się.
– Ale możemy poszperać. Mam wielu znajomych w kręgach szpiegowskich, ty też masz znajomości, ktoś na pewno będzie coś wiedział – nie ustępował.
– Raven… – zaczął Belial.
– Słyszałeś to? – nagle czujny demon przerwał mu bezceremonialnie.
– Nic nie słyszałem. Jestem po ludzku głuchy.
Chwilę nasłuchiwali, ale absolutnie nic się nie zdarzyło.
– Zdawało ci się – podsumował wreszcie Belial. – Albo znowu burczy mi w brzuchu. Ja pierdolę, ciągle jestem głodny. Czemu ludzie muszą tyle żreć. Zróbmy przerwę, co? I tak zaraz będzie ciem…
– Zamknij się – syknął. – Coś się zbliża. Słyszę to coraz wyraźniej.
Zrzucili ciężkie plecaki na ziemię i rozglądali się uważnie. Raven dobył miecza o czarnej klindze. Belial najchętniej wyciągnąłby Negocjatora, ale przecież już go nie miał. Sięgnął więc do kabury po czarną berettę. Lepiej dmuchać na zimne. Jako człowiek wolał nie ryzykować machania nożem na prawo i lewo.
Po paru pełnych napięcia minutach coś zaszeleściło w krzakach za nimi. Błyskawicznie się odwrócili.
– … nie. Nawet się nie waż! – warknął demon, ale było za późno.
Zachwycony Belial już zmierzał w stronę ogromnego tygrysa bengalskiego, który zwęszył ich zapach.
– Kiciuś! Jaki piękny. Kici, kici, chodź do tatusia…
– STÓJ, IDIOTO!!! – wrzasnął Raven i złapał go za ramię.
Tygrys spojrzał na nich z niechęcią.
– No weź… Prawdziwy, dziki tygrys. Nie to co te milusińskie kociaki u mnie w domu.
– Jesteś teraz śmiertelny. I dobrze wiesz, że koty cię nienawidzą – uświadomił mu brutalną prawdę.
– Nieprawda. Po prostu są nieśmiałe.
– Jesteś skończonym kretynem – warknął. – Nie zbliżaj się do niego albo…
– Albo co?
Kruk w mgnieniu oka rozbroił Beliala. Patrzył mu wyzywająco w oczy, ważąc w dłoni spluwę.
– Albo odstrzelę mu łeb.
Niepocieszony Aryman do końca tęsknym wzrokiem obserwował, jak pasiasty kot dostojnie się oddala, by znaleźć łatwiejszą zdobycz.



* * *

Zatrzymali się na noc w niewielkiej kotlinie. Prowizoryczne obozowisko z dwóch stron osłonięte było wzniesieniami. Rozbili średniej wielkości namiot przy jednym z nich i rozpalili ogień. Trochę im na tym zeszło, bo drewno było wilgotne i nie chciało się palić. Gdyby Belial miał swoje moce, opał zająłby się w ciągu kilku sekund.
Z drugiej strony, gdyby Belial nadal miał swoje moce, to w ogóle by ich tu nie było.
– Zimno mi – poskarżył się Raven.
– Może cię to zdziwi, ale mi też.
Demon spojrzał na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Ostatnio często tak patrzył na Beliala.
– Chodź, prześpimy się w jednym śpiworze, będzie nam cieplej – zaproponował niebieskooki.
Leżeli przytuleni do siebie, chłonąc tę bliskość w milczeniu. Żaden z nich nie chciał wypowiedzieć na głos tego, o czym obaj myśleli: że być może leżą tak po raz ostatni.



* * *

– Ten spray gówno daje, dalej mnie gryzą – poinformował Ravena. – Kurwa, nienawidzę bycia człowiekiem! – wydarł się i zaczął namiętnie drapać po rękach. – Zaczekaj, muszę się odlać.
Raven tylko zgrzytnął zębami, ale posłusznie się zatrzymał. Miał dość, serdecznie dość narzekania Beliala. Gdyby nie to, że groziła mu rychła śmierć, sam by go zabił.
– Dlaczego glany są takie niewygodne. Całe stopy mam już obtarte – po powrocie z krzaków Aryman kontynuował marudzenie. – KURWA! Następny!
Rozległo się ciche plaśnięcie, gdy niebieskooki trzepnął się w ramię, by zabić kolejnego moskita. Raven przypatrywał się obojętnie, jak Belial drapie się po całym ciele.
– Nie drap, bo będzie swędziało bardziej.
– Łatwo ci powiedzieć. Ciebie tak nie gryzą. Słodki Belzebubie, ależ to swędzi – jęknął boleśnie.
PLASK.
– Auaaa!!! Za co to?!
– Miałeś komara na twarzy – odparł słodko Raven i nie oglądając się za siebie ruszył dalej.



