Gone with the Sin. Rozdział VI
Raven
Wciąż wtulony w Beliala, rozejrzał się po miejscu, do którego demon ich
teleportował. Wnioskując po renesansowym wystroju wnętrza, była to chyba jedna
z wielu posiadłości księcia - o ile Ravena nie zwodziła pamięć, ta położona nad
Loarą, gdzieś w środkowej części Francji. Długowłosy demon sam posiadał mały,
prywatny pałacyk w tych okolicach, jednak pod względem wielkości i majestatu
nie umywał się on do zamczyska, w którym właśnie przebywali. Aczkolwiek lord de
Bris w swoim własnym, prywatnym przekonaniu uważał, że jego własna posiadłość
jest urządzona w znacznie lepszym, gustowniejszym stylu. Bliższym klasycyzmowi.
Czyste, piękne linie, duże okna, panująca w przestronnych pomieszczeniach
idealna, wysmakowana harmonia. Ale oczywiście nigdy nie powiedziałby tego na
głos przy Belialu. A już na pewno nie wtedy, kiedy ten był na niego zły o tę
akcję w Danse Macabre.
Dlatego też, nie wiedząc właściwie, co mógłby teraz powiedzieć czy zrobić, po prostu patrzył w połyskujące błękitem oczy kochanka, czekając na jakiś ruch z jego strony.
Dlatego też, nie wiedząc właściwie, co mógłby teraz powiedzieć czy zrobić, po prostu patrzył w połyskujące błękitem oczy kochanka, czekając na jakiś ruch z jego strony.
Belial
Teleportował ich bezpośrednio do jego gabinetu: ogromnego pokoju z
kamienną posadzką w granatowo-białą szachownicę, z dużym kominkiem o
przepięknych reliefach na środku głównej ściany. Z przepięknym freskiem na
sklepieniu, przedstawiającym - o ironio - biblijny upadek aniołów. Innych
obrazów tu nie było. Tylko niepotrzebnie odciągałyby wzrok od kunsztownego
malowidła ściennego.
Belial puścił Ravena i niespiesznym krokiem podszedł do niewielkiego podwyższenia po prawej stronie, po drodze zgarniając z biurka opasłą księgę oprawioną w bordową skórę. Rozsiadł się wygodnie na fotelu niczym król na tronie i otworzył wolumin. Bez większego zainteresowania zaczął go wertować. Dopiero po dłuższej chwili zerknął na Ravena, wciąż stojącego w tym samym miejscu.
Zmarszczył brwi.
- Na co jeszcze czekasz? Czy nie wyraziłem się dość jasno? Jesteś dzisiaj moim służącym. Biegnij szybko do kuchni przekazać, że chcę tu za pięć minut widzieć filiżankę gorącej czekolady.
Nie zawracał sobie głowy sprawdzaniem, czy Raven wykona jego polecenie. Właściwie nie miał wyboru, czyż nie? I choć Belial sam zrobiłby wszystko dużo szybciej - w końcu mógł się teleportować, no i znał jako-tako rozkład pomieszczeń w budynku - postanowił zlecić to Ravenowi.
Ostatecznie, przecież był księciem, a Ravenowi odrobina pokory nie zaszkodzi.
Belial puścił Ravena i niespiesznym krokiem podszedł do niewielkiego podwyższenia po prawej stronie, po drodze zgarniając z biurka opasłą księgę oprawioną w bordową skórę. Rozsiadł się wygodnie na fotelu niczym król na tronie i otworzył wolumin. Bez większego zainteresowania zaczął go wertować. Dopiero po dłuższej chwili zerknął na Ravena, wciąż stojącego w tym samym miejscu.
Zmarszczył brwi.
- Na co jeszcze czekasz? Czy nie wyraziłem się dość jasno? Jesteś dzisiaj moim służącym. Biegnij szybko do kuchni przekazać, że chcę tu za pięć minut widzieć filiżankę gorącej czekolady.
Nie zawracał sobie głowy sprawdzaniem, czy Raven wykona jego polecenie. Właściwie nie miał wyboru, czyż nie? I choć Belial sam zrobiłby wszystko dużo szybciej - w końcu mógł się teleportować, no i znał jako-tako rozkład pomieszczeń w budynku - postanowił zlecić to Ravenowi.
Ostatecznie, przecież był księciem, a Ravenowi odrobina pokory nie zaszkodzi.
