Gone with the Sin. Rozdział V

Raven

Pchnięty gwałtownie na ścianę, osunął się po niej ruchem jednostajnie bezwładnym i ostatecznie widowiskowo rozpłaszczył na podłodze, jeszcze bardziej psując sobie fryzurę i gniotąc ubranie. Normalnie pewnie by się śmiertelnie obraził za takie bezpardonowe traktowanie, ale teraz... Na Lucyfera, chyba było mu wszystko jedno. Bolała go głowa i właściwie nawet nie chciał sobie wyobrażać miny Beliala, który po otwarciu drzwi zobaczył nagiego Malkirę. A mogłem go chociaż ubrać, pomyślał przelotnie demon, przykładając sobie chłodną dłoń do czoła.


Belial

Kiedy minął pierwszy szok i Belial zorientował się, że ciekawscy gapie zaczynają mu zaglądać przez ramię (a może raczej - pod ramieniem), by zobaczyć, co to za awantura, natychmiast się odwrócił. Gapie cofnęli się o krok i zaczęli udawać, że wcale nie interesowało ich, dlaczego w pubie jest jakiś dark room ani dlaczego nagi barman tegoż pubu śpi sobie w nim w najlepsze.
Belial spokojnym krokiem podszedł do Ravena, złapał go za kołnierz marynarki i uniósł w górę jak niesforne kociątko. Bez większego wysiłku wniósł go w ten sposób do pomieszczenia i ostrożnie odstawił na ziemię. Zamknął drzwi.
O dziwo, nikt już nie zerkał w tę stronę.
Może pomógł w tym odrobinę fakt, że gdy Belial puścił klamkę, nagrzany metal zaczął dymić i lekko się topić.
Demon skrzyżował ręce na piersi.
- A teraz się tłumacz, ptaszyno. - Przemówił zwodniczo spokojnie.


Raven

Westchnął cicho, ze zrezygnowaniem, opierając się o ścianę za swoimi plecami. Nawet nie próbował zmyślać czy przeinaczać rzeczywistości. Wiedział z góry, że może odpuścić sobie tłumaczenia typu "to był wypadek przy pracy" albo "to tylko wygląda tak dziwnie, ale w rzeczywistości po prostu..." - eee, no właśnie, co? Reanimowałem? Malowałem jego akt? No bez jaj.
Zresztą... czułby się niezbyt dobrze ze świadomością, że nakłamał akurat Belialowi. W przypadku kogokolwiek innego - może poza Lucyferem - nie miałby takich oporów. Wcisnąłby kit i tyle, a dla pewności poprawiłby jakąś milusią, umysłową modyfikacją, po której delikwent zupełnie zapomniałby, w czym rzecz. I wszystko skończyłoby się happy endem w oparach radosnej amnezji. Ale z Belialem coś takiego by nie przeszło. Nie z jego umysłem, którego Raven po prostu wolał nie ruszać. Nie po tym, jak kiedyś - chyba całe wieki temu, bo tak dawno to było - najzwyczajniej w świecie zemdlał po (zaledwie!) przeszukaniu zawartości jego głowy. I przecież... cholera, kochał go. Kochał tego seksownego, przypakowanego skurwysyna. Jak nikogo przedtem.
Nie chciał budować ich związku - być może już, niestety, wkrótce ex-związku - na kłamstwie. Nawet za cenę rozstania. 
Nie sądził, by był w takim fałszywym układzie szczęśliwy. Nie i już.
- Może po prostu lepiej ci to pokażę - powiedział w końcu po długiej walce z samym sobą, pomimo zmęczenia wnikając delikatnie do umysłu ukochanego. Niezbyt głęboko. Tylko na tyle, by móc mu przekazać falę swoich wspomnień z ostatnich kilkudziesięciu minut. Nic przy tym nie mówił, po prostu pokazywał obraz za obrazem, nie wdając się może w przesadne szczegóły, ale też i nie pomijając niczego. Prawda to prawda. 
To inkub, zdawał się mówić pomiędzy jedną sekwencją myśli a drugą. Wykorzystał to, że jest do mnie taki podobny, bo wiedział, że się na to nabiorę. Pozwolił mi napić się swojej krwi. Skusił mnie, uwiódł i przyprowadził tutaj, chociaż tak naprawdę wcale nie chciałem. Ale wiesz, jakie są inkuby. Zdradliwe. Podstępne. W dodatku za tobą tęskniłem. Tak strasznie, przeokropnie. Byłem zły. Chciałem zapomnieć, oderwać myśli. Wiesz w ogóle, jakie to straszne uczucie, kiedy wydaje ci się, że już nigdy więcej nie zobaczysz osoby, którą kochasz? Że pokłóciłeś się z nią na amen? 
Z całej siły powstrzymywał się przed tym, żeby nie wpleść pomiędzy obrazy standardowego wyjaśnienia typu "to nie moja wina". Ale chyba niespecjalnie mu się to udało.
No bo w sumie, w jego własnym mniemaniu faktycznie nie była to ani trochę jego wina.