* * *

Błądzili po dżungli od trzech dni. Kruk wyczuwał aurę Durgi, ale nie był w stanie określić dokładnego miejsca jej pobytu. Raz byli prawie pewni, że ją odnaleźli, że już ją mają na wyciągnięcie ręki, ale wtedy okazało się, że muszą znaleźć inną ścieżkę, bo drogę zagrodził im wodospad. Poszli więc naokoło.
Potem Raven przestał wyczuwać jej obecność. Uznali, że bóstwo wyruszyło na kolejną wyprawę. Byli wściekli i sfrustrowani. Czas nieubłaganie im się kończył. Belial próbował żartować, by jakoś rozchmurzyć towarzysza, ale z marnym skutkiem. Raven z minuty na minutę stawał się coraz bardziej ponury.
– Trzeba było jednak rozpuścić wici – oznajmił w którymś momencie bawiąc się jednym z shurikenów.
– Nie dygaj, będzie dobrze – odparł Belial ze sztuczną wesołością w głosie.
Tego było już za wiele.
– Skończ wreszcie z tymi pieprzonymi żarcikami! Nic nie będzie dobrze! Mam cię dosyć! Ciągle tylko żartujesz i żartujesz, a ja tu się zamartwiam, ty niewydarzony idioto! – wydarł się. – Musimy ją znaleźć – głos mu zadrżał.
Belial spokojnie podszedł i mocno go objął. Niższy mężczyzna natychmiast się wtulił. Nie patrzył na Beliala, skrył twarz za kurtyną długich włosów.
– Nie bój się, ptaszyno – powiedział cicho niebieskooki. Głaskał go uspokajająco po plecach. Sam też się bał, ale nie zamierzał tego okazywać. – Nie ma co się martwić na zapas. Nic mi nie będzie.
– Skąd możesz mieć pewność? – spytał Raven. Głos miał cichy, smutny.
Belial pochylił się i musnął ustami jego ucho.
– No wiesz. Przecież piekielnie dobry ze mnie demon – odparł z dumą.
– Idiota – wymamrotał szarooki w klatę ukochanego i przycisnął się do niego mocniej. Na jego ustach błąkał się ledwie dostrzegalny uśmiech.



* * *

Raven zerwał się z ziemi.
– Wiem, gdzie jest! Czuję ją!
W pośpiechu przytraczał do pasa klingę, sprawdzał, czy ma wszystkie shurikeny.
– Co tak stoisz, idziemy! – zawołał i złapał go za rękę, po czym pociągnął go w ciemność nocy.



* * *

– To tutaj – powiedział zdyszany. Biegli przez całą drogę, a teraz ich oczom ukazało się wejście do jaskini.
– Jesteś pewien?
Raven spojrzał na Beliala z urazą.
– Dobra, dobra, nic nie mówię – Belial wycofał się szybko unosząc dłonie w pojednawczym geście. – Swoją drogą, ta baba jest naprawdę durna. Niby bogini, a mieszka w jakiejś norze. To już Murzyni z tymi swoimi lepiankami mają więcej gustu – mruknął pod nosem.
– Musimy ustalić jakiś plan – demon zignorował wywody eksksięcia. – Wchodzę i ją zabijam, a ty czekasz tu na mnie. Jasne?
Belial parsknął śmiechem.
– A, czekaj, ty tak serio? – spoważniał nagle. – Nie ma mowy. To już prędzej ty tu zostaniesz. Nie pozwolę, żeby ta suka ci coś zrobiła.
Idealna brew Kruka uniosła się nieznacznie, nadając doskonałemu obliczu wyraz tak sarkastyczny, że Belial uznał wykonanie podobizny Ravena z taką miną i sprzedawanie jej w formie naklejek z podpisem „No shit, Sherlock” za żyłę złota.
– I jak niby zamierzasz z nią walczyć, ksią… Pardon. Człowieczku?
Belial łypnął na niego ponuro.
– Dobra, nieważne. Idziemy razem. Może tak być? – Raven skinął głową niechętnie. – Świetnie. A planu i tak nie ma co układać, i tak wszystko pójdzie w pizdu. Jak zawsze.
Raven w duchu przyznał mu rację.
Jaskinia okazała się być jaskinią tylko z zewnątrz. W środku zastali widok godny pałacu. Długi, słabo oświetlony świecami w misternie wykonanych świecznikach korytarz z marmurową posadzką, czerwony, elegancki dywan. Pełgające na ścianach cienie potęgowały niepokój, zupełnie jakby się z nich naigrawały.
– Dobra, cofam to o lepiankach – wyszeptał Belial.
– To pułapka. Jestem tego pewien. Spójrz, są tylko jedne drzwi, dokładnie na wprost. To musi być pułapka.
– Wiem, ptaszyno. Zostań. Nie chcę ryzykować, że coś ci się stanie.
Demon prychnął.
– Chyba śnisz.
Stąpając ostrożnie po szkarłatnym dywanie i rozglądając się czujnie na boki, ruszyli przed siebie. Nie było sensu odwlekać konfrontacji. Dobyli broni. Raven wyciągnął rękę, by chwycić za klamkę, ale Belial złapał go za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Głęboki pocałunek zostawił ich lekko zdyszanych.
– Jeśli to ma być pożegnanie, to uroczyście przysięgam, że skopię ci tyłek – szepnął Raven.
– To nie pożegnanie. To na szczęście – błysnął mu w odpowiedzi uśmiechem i otworzył wrota.