Raven
Niemal zazgrzytał zębami. Niemal. I w ostatniej chwili powstrzymał się
przed powiedzeniem Belialowi w mało wybrednych słowach, gdzie może sobie
wsadzić swoje durne rozkazy i filiżanki z gorącą czekoladą. Spokojnie... tylko spokojnie.
Przecież obiecałem, że będę mu dzisiaj służył. To nie potrwa wiecznie, na
Lucyfera, więc mogę się przemęczyć. Zresztą... to nie ja jestem tym, który ma
teraz większe prawo do gniewu. Demon
przygryzł sobie lekko dolną wargę, po czym westchnął, patrząc Belialowi w
twarz. Nie było to zbyt trudne. Książę i tak nie zwracał na niego uwagi.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, mój panie - powiedział cicho, po czym wyszedł z gabinetu, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Oparł się o nie plecami i przymknął oczy. Poświęcił krótką chwilę na unormowanie nieznacznie przyspieszonego oddechu i kiedy uznał, że uspokoił się wystarczająco, by móc sięgnąć po swoją moc, rozpuścił myślowe wici po całej posiadłości, przeskakując od umysłu jednego służącego do drugiego, aż w końcu dotarł do urzędującego w zamkowej kuchni kucharza. Przekazał mu w kilku prostych, acz dosadnych słowach, czego życzy sobie Belial, doprawiając to szczyptą złowrogiej sugestii w rodzaju jeśli-książę-nie-dostanie-swojej-czekolady-za-pięć-minut-to-zdechniesz-w-męczarniach, po czym szybko wycofał się z jego umysłu. Właściwie chyba mógłby uznać sprawę za załatwioną (nie miał najmniejszych wątpliwości, że kucharz bardzo się postara i rzeczywiście dostarczy żądaną rzecz najszybciej, jak to tylko możliwe), ale jakoś nie spieszyło mu się, żeby wracać do gabinetu. Szczerze mówiąc, był odrobinę... rozbity. Przez całe swoje długie życie służył tylko jednej osobie i czuł się cokolwiek dziwnie, musząc zachowywać się jak przy Lucyferze wobec kogoś, kto... no cóż, Lucyferem nie był. Ale właściwie nie było to aż tak trudne, jak mogłoby się wydawać. Może rzeczywiście nie służył dzisiaj swojemu prawdziwemu panu, ale wchodzenie w rolę służącego przychodziło mu całkiem łatwo. Skrzywił się nieznacznie. Oby nie zaczęło mi to wchodzić w krew.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, mój panie - powiedział cicho, po czym wyszedł z gabinetu, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Oparł się o nie plecami i przymknął oczy. Poświęcił krótką chwilę na unormowanie nieznacznie przyspieszonego oddechu i kiedy uznał, że uspokoił się wystarczająco, by móc sięgnąć po swoją moc, rozpuścił myślowe wici po całej posiadłości, przeskakując od umysłu jednego służącego do drugiego, aż w końcu dotarł do urzędującego w zamkowej kuchni kucharza. Przekazał mu w kilku prostych, acz dosadnych słowach, czego życzy sobie Belial, doprawiając to szczyptą złowrogiej sugestii w rodzaju jeśli-książę-nie-dostanie-swojej-czekolady-za-pięć-minut-to-zdechniesz-w-męczarniach, po czym szybko wycofał się z jego umysłu. Właściwie chyba mógłby uznać sprawę za załatwioną (nie miał najmniejszych wątpliwości, że kucharz bardzo się postara i rzeczywiście dostarczy żądaną rzecz najszybciej, jak to tylko możliwe), ale jakoś nie spieszyło mu się, żeby wracać do gabinetu. Szczerze mówiąc, był odrobinę... rozbity. Przez całe swoje długie życie służył tylko jednej osobie i czuł się cokolwiek dziwnie, musząc zachowywać się jak przy Lucyferze wobec kogoś, kto... no cóż, Lucyferem nie był. Ale właściwie nie było to aż tak trudne, jak mogłoby się wydawać. Może rzeczywiście nie służył dzisiaj swojemu prawdziwemu panu, ale wchodzenie w rolę służącego przychodziło mu całkiem łatwo. Skrzywił się nieznacznie. Oby nie zaczęło mi to wchodzić w krew.