Belial

Im dłużej przeglądał wspomnienia demona, tym bardziej nie wiedział, co tej całej sytuacji myśleć. Niby po tylu przeżytych latach powinien był się przyzwyczaić, że wszystkie demony jak jeden mąż to pojebane skurwysyny, a belialowa egzystencja to jedna wielka, absurdalna farsa kumulująca w sobie chyba cały chaos Wszechświata, ale jakoś nie przywykł. Jego oczy rzucały na całe pomieszczenie niemal chorobliwie niebieską poświatę (Przysięgam, jeśli kiedyś zbankrutuję, zatrudnię się w elektrowni.), a dłonie to zaciskały się w pięści, to rozluźniały.
Nie miał pojęcia, czy bardziej chce mu się trzasnąć głową Ravena o podłogę tak, żeby ten się już nie pozbierał, czy może parsknąć śmiechem. Albo zacząć się śmiać do rozpuku, a potem zmusić Ravena, żeby odwdzięczył się złemu, podstępnemu inkubowi (i przy okazji zadośćuczynił Belialowi) porządnym obciąganiem.
Przez dłuższą chwilę nic nie mówił, tylko stał przed Ravenem. Kącik ust mu drżał od powstrzymywanego śmiechu, ale w spojrzeniu jasnobłękitnych oczu czaiło się ostrzeżenie: bądź ostrożny. Nie bierz tego uśmiechu za dobrą kartę, bo jestem na granicy i kiedy ją przekroczę, możesz tego gorzko pożałować.
Westchnął ciężko i przymknął na chwilę powieki.
Kochał tego małego skurwysyna. Ale na czarną dupę szatana, czasami Raven naprawdę doprowadzał go do szewskiej pasji. Będzie musiał mu dać później sążną nauczkę. Niech nie myśli sobie, że pod pretekstem kłótni może tak po prostu dać sobie zrobić laskę, a potem jeszcze zwalić całą winę na kogoś innego. Kochanie, do tańca trzeba dwojga, pomyślał z rezygnacją.
Otworzył oczy i nie zaszczycając Ravena nawet przelotnym spojrzeniem podszedł do kanapy. Przez kilka chwil patrzył na śpiącego inkuba i zastanawiał się, jak to możliwe, że był tak podobny do jego ptaszyny. I jakim, kurwa, cudem ci dwaj się spotkali. Samych śmiertelników było na tym pieprzonym globie ponad siedem miliardów. No jak to możliwe? Belial pomyślał, nie po raz pierwszy zresztą, że Najwyższy musi mieć zajebiście spaczone poczucie humoru.
Demon przyklęknął i przejechał dłonią po ramieniu Malkiry. Cholera, nawet ich skóra była w dotyku tak podobna.
Zerknął na Ravena.
- Czy jeśli go obudzę, to otrzymam taką samą wersję wydarzeń? - zapytał kąśliwie. A potem jego oczy otworzyły się odrobinę szerzej. - Zaraz. Czemu właściwie on śpi?


Raven

- Pokazałem ci swoje wspomnienia - powiedział spokojnie, wzruszając ramionami. - Jeśli jego będą inne, to tylko pod warunkiem, że jest naćpany i podczas tego, uhm, incydentu przebywał w jakiejś innej, weselszej rzeczywistości. Ale to bardzo mało prawdopodobne. - Zamilkł na chwilę, za wszelką cenę starając się nie patrzeć na Beliala. Bał się trochę tego, co może zobaczyć w jego pałających intensywnym błękitem oczach. - Kiedy wyczułem twoją obecność, po prostu go uśpiłem. Bałem się, że jeśli tego nie zrobię, to mnie tu przetrzyma i nie pozwoli do ciebie iść. Przecież wiesz, jakie są inkuby - powiedział tonem głosu wyrażającym absolutną niewinność. Wydął też przy tym lekko wargi. Ale w oczy ukochanego wciąż nie chciał spojrzeć.