* * *

– Nie spieszyliście się, panowie. Po księciu demonów spodziewałam się szybszej reakcji – zakpiła gdy tylko weszli do środka.
– Raven. Cofam to, co cofnąłem o lepiankach – Belial zignorował boginię.
Pomieszczenie było tym, co Belial spodziewał się zobaczyć gdy jeszcze stali przed wejściem do jaskini.
Jaskinią.
Sklepienie było tak wysoko, że nie dało się go dostrzec w tych warunkach. Na końcu rozległej pieczary znajdował się tron zrobiony z ludzkich – albo może demonich? – kości i czaszek. Zasiadała na nim Durga ubrana w obcisłą, długą do samej ziemi suknię z głębokimi rozcięciami po bokach. Miała całkiem apetyczne nogi.
– To będzie piękna ironia, gdy cię spalę twoją własną mocą, nie uważasz? – zagaiła. – Nie rozumiem tylko po co przyprowadziłeś ze sobą tego chłopca. Myślałam, że go kochasz? Cóż, teraz to już nieistotne. Zginiecie obaj. Może trochę wina? Nie odmówię umierającemu ostatniego kieliszka.
– Bardzo śmieszne. Cha, cha, cha. Boki zrywać – odparł Belial grobowym tonem i powoli ruszył w jej stronę. Raven drgnął i poszedł za nim. Szybko się zrównali. – Wiesz co, tak sobie myślę, że zamiast zabierać mi moce, powinnaś była zabrać trochę mojego wyśmienitego poczucia humoru. Ewidentnie ci go brakuje.
– Podobno zdychające psy szczekają najgłośniej, nie sądzisz? – odparła z kpiącym uśmieszkiem na ustach.
– Jezu, kobieto. Skończ. Poważnie. Jeśli pizdę masz tak suchą jak teksty to za nic bym cię tam nie tknął.
– Belial, przestań – szepnął cicho Raven. – Nie powinieneś…
– Owszem, nie powinien – syknęła. – Chciałam być miła i załatwić to szybko i bezboleśnie, ale teraz zmieniłam zdanie. – W jej głosie dźwięczała nieskrywana wściekłość.
– Oho. Chyba trafiłem w czuły punkt – mruknął do siebie niebieskooki. – No ale weź. Czaszki? To było modne parę stuleci temu.
Zmrużyła oczy.
– Drażnisz mnie, demonie.
Nie zdążyli zareagować. Belial krzyknął, gdy jego plecy zderzyły się z ostrą skałą. Bezwładnie osunął się na ziemię. W czasie lotu beretta wypadła mu z ręki i poszybowała w ciemność.
– Na czym to skończyliśmy? Ach, tak. Już pamiętam. Właśnie miałam bardzo plastycznie przedstawić sposób, w jaki cię wypatro… Aaaaaaaaa! – zawyła ugodzona shurikenem bogini.
Raven przybrał pozycję do walki i ostrożnie obserwował, jak Durga wyciąga z czoła zakrwawioną gwiazdkę. Głośno przełknął ślinę. Czy wbicie ostrza głęboko w czaszkę nie powinno przypadkiem natychmiast jej uśmiercić?
– Wkurzyłeśśśśś mnie – zasyczała. – Naprawdę mnie wkurzyłeśśśśśś.
Belial spróbował się podnieść na nogi. Durga natychmiast na niego spojrzała i mężczyzna znów uderzył plecami o ścianę. Jęknął boleśnie. Mieli totalnie przesrane. Raven mimowolnie cofnął się kilka kroków, gdy dostrzegł, że ciało kobiety zaczęło przechodzić dziwną metamorfozę. Skóra na jej długich nogach zabulgotała. Jej uda zaczęły się zlewać w jedność, a w jej oczach nie było już nic ludzkiego. Źrenice stały się pionowe jak u kobry.
– O żesz w kurwę – wyrwało się Ravenowi.
– Ssssssssłuszszszna uwaga – przytaknęła lamia. Z czarnej sukni nie pozostał nawet ślad. Pół kobieta, pół wąż pełzła w jego stronę. – To jak chciałbyśśśśśś zginąć? Ossssstatecznie, ty byłeśśśś całkiem grzeczny jak na demona. Możeszszszsz wybrać.
Raven zwinnie odskoczył w bok, nim zdążyła podciąć mu nogi potężnym ogonem. Jeszcze w locie cisnął w nią drugim shurikenem. Ostrze zagłębiło się w jej brzuch.
Lamia zasyczała.
– Głupcze. To nic nie da.
Musiał przyznać jej rację. Metalowa gwiazdka zaczęła parować i po kilku sekundach całkowicie zniknęła.