Belial
Od wyjścia Ravena do jego powrotu minęło kilka minut. Belial nie dał po
sobie w żaden sposób znać, że zauważył przybycie demona. Dalej wertował opasłe
tomiszcze, ale w środku aż wrzał. W końcu zaczęło to być widoczne po jego
oczach, w których znów tliły się błękitne iskierki. I dopiero wtedy Belial
spojrzał na Ravena.
- Szybko ci poszło. Bardzo ładnie - powiedział łaskawie takim tonem, jakby chwalił psa za zręczną sztuczkę. Albo upośledzone dziecko, któremu uda się zjeść jogurt bez ubrudzenia całej kuchni tymże.
I znów wrócił do przeglądania książki.
Po chwili w gabinecie rozległo się ciche pyknięcie i jedna ze służących w uroczym uniformie pokojówki dygnęła, postawiła srebrną tacę z parującą filiżanką na biurku, znów dygnęła, i teleportowała się z powrotem do swoich spraw.
Belial niespiesznie wstał z fotela i powolnym krokiem podszedł do biurka. Odstawił książkę na miejsce (czyli między stos jakichś papierzysk), w zamian wziął filiżankę w dłoń. Przymykając oczy, zaciągnął się zapachem czekolady.
- Ptaszyno. - Powiedział czule.
Cichy trzask.
Belial pojawił się tuż za plecami Ravena. Stał bardzo blisko, ale go nie dotykał.
- Sądząc po tym, ile zajęło ci wykonanie mojego polecenia oraz po tym, że przez cały czas mogłem wyczuć twoją aurę tuż za drzwiami wnioskuję, że nie wypełniłeś mojej woli tak, jak tego chciałem. Nie pobiegłeś do kuchni, prawda? - zapytał niebezpiecznie niskim głosem.
- Szybko ci poszło. Bardzo ładnie - powiedział łaskawie takim tonem, jakby chwalił psa za zręczną sztuczkę. Albo upośledzone dziecko, któremu uda się zjeść jogurt bez ubrudzenia całej kuchni tymże.
I znów wrócił do przeglądania książki.
Po chwili w gabinecie rozległo się ciche pyknięcie i jedna ze służących w uroczym uniformie pokojówki dygnęła, postawiła srebrną tacę z parującą filiżanką na biurku, znów dygnęła, i teleportowała się z powrotem do swoich spraw.
Belial niespiesznie wstał z fotela i powolnym krokiem podszedł do biurka. Odstawił książkę na miejsce (czyli między stos jakichś papierzysk), w zamian wziął filiżankę w dłoń. Przymykając oczy, zaciągnął się zapachem czekolady.
- Ptaszyno. - Powiedział czule.
Cichy trzask.
Belial pojawił się tuż za plecami Ravena. Stał bardzo blisko, ale go nie dotykał.
- Sądząc po tym, ile zajęło ci wykonanie mojego polecenia oraz po tym, że przez cały czas mogłem wyczuć twoją aurę tuż za drzwiami wnioskuję, że nie wypełniłeś mojej woli tak, jak tego chciałem. Nie pobiegłeś do kuchni, prawda? - zapytał niebezpiecznie niskim głosem.
Raven
- Chciałem, by twoje
polecenie było wykonane jak najszybciej i najbardziej efektywnie, mój panie - powiedział, uparcie wbijając wzrok w
podłogę. Jego policzki nieznacznie zarumieniły się ze złości, ale głos był
spokojny. Wręcz pokorny. Przebywając
całe wieki z Lucyferem, można sobie wyrobić pewne nawyki, nawet jeśli zupełnie
nie leżą one w twoim charakterze. - Nie wiedziałem, że to
"biegnij" miałem potraktować aż tak dosłownie, mój panie. Chciałeś
dostać czekoladę w ciągu pięciu minut, więc gdybym miał to załatwić w
tradycyjny sposób, twoje oczekiwanie trwałoby o wiele, wiele dłużej. - Odwrócił się do niego, po czym
spojrzał mu w oczy. Pokornie. I odrobinę błagalnie. Kolejna sztuczka wyuczona
na służbie u Lucyfera. - Ale
jeśli jesteś ze mnie niezadowolony, mój panie, jestem gotów ponieść konsekwencje
twojego gniewu.