Belial

Po tej ostatniej uwadze już naprawdę nic nie mógł poradzić. Nigdy nie wierzył w minę niewiniątka w wykonaniu demona, a już na pewno nie w wykonaniu Ravena. Znał go zbyt dobrze, by wierzyć w tę perfekcyjną niewinność wymalowaną na jego twarzy. Zbyt wiele razy słyszał, jak te piękne, niewinnie wydęte teraz usteczka rzucają soczystymi kurwami i zbyt wiele (choć wciąż za mało!) razy widział, z jaką wprawą otaczają wargami penisa kochanka. Zwyczajnie mu nie wierzył.
I skwitował to wybuchem śmiechu.
Śmiał się tak, jak już dawno nie miał okazji: głośno, z autentycznym rozbawieniem - aż mu łzy poleciały z oczu. Przysiadł nawet na podłodze i ukrył twarz w dłoniach, i śmiał się, och, jeszcze jak się śmiał.
Długo trwało, zanim mógł wykrztusić z siebie słowo. A i nawet wtedy - ocierając z łez kąciki oczu nadgarstkiem - wciąż miał na ustach szeroki uśmiech.
- Ty paskudo - powiedział wesoło, patrząc na Ravena. - Widzę, że masz jednak choć cień przyzwoitości, skoro boisz się spojrzeć mi w oczy. - Wyciągnął ręce w jego kierunku. - Chodź tutaj.


Raven

Z lekkim szokiem wypisanym na swojej pięknej twarzy obserwował zwijającego się ze śmiechu Beliala. No niby trochę już znał rogatego demona i wiedział, że bawi go praktycznie wszystko, co tylko pojawi się w zasięgu jego wzroku... ale żeby aż tak? Teraz? Serio? Raven nigdy nie potrafił tego zrozumieć - jego, dla odmiany, nie bawiło niemal nic - i właściwie przez te ich ostatnie kłótnie zdążył już zapomnieć, jak różnorodne potrafi być poczucie humoru jego ukochanego... niemal tak różnorodne jak rodzaje ludzkiego obłędu.
Ze wzrokiem bacznie utkwionym w twarzy Beliala, oderwał się od ściany i zbliżył do niego ostrożnym, niespiesznym krokiem. Już po krótkiej chwili stał przed nim i dotykał delikatnie jego dłoni swoimi smukłymi palcami.
Oto jestem.


Belial

Złapał go mocno za nadgarstki i pociągnął w dół, aż tyłek Ravena z cichym plaśnięciem wylądował na jego prawym udzie. Obrócił go tak, by obaj mieli Malkirę w zasięgu wzroku, i mocno objął go w pasie, razem z rękami Ravena. Przycisnął go plecami do swojej klaty. Biedny, skrzywdzony przez inkuba demon nie miał teraz najmniejszych szans wymknąć się z objęć Beliala.
Książę oparł się podbródkiem na ramieniu szarookiego, z ustami bardzo blisko jego ucha.
- Ty niepoprawny, rozwiązły trzpiocie. - Wymruczał nisko i zaśmiał się cicho. Wciąż było słychać w tym dźwięku lekką nutę rozbawienia, ale było to raczej echo minionej wesołości. Śmiech był teraz dużo niższy i o wiele bardziej zmysłowy. - Pewnego dnia obaj będziemy cię pieprzyli, bo choć jestem na ciebie zły - na ciebie i na to, w jaki sposób przedstawiłeś mi całą sytuację - to szalenie podoba mi się wizja dwóch kochających się Adamów. Będziemy cię pieprzyć, aż naprawdę omdlejesz z wyczerpania, jak to próbowałeś mi dzisiaj przedstawić.
Na chwilę przerwał. Zaczął ustami muskać jego szyję, bardzo delikatnie. A potem bez ostrzeżenia dość mocno go ugryzł.
- Masz tupet, ptaszyno - mruknął cicho. - Ale pamiętaj, że to ja tu jestem mistrzem kłamstwa. I nie chcę, byś mną manipulował. Zamierzam cię za to dzisiaj ukarać. Będziesz mi służył. W każdy sposób, w jaki sobie tego zażyczę. Czy to jest jasne?


Raven

Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mu lekki dreszcz. Po części spowodowany, rzecz jasna, strachem. Ale też ekscytacją. I wywołanym słowami oraz bliskością Beliala podnieceniem, które jeszcze wzrosło, gdy demon tak nagle i bez ostrzeżenia ugryzł go w szyję. Raven jęknął cicho i wygiął głowę odrobinę do tyłu, dając tym samym lepszy dostęp do miejsca, którego pieszczoty - nawet te mocne, a może nawet czasami w szczególności te mocne - sprawiały mu tyle rozkoszy.
- Zrobię wszystko, co zechcesz - wyszeptał cicho, nie zdając sobie do końca sprawy, jakie konsekwencje może ze sobą nieść zgoda, której właśnie Belialowi udzielił.


Belial


Zassał lekko jego szyję, tym samym robiąc mu w tym miejscu malinkę. Gdy się od niego oderwał, jeszcze musnął jego skórę językiem, znacząc ją wilgotnym śladem.
- Grzeczny demon - wymruczał cicho i z cichym trzaskiem teleportował ich obu do swojej najbliższej posiadłości.

0 komentarze:

Prześlij komentarz