– A ty leż tam gdzie leżałeśśśśśś i czekaj na ssssswoją kolej. – Ciało Beliala znów uderzyło o skały. Wyrżnął potylicą w kamień, aż zamroczyło go na chwilę. Durga uśmiechnęła się z satysfakcją. – Ale dla pewnośśśśśśści…
Z niesamowitą prędkością pochyliła się i podniosła z ziemi sporej wielkości kamień. Odłamek w jej dłoni zmienił się w wąski sztylet. Rzuciła nim i Belial krzyknął, gdy ostrze wbiło się w jego bark, przygważdżając go do skały. Ciepła strużka czerwieni spłynęła mu w dół ramienia.
Raven zamachnął się i wyprowadził precyzyjny cios mieczem. Ostrze jednak nie przeszyło ciała lamii, bo monstrum skutecznie odbiło klingę lśniącym czernią ogonem. Demon z całej siły trzymał rękojeść, by nie pozwolić wyślizgnąć się broni i przez to stracił równowagę. Potknął się, a uderzenie w plecy wydusiło z niego całe powietrze. Nie tracąc czasu na namysł przeturlał się i tam, gdzie jeszcze chwilę temu znajdowała się jego głowa, znów uderzył ogon lamii. Błyskawicznie zerwał się na nogi i uskoczył w bok, ścigał go okrutny śmiech potwora.
– Nie ucieknieszszszsz mi.
Ciężko oddychał. To zdecydowanie nie była jego bajka. Po stokroć bardziej wolałby teraz kogoś śledzić, a potem z okrutną satysfakcją bić temu komuś nóż w plecy. Okrążał Durgę i bacznie obserwował jej ruchy. Była tak pewna siebie i swojego zwycięstwa, że nie miała nawet dość szacunku, by potraktować go poważnie. Bawiła się nim i dobrze to wiedział. Poczuł, jak wypełnia go rozpacz. To nie miało sensu. Lepiej było sobie podciąć gardło i oszczędzić sobie upokorzenia i cierpień.
Potrząsnął głową.
– Spierdalaj, suko – rzucił z wściekłością. Roześmiała się. Syczący śmiech szybko przerodził się we wrzask, gdy ciemna klinga odrąbała koniuszek jej ogona. Z kikuta zaczęła sączyć się czarna, gęsta ciecz przypominająca smołę. – I co, teraz dalej ci wesoło? – krzyknął gniewnie i odskoczył do tyłu. Uniknął morderczego ciosu, ale nie na wiele się to zdało.
Żarty się skończyły. Rozwścieczona lamia niewiarygodnie szybko podpełzła do niego i chwyciła za gardło. Jedną ręką, zupełnie jakby nic nie ważył, uniosła go w górę i potrząsnęła nim jak szmacianą lalką. Próbował dosięgnąć stopami ziemi, ale nie miał szans. Trzymała go za wysoko. Z całych sił walczył o oddech, jego smukłe dłonie drapały czarną rękę.
– Już wiem, jak to zrobię. Usssssmażę ci mózg, mały telepato.
Raven wierzgnął w powietrzu, a potem jego ciałem targnął spazm bólu. Lamia nie kłamała. Z rozciągniętych w groteskowym uśmiechu ust wystawały długie kły, ale nawet tego nie odnotował. Bolało. Bolało tak, jak jeszcze nigdy nic. Spod zaciśniętych powiek ciurkiem leciały nieposłuszne łzy, a on nie miał nawet siły, by krzyknąć. Czuł, że to już niedługo. A więc to tak umrę, pomyślał jeszcze mętnie, a potem nastąpił koniec, osunął się w nicość.
Nie usłyszał ani tryumfalnego śmiechu Durgi, ani jej rozdzierającego uszy wrzasku, gdy ledwo trzymający się na nogach Belial wbijał jej w plecy na wysokości serca wykonany przez nią sztylet. A ona tak strasznie krzyczała. Niebieskookiemu głowa pękała od tej straszliwej kakofonii. A może to nie od tego, tylko od łupnięcia głową w skałę? Nie wiedział. To się nie liczyło. Ciało lamii wyginało się w paroksyzmie bólu, więc wolną ręką po prostu objął ją w pasie i próbował się utrzymać na niej jak na jakimś koszmarnym rodeo. Tłukła w niego okaleczonym ogonem, widział mroczki przed oczami. Ostatkiem sił wepchnął ostrze głębiej i przekręcił je, a potem jego też pochłonęła ciemność.