Belial
Patrząc mu w oczy, uniósł filiżankę do ust i upił łyk. Oblizał usta, a
potem wyciągnął rękę przed siebie i ostentacyjnie upuścił naczynie na podłogę.
Roztrzaskało się z głośnym brzękiem, a (zimna już, Belial nie był aż takim
skurwysynem; kiedy czekolada dotknęła jego warg, obniżył jej temperaturę) ciecz
ochlapała dół spodni Ravena.
- Nie była dobra - powiedział zimno.
Pokorne słowa Ravena i jego błagalny ton nie działały na Beliala. Widział te wszystkie zagrywki zbyt wiele razy, by móc się na coś takiego nabrać. Dobrze też znał Ravena i doskonale zdawał sobie sprawę, że taka służalczość nie leży w jego naturze.
- Napiję się czegoś innego. Doceń ten zaszczyt, sługo.
Niedelikatnie odchylił mu głowę w bok i bez zbędnych czułości wgryzł się w jego szyję, by upić kilka łyków.
- Nie była dobra - powiedział zimno.
Pokorne słowa Ravena i jego błagalny ton nie działały na Beliala. Widział te wszystkie zagrywki zbyt wiele razy, by móc się na coś takiego nabrać. Dobrze też znał Ravena i doskonale zdawał sobie sprawę, że taka służalczość nie leży w jego naturze.
- Napiję się czegoś innego. Doceń ten zaszczyt, sługo.
Niedelikatnie odchylił mu głowę w bok i bez zbędnych czułości wgryzł się w jego szyję, by upić kilka łyków.
Raven
Jęknął przeciągle, czując jak kły Beliala zagłębiają się w jego szyi - tak
przecież wrażliwej na wszystko. Na dotyk. Na ssanie. Na gryzienie.
- Panie mój - wyszeptał cicho, wcale nie wyobrażając sobie przez ułamek sekundy, że to mógłby być Lucyfer, i znowu jęknął. Czuł ból przegryzanej skóry i tętnicy, ale jakoś tak paradoksalnie było mu dobrze... och, przecież lubił, kiedy go bolało. Bardzo... bardzo lubił. Dlatego też nawet nie próbował się szarpać, tylko pozwalał, by jego ukochany - pardon, jego pan - osuszał jego ciało z krwi.
- Panie mój - wyszeptał cicho, wcale nie wyobrażając sobie przez ułamek sekundy, że to mógłby być Lucyfer, i znowu jęknął. Czuł ból przegryzanej skóry i tętnicy, ale jakoś tak paradoksalnie było mu dobrze... och, przecież lubił, kiedy go bolało. Bardzo... bardzo lubił. Dlatego też nawet nie próbował się szarpać, tylko pozwalał, by jego ukochany - pardon, jego pan - osuszał jego ciało z krwi.
Belial
Warknął cicho i oderwał się od jego szyi. Z kącika ust spłynęła mu po
brodzie wąziutka strużka ravenowej krwi, więc otarł ją nadgarstkiem, by -
wwiercając w Ravena przenikliwie spojrzenie niebieskich oczu - zlizać ją.
- Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek pozwalał ci przy tym jęczeć. - Rzucił sucho i teleportował się. Wylądował z powrotem na swymtronie fotelu i rozsiadł się, z policzkiem
opartym na jednej z rąk oraz z jedną stopą skrzyżowaną na kolanie. - Rozczarowujesz mnie, sługo.
Postukał palcami drugiej dłoni o poręcz.
- Na twoje szczęście, nie jestem dziś w nastroju do tortur. Zabaw mnie jakoś.
- Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek pozwalał ci przy tym jęczeć. - Rzucił sucho i teleportował się. Wylądował z powrotem na swym
Postukał palcami drugiej dłoni o poręcz.
- Na twoje szczęście, nie jestem dziś w nastroju do tortur. Zabaw mnie jakoś.
Raven
Znowu lekko się zarumienił ze złości. Tortur,
też mi coś. Doskonale wiesz, że tylko bym się nimi podjarał.
- Jaki rodzaj rozrywki mój pan by preferował? - spytał spokojnie.
- Jaki rodzaj rozrywki mój pan by preferował? - spytał spokojnie.
Belial
Powstrzymał cisnący mu się na usta uśmiech. Bardzo dobrze, ptaszyno. Pokaż mi,
jak cię denerwuję.
