Słodki Kruk i Książę Piekieł. Rozdział I
Belial
Wpadłem do Piekła z wielkim hukiem. Coś
szwankują te portale ostatnio. Rozejrzałem się. Moim oczom ukazał się jakiś
wystraszony demon, kulący się za zwałami gruzu. - Ej, ty! - zawołałem
błyskotliwie. - Chodź tu! - zaczął dygotać ze strachu. No nie, bez jaj, nie ma
mnie raptem kilkaset lat i już nikt nie poznaje aury jednego z czterech książąt
Piekieł? Do kitu! Opuściłem osłony maskujące moją aurę. Demon wybałuszył oczy i
zapiszczał, ale posłusznie do mnie przydreptał. - Wiesz, gdzie znajduje
się posiadłość Adama Veneux de Bris? - demon struchlał. Co za przygłup.
Podrzuciłem w dłoni kulę ognia. Może i Piekło nie jest najlepszym miejscem do
wychowywania dzieci, ale za to jak przyjemnie się tu używa własnych mocy!
Spojrzałem zaciekawiony na demona. - A umiesz ty chociaż mówić?
- Tttttttttttak - wyjąkał. O mamo. Eony tu będę
sterczeć, zanim dowiem się czegoś przydatnego.
- A idźżesz do diabła - wymamrotałem. Stworzenie
posłusznie uciekło w jedną ze zrujnowanych uliczek, machając do tego ogonem.
Jak jakiś durny pies.
Udałem się wobec tego na rekonesans. Muszę
przyznać, że mi się poszczęściło, bo następny potępieniec był dużo bardziej
rozgarnięty i rozmowny. Co prawda, z początku nie bardzo wiedział, o kogo mi
chodzi, ale kiedy zapytałem o Ravena i bez trudu wyciągnąłem z dłoni płonący
miecz, wyśpiewał mi wszystko jak na spowiedzi. I bardzo dobrze. Dla zabawy
udzieliłem mu "ostatniego namaszczenia" mieczem, niech gryzie piach.
Ruszyłem raźno do mojego celu, ale po kilku krokach gwałtownie się zatrzymałem.
Dlaczego oszczędziłem tego skamlącego przygłupa, a zabiłem kogoś bardziej
przydatnego? Czort wie. Chyba chaos jest w tym miejscu bardziej skondensowany.
Nic nie szkodzi, przecież mam jasny cel. Rozciągnąłem usta w lubieżnym uśmiechu
i ruszyłem w dalszą drogę.
Raven
Stuk,
stuk.
Otworzyłem niechętnie jedno oko. Jakim prawem
ten przeklęty chowaniec przerywał mój spokojny sen? W dodatku całe ciało miałem
zdrętwiałe - fotel przy biurku nie był najwygodniejszym miejscem nocnego
spoczynku. Przeciągając się i przeczesując dłonią zmierzwione włosy,
doczołgałem się do okna, wpuszczając do środka Cor.
- Co znowu? - spytałem, patrząc na kruka z
niechęcią. - Nie wzywałem cię.
Zwierzak przekrzywił głowę, patrząc na mnie
kpiąco.
- Uznałem,
że być może zainteresuje cię fakt, iż do posiadłości zbliża się Książę Piekieł,
Belial - odezwał się głos w mojej głowie. Zerwałem się na równe nogi,
przeklinając głośno. Czy ten pomyleniec zamierza łazić za mną do końca świata?
Chowaniec zakrakał z rozbawieniem, widząc moją
rozpacz. Powstrzymując szaloną ochotę wyrwania mu paru piór ze skrzydeł,
zacisnąłem palce na krawędzi biurka.
- Jak daleko jest?
- Niedaleko.
Jakby na potwierdzenie jego słów, całą
posiadłością wstrząsnął potężny wybuch.
Belial
No,
no, gość ma klasę i stawia na drogi towar,
zlustrowałem teren otaczający dom Ravena. Niby jakieś ogrodzenie i psy
stróżujące były, ale co to za problem dla tak piekielnie dobrego demona jak ja?
Skupiłem się i posłałem w stronę bramy olbrzymią kulę ognia. Siła wybuchu
odrzuciła mnie na drugi koniec ulicy. Przynajmniej nic mnie teraz nie dziabnie
w portki, myślałem zagryzając wargi. Kiedy przestało mi się kręcić w głowie,
wkroczyłem na teren posiadłości rozglądając się z zaciekawieniem. Jakim cudem udało mu się w piekle
wyhodować trawę? Miałem nadzieję, że nie był to cud jednorazowego
użytku. A skoro już o cudach mowa... Gdy spojrzałem w górę, w oknie mignęła mi
postać o kruczoczarnych włosach. Tuś mi, bratku! ucieszyłem się.