* * *

Otworzył oczy i jaskrawe światło dnia oślepiło go, więc natychmiast zacisnął ponownie powieki. Było mu niedobrze. Głowa bolała go tak bardzo, jakby przez całą dobę korzystał z myślowych macek w bardzo tłumnym miejscu. Miał migrenę? Dlaczego Sara jeszcze nie przyniosła mu żadnych środków przeciwbólowych? Z pewnością miał dzisiaj dużo pracy, jak zawsze. Nie mógł w takim stanie iść do swojego umiłowanego pana… Myśl o Lucyferze go otrzeźwiła.
Zerwał się do pionu. Chciał odskoczyć w bok, by uniknąć ciosu, ale… Żaden cios nie nastąpił. Stalowo szare oczy rozglądały się po pokoju z bezbrzeżnym zdziwieniem. Znajdował się we własnej sypialni.
To był tylko sen?
Przyjął pozycję obronną, gdy kątem oka dostrzegł ruch w kącie.
– To tylko ja, ptaszyno – usłyszał łagodny głos Beliala.
Książę usiadł na pościeli, a potem bez słowa przyciągnął do siebie Ravena.
– Już po wszystkim. Doskonale się spisałeś… ukochany – szepnął i ucałował go w czoło. – Jak się czujesz? Jeśli ta tępa swołocz trwale cię uszkodziła, to każę ją wskrzesić i zabiję ją znowu. A potem jeszcze raz.
– Boli mnie głowa – poskarżył się Raven dziwnie potulnie. – I jestem głodny.
Przez chwilę się wahał. Powiedzieć czy nie?
Powiedział.
– …i przytul.
Belial zaśmiał się miękko. Natychmiast wykonał polecenie. Jak dobrze, jak dobrze było móc go tulić w ramionach!
– Co się stało? – spytał Kruk po chwili. – Chyba… odpłynąłem na moment.
Rogaty zgrzytnął zębami, ale zaraz się uspokoił. Już wszystko było w porządku. Już nic im nie groziło.
Już się ocknął.
– Kiedy Durga była zajęta walką z tobą i robieniem zapiekanki z twojego mózgu, ja się uwolniłem. Potem ją zabiłem. Jak wyjaśniła mi pewna mądra głowa z Uniwersytetu Piekielnego, lamię można zabić tylko tym, co sama stworzyła, mieliśmy szczęście, a ona naprawdę była durna. Wróciły moje moce, teleportowałem nas tutaj, koniec historii.
Nie raczył wspomnieć ani o tym, że zanim ich teleportował przez kilka godzin obaj leżeli nieprzytomni obok truchła Durgi, ani o tym, że gdy się ocknął, musiał ojebać z krwi kilka wiewiórek, bo inaczej nie miałby siły na żadne wycieczki.
Szczegóły.
– Uhm – skomentował to odkrywczo Raven.
– Potrzebujesz czegoś, ptaszyno? Jesteś blady – powiedział troskliwie książę.
– Tak.
– Więc?
– Zgaś to jebane słońce.