- Nie wiem, to ty tu jesteś od zabawiania mnie. Czy naprawdę jesteś aż tak ograniczony, że nie możesz sam czegoś wymyślić? - rzucił znudzonym głosem.
- Nie wiem, to ty tu jesteś od zabawiania mnie. Czy naprawdę jesteś aż tak ograniczony, że nie możesz sam czegoś wymyślić? - rzucił znudzonym głosem.
Raven
Ograniczony?
OGRANICZONY?! Demon
całą siłą woli powstrzymał się, by nie wyjść z gabinetu, trzaskając drzwiami.
Wkurwił się. I to tak mocno, jak już dawno nie miał okazji. Tak, że na ułamek
sekundy aż pociemniało mu przed oczami. Jasne, nie był wobec Beliala w
porządku. Okazał chwilę słabości i zdradził, a to była jego kara. Doskonale
rozumiał zasady gry, w którą teraz grali. Ale, do kurwy nędzy, obrażanie jego
intelektu to już było ostre przegięcie. Poczekaj no, pomyślał demon
mściwie, wbijając sobie paznokcie w środek dłoni, żeby jakoś się opanować. Zaraz
zetrę ci z twarzy ten znudzony, zblazowany wyraz.
Zbliżył się powoli do siedzącego w fotelu Beliala, mrużąc lekko oczy. Wyglądały teraz jak niebo chwilę przed burzą - stalowoszare, nieustępliwe. Dumne i przerażające zarazem. Pałające chłodnym, wewnętrznym blaskiem, który zdawał się mówić: nie lekceważ mnie. Sam Raven wyglądał teraz zresztą jak uosobiona burza. Niewiarygodnie piękna, groźna i niebezpieczna burza. Pozornie spokojna twarz. Smukłe ciało. Kruczoczarne włosy opadające miękko na ramiona. Noc. Czarny płomień, którym zawsze był. Przyjrzyj mi się uważnie, demonie. Masz zacząć się ze mną liczyć albo pożałujesz.
- Mam nadzieję, że lubisz muzykę, mój panie. I taniec - powiedział. Tym razem jednak nie pokornie ani błagalnie, tylko miękko. Zmysłowo. Podszedł do stojącego na biurku laptopa, podłączonego do stojącej nieopodal wieży i puścił muzykę - "Rev 22:20" Puscifera w przeróbce Dry Martini. Nie, wcale nie dlatego, że głos wokalisty był tak bliźniaczo podobny do jego własnego. I to - momentami - w chwilach, które zdecydowanie mógłby nazwać nieprzyzwoitymi.
Och. Ooooch. Ani trochę.
Zbliżył się powoli do siedzącego w fotelu Beliala, mrużąc lekko oczy. Wyglądały teraz jak niebo chwilę przed burzą - stalowoszare, nieustępliwe. Dumne i przerażające zarazem. Pałające chłodnym, wewnętrznym blaskiem, który zdawał się mówić: nie lekceważ mnie. Sam Raven wyglądał teraz zresztą jak uosobiona burza. Niewiarygodnie piękna, groźna i niebezpieczna burza. Pozornie spokojna twarz. Smukłe ciało. Kruczoczarne włosy opadające miękko na ramiona. Noc. Czarny płomień, którym zawsze był. Przyjrzyj mi się uważnie, demonie. Masz zacząć się ze mną liczyć albo pożałujesz.
- Mam nadzieję, że lubisz muzykę, mój panie. I taniec - powiedział. Tym razem jednak nie pokornie ani błagalnie, tylko miękko. Zmysłowo. Podszedł do stojącego na biurku laptopa, podłączonego do stojącej nieopodal wieży i puścił muzykę - "Rev 22:20" Puscifera w przeróbce Dry Martini. Nie, wcale nie dlatego, że głos wokalisty był tak bliźniaczo podobny do jego własnego. I to - momentami - w chwilach, które zdecydowanie mógłby nazwać nieprzyzwoitymi.
Och. Ooooch. Ani trochę.