Przyspieszyłem. Przed drzwiami zatrzymałem się, zastanawiając się, co dalej zrobić.
Zadzwonić? Bez sensu, przecież dopiero co rozwaliłem mu bramę i kilka piesków
(pfuj). Scheiß! Rozpędziłem się, żeby wyważyć drzwi, ale mój bark zamiast w
drewno trafił początkowo w pustkę, a potem z całym impetem wpadłem na mojego
ponurego przystojniaka, który najwyraźniej wyszedł mi na spotkanie. Ostatecznie
wylądowaliśmy na podłodze, w znanej nam już konfiguracji ze mną na górze. Oł
je, tego mi było trzeba! Siłą rozpędu przejechaliśmy kilka metrów po
wypastowanej podłodze, a gdy się zatrzymaliśmy, pochyliłem się do twarzy Adama.
- Witaj, ptaszyno. Widzę, że nie mogłeś się już doczekać naszego ponownego
spotkania - wymruczałem nisko i machnąłem ogonem z ekscytacji.
Raven
- Nie wiesz, co czego służy kołatka przy
drzwiach? Musiałeś od razu rozwalić mi połowę domu, niewydarzony idioto?! -
wydarłem się na niego. Pominąłem milczeniem fakt, że i tak nie zostałby
wpuszczony. Szczegóły, szczegóły.
- Mam serdecznie dość ciebie i twoich wygłupów.
- warknąłem, sięgając ręką do cholewki buta. - Zachowuj się jak dzieciak, ale
nie mieszaj w to mnie, dotarło?! - wrzasnąłem, z całej siły wbijając mu w plecy
wyjęty z buta zatruty sztylet. Niepozorny gadżet, ale jakże przydatny w pewnych
okolicznościach, pomyślałem, posyłając Belialowi paskudny uśmieszek. Wykorzystując
przewagę, powaliłem go na ziemię i zatopiłem kły w jego szyi, rozszarpując
gardło.
Belial
Chciało mi się śmiać. Co za głupiutki demon!
Zabierać się za książęcą krew! Aż we mnie zawrzało. Dosłownie. Podkręciłem
temperaturę w swoich żyłach, a zdumiony Raven odskoczył ode mnie jak...
oparzony. Mój własny żart uwolnił przyczajony w moich trzewiach śmiech.
- Co ci się stało w dziobek, ptaszyno? -
zakpiłem. Spojrzał na mnie z grymasem złości na tej pięknej twarzy. -
Stęskniłem się za tobą, liczyłem na jakieś milsze powitanie, a ty tymczasem
witasz mnie nie tym ostrzem, którym bym chciał – poskarżyłem się. Moja krew
rozgorzała i zdradziecki sztylet rozpuścił się, a trucizna zaczęła parować.
Stopiony metal wolno spływał mi po plecach i jeszcze niżej, rozkosznie mnie
ogrzewając. Raven głośno przełknął ślinę i patrzył na to niecodzienne, nawet
jak na standardy Piekła, zjawisko. Był nieco przestraszony, ale nic nie
odpowiedział.
- Coś przestałeś krakać – roześmiałem się miękko
i powoli zacząłem się do niego zbliżać. Moje oczy błysnęły błękitem, bynajmniej
nie z gniewu. Jednym zrywem rzuciłem się na niego i przygwoździłem to jego
smukłe ciało do ściany. Miałem ochotę zrobić z nim bardzo wiele rzeczy. Gdybym
był gorszym demonem, na moim obliczu z pewnością zagościłby rumieniec wstydu.
Zaczałęm więc od tego, w czym tak nieopacznie przerwała nam w lesie tamta
wścibska shinigami. Raven, oczywiście, próbował się ode mnie uwolnić, ale bez
żartów, proszę. Kto tu jest upadłym aniołem, a kto jednym a bękartów Astarota?
Wczepiłem się ustami w wargi Ravena, a ten mnie ugryzł do krwi. Odsunąłem od
niego twarz i zlizałem szkarłatną strużkę. - Nie wiedziałem, że lubisz na ostro
– wymruczałem mu do ucha, które następnie lekko przygryzłem. Demon sapnął, albo
z zaskoczenia, albo z zadowolenia. Albo nawet z obu tych powodów naraz.
Spodobała mi się jego reakcja, więc ugryzłem go jeszcze raz, tym razem odrobinę
mocniej. Poczułem, jak przyspiesza mu oddech i uśmiechnąłem się szeroko.

0 komentarze:
Prześlij komentarz