* * *

Gorąca woda łagodną falą muskała ich ciała. Byli rozleniwieni, ale nawet w stanie głębokiego relaksu obaj doceniali spokój panujący w łaźni i piękno otaczających ich ornamentów, którymi pokryta była cała powierzchnia. Ha. Termalne źródła. Miła odmiana po syfie, którym żyli przez kilka ostatnich tygodni.  Belial uznał, że wynajęcie całego salonu spa tylko do ich dyspozycji było strzałem w dziesiątkę. Kto by przypuszczał, że ofiarowanie Lucyferowi zęba lamii i wciśnięcie mu kitu, że to starożytny artefakt chroniący dzieci przed wszelkim złem, zaowocuje tak miłym prezentem?
Podpłynął do Adama i pocałował go. Muskał jego wargi w delikatnej pieszczocie. Uśmiechał się. Czy można winić demona za chwilę bezwzględnego szczęścia?
Absolutnie nie.
– No i co się tak szczerzysz – burknął zarumieniony Raven.
– Nie udawaj, mój słodki. Dobrze wiem, że ci się to podoba. Mam namacalny dowód.
Zaśmiał się, gdy szkarłat na policzkach demona przybrał na sile.
– Milcz, idioto. Nie będziesz… Nnnnngh!
Belial wsunął w niego dwa palce i zaczął nimi poruszać.
– Nie będę co, ptaszyno? – spytał zwodniczo spokojnie.
– Nie będziesz… Nnn… Mnie… Aaaach… Mocniej – jęknął mimowolnie.
– Nie będę mocniej? No nie wiem.
Obrócił go tyłem do siebie i docisnął do ściany basenu. Leniwie pieścił główką penisa jego wejście, ewidentnie się z nim drażnił. Ciche pojękiwania brzmiały dla niego jak najpiękniejsza muzyka świata. Albo nawet lepiej. Nie było na świecie takiej muzyki, która doprowadzałaby go do szaleństwa z pożądania. Objął dłonią jego rosnącą erekcję i kciukiem zaczął bawić się jego napletkiem.
Wsunął się w niego nieco głębiej.
– To ma być mocniej czy nie? – zapytał kpiąco. Zaczął obdarzać niespiesznymi pocałunkami kark mężczyzny, od czasu do czasu lekko skubiąc go zębami.
– Idiota – jęknął Raven. – Idiota. Jasne, że mocniej!
Książę nie czekał na inną zachętę. Wbił się w niego z całej siły. Obaj krzyknęli.
– I czego jeszcze sobie życzysz, ptaszyno? – zamruczał z ustami przy jego szyi. Ledwo się hamował. Chciał go przerżnąć. Teraz, już, natychmiast.
Ciężkie jest życie demona rozpusty. Trzeba trzymać poziom.
– Zerżnij mnie – zażądał. – Mocno. Bardzo mocno.
Raven wysunął pośladki, nabijając się na Beliala jeszcze mocniej i jęknął cicho. Belial przygryzł sobie wargę. Jeszcze chwila. Dasz radę. Zaczął leniwie przesuwać dłonią po jego męskości.
– I tylko tyle, mój słodki masochisto?
Kruk jęknął przeciągle. W wolnym tempie poruszał biodrami chcąc poczuć kochanka głębiej. Położył dłoń na dłoni Beliala i zacisnął na niej palce.
– Pieprz mnie. Pieść mnie. Gryź mnie.
– Wedle rozkazu.
Już się nie hamował. Nie musiał. Wchodził w niego tak głęboko, jak tylko się dało. Ich złączone dłonie stymulowały Ravena i to było dobre. Jedność. Tego właśnie chciał. Ich coraz głośniejsze jęki splatały się ze sobą, pobudzały ich jeszcze bardziej. Wgryzł się w jego kark, Raven krzyknął. Wolną dłonią jął ugniatać jego kształtne pośladki. Raz czy dwa nawet dał mu mocnego klapsa, ale w wodzie było to dosyć trudne. Pieprzył go. Wzburzona woda ochlapywała im twarze, ale żaden nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Wreszcie doszli z głośnym krzykiem, najpierw Raven, a chwilę po nim Belial. Oddychali ciężko.
Belial objął kochanka w pasie i musnął wargami jego kark. Podobał mu się ślad znaczący skórę Ravena, który sam tam przed chwilą zostawił.

– Kocham cię… Adasiu – wymruczał.

0 komentarze:

Prześlij komentarz