Don't be aroused
By my confession
Unless you don't give a good god
Damn about redemption
By my confession
Unless you don't give a good god
Damn about redemption
Pełne wargi demona wygięły się w lekkim uśmieszku. Wyprostował się i rozluźnił, po czym odszedł od biurka i ponownie zbliżył do Beliala, kołysząc zmysłowo ramionami, biodrami i wkrótce już całym ciałem w rytm wypełniającej gabinet muzyki. Na razie nie musiał się jakoś specjalnie starać, by wypadło to kusząco, choć wciąż dosyć subtelnie. Szczerze mówiąc... przychodziło mu to bez większego trudu. Ostatecznie wieki przebywania w jednym i tym samym ciele niosą ze sobą pewne korzyści. Przede wszystkim, doskonale się nad nim panuje. Tak perfekcyjnie, że bywa to czasem przerażające, bo wiesz, że nigdy nie wykonasz żadnego zbędnego, ludzkiego gestu, a każdy twój ruch jest dokładnie tym, czym ma być. Wiesz też, co zrobić i jak się uśmiechnąć, by postronnemu obserwatorowi skoczyło ciśnienie od samego tylko patrzenia. Raven był w dodatku doskonale świadom tego, że jest piękny. I jeśli tylko zechciał, ta uroda stawała się nie tylko bijąca po oczach, ale wręcz obezwładniająca. Może i nie był inkubem, ale w uwodzeniu miał całe wieki doświadczenia. A teraz... teraz bezwzględnie z tego korzystał. Wymuszał na Belialu uwagę miękkim kołysaniem bioder; ruchami całego swojego ciała, kiedy tańczył zmysłowo w rytm muzyki. Tym, jak przesuwał dłońmi po swoim ciele. Jak zdejmował marynarkę i rzucał ją niedbale na ziemię. Jak jego smukłe palce zmierzały coraz niżej w dół wzdłuż torsu. Robił wszystko, by Belial przestał patrzeć na niego z tym irytującym znużeniem wypisanym na swojej pięknej twarzy. I wiedział, że mu się uda. Prędzej czy później.
To chyba było przecież coś nowego. Innego. Nie przypominał sobie bowiem, by ostatnimi czasy odstawiał przy Belialu takie małe przedstawienie. Nie był właściwie pewien, czy robił to kiedykolwiek. Nigdy jakoś nie odczuwał przy nim potrzeby przejmowania inicjatywy. To zawsze książę był tym, który zdobywał, wymuszał uwagę i przyciskał do ściany, odbierając mu dech.
Ale dzisiaj było inaczej. Wszystko było inaczej.
A piosenka przecież dopiero się zaczynała.
Pray 'til I go blind
Pray 'cause nobody ever survives
Praying to stay in her arms
Just until I can die a little longer
Saviors and saints
Devils and heathens alike
She'll eat you alive
Pray 'cause nobody ever survives
Praying to stay in her arms
Just until I can die a little longer
Saviors and saints
Devils and heathens alike
She'll eat you alive
Belial
Obserwował uważnie każdy jego ruch. Śledził wzrokiem te miękkie, zmysłowe
gesty, obserwował, jak ciało Ravena kusząco wygina się w takt muzyki, zupełnie
jakby był jej częścią, jakby była stworzona specjalnie z myślą o nim. Jego
spojrzenie wciąż i wciąż wracało do nieprzyzwoicie wręcz opiętych cienkim
materiałem bioder, do łagodnej linii jego szyi. Chłonął to wszystko
spojrzeniem, ale nie dawał po sobie znać, jak bardzo widok mu się podoba. Jego
mina pozostawała dyskretnie znudzona, a jedynym znakiem, że księcia cieszy to,
co widzi, był tylko niebieski blask jego oczu. Blask, który pojawił się tuż po
przybyciu demonów do posiadłości, a który początkowo był oznaką gniewu, teraz
stając się raczej dowodem na to, że zabiegi szarookiego przynoszą efekty.
Ale o tym wiedział przecież tylko Belial.
- Całkiem nieźle, sługo - mruknął obojętnie i udał, że tłumi ziewnięcie.
Ale o tym wiedział przecież tylko Belial.
- Całkiem nieźle, sługo - mruknął obojętnie i udał, że tłumi ziewnięcie.
Raven
Raven nie mógł powstrzymać się przed tym, by podczas tańca nie musnąć
umysłu księcia myślowymi mackami. Subtelnie i niezauważalnie. Ot, taki mały
rekonesans. Nie to, że brakowało mu pewności siebie. W żadnym wypadku. Po
prostu był ciekawy, czy jego mały pokaz odnosi jakikolwiek skutek, bo po minie
Beliala raczej trudno to było stwierdzić. I to, co zobaczył w jego głowie
bardzo mu się spodobało. Ha,
tu cię mam. Usta demona
wygięły się lekkim uśmieszku.
- Czy to oznacza, że mam kontynuować, mój panie? - spytał, nie przerywając swojego zmysłowego tańca.
- Czy to oznacza, że mam kontynuować, mój panie? - spytał, nie przerywając swojego zmysłowego tańca.
Belial
Wściekły,
niebieski blask oświetlił całą sylwetkę Ravena. Belial może i nie miał żadnych
mocy związanych z umysłem, ale żył już tyle lat i przebywał z Kruczkiem tak
długo, że umiał poznać, kiedy ten dobierał się do jego mózgu. Zwłaszcza, że
zwracał teraz na to szczególną uwagę.
- Śmiało sobie poczynasz - wycedził.
Z ciężkim tupnięciem butów na kamiennej posadzce zerwał się z fotela i szybkim krokiem podszedł do Ravena. Niby to wszystko było tylko grą, ale... Ale gdzieś pod powierzchnią wciąż w nim wrzało. Wciąż był na demona wściekły za jego niewierność. Nawet jeśli w gruncie rzeczy Beliala kręciła wizja dwóch zabawiających się ze sobą Ravenów, to przecież Adam miał być jego. I tylko jego. I Belial zamierzał to długowłosemu uświadomić. Tą właśnie karą, tą zabawą w pana i służącego.
Złapał jego podbródek i ścisnął go palcami: dotkliwie, jednak nie aż tak, by można było ten gest uznać za torturę. Już raczej za ostrzeżenie.
- Nie waż się więcej zaglądać do mojego umysłu, demonie - warknął tuż przy jego uchu. Był w roli władcy i chociaż Raven nie często go w tej postaci widział, była ona przecież częścią jego natury. Pewne poczucie wyższości, świadomość własnej siły i władzy - to wszystko było w nim. I nie podobało mu się, że Raven próbuje w tej grze oszukiwać.
A z drugiej strony, jakaś część jego osobowości uznawała to za bardzo zabawne, że oto Belial robi wszystko, co może, by szarooki uznał go za znudzonego, podczas gdy zweryfikowanie rzeczywistości jest dla niego tak łatwe. Odsunął jednak rozbawienie na bok.
Puścił go gwałtownie.
- Chodź za mną.
Nie zaszczycając go nawet spojrzeniem, szybkim krokiem wyszedł z gabinetu, prowadząc Ravena przez długie korytarze i w dół kilku kondygnacji zamku, aż do lochu.
- Śmiało sobie poczynasz - wycedził.
Z ciężkim tupnięciem butów na kamiennej posadzce zerwał się z fotela i szybkim krokiem podszedł do Ravena. Niby to wszystko było tylko grą, ale... Ale gdzieś pod powierzchnią wciąż w nim wrzało. Wciąż był na demona wściekły za jego niewierność. Nawet jeśli w gruncie rzeczy Beliala kręciła wizja dwóch zabawiających się ze sobą Ravenów, to przecież Adam miał być jego. I tylko jego. I Belial zamierzał to długowłosemu uświadomić. Tą właśnie karą, tą zabawą w pana i służącego.
Złapał jego podbródek i ścisnął go palcami: dotkliwie, jednak nie aż tak, by można było ten gest uznać za torturę. Już raczej za ostrzeżenie.
- Nie waż się więcej zaglądać do mojego umysłu, demonie - warknął tuż przy jego uchu. Był w roli władcy i chociaż Raven nie często go w tej postaci widział, była ona przecież częścią jego natury. Pewne poczucie wyższości, świadomość własnej siły i władzy - to wszystko było w nim. I nie podobało mu się, że Raven próbuje w tej grze oszukiwać.
A z drugiej strony, jakaś część jego osobowości uznawała to za bardzo zabawne, że oto Belial robi wszystko, co może, by szarooki uznał go za znudzonego, podczas gdy zweryfikowanie rzeczywistości jest dla niego tak łatwe. Odsunął jednak rozbawienie na bok.
Puścił go gwałtownie.
- Chodź za mną.
Nie zaszczycając go nawet spojrzeniem, szybkim krokiem wyszedł z gabinetu, prowadząc Ravena przez długie korytarze i w dół kilku kondygnacji zamku, aż do lochu.

0 komentarze:
Prześlij komentarz