Gone with the Sin. Rozdział II

Raven

Raven przyglądał się inkubowi z nieodgadnionym wyrazem twarzy, zupełnie jakby właśnie przebudził się z długiego, bardzo długiego snu. Wciąż trochę bawiła go dociekliwość tego dzieciaka. Ale nagle nie chciał go już wyszydzić ani poniżyć. Pragnął raczej, by w tych dużych, szkarłatnych oczach pojawiło się zadowolenie. Przyjemność. Coś na kształt radości, może nawet spełnienia? Dziwne. W odpowiedzi na pytanie Malkiry zaśmiał się miękko, jednak w tym śmiechu nie było radości. Nie mogło jej być.
- Czym jestem? - powtórzył. - Parbleu, cóż za ciekawość. Cóż, jeśli chcesz, to faktycznie mogę ci o tym opowiedzieć, bo i tak nie pojmiesz moich słów. Ach. Nocą. Zagadką. Ostrzem przecinającym świat. Wszystkim tym. A przede wszystkim - czarnym płomieniem uwiązanym u boku władcy piekieł, mały inkubie. Tylko i aż tym. Ucieleśnieniem rozpaczy świata, który tamtego strasznego, potwornie strasznego dnia został rozerwany na strzępy. Bólem mojego umiłowanego pana. Jego smutkiem. Jego gniewem. Jego... choć wciąż nie jego. - Zamilkł na chwilę, po czym, nie dbając jakoś szczególnie o strefę intymności Malkiry, przysunął się do niego, tak blisko, że niemal do niego przywierając całym ciałem. Niemal. - Masz pojęcie, jak to jest, całą wieczność trwać w niespełnieniu? Potrafisz to ogarnąć umysłem, ty, który przeżyłeś zaledwie kilkaset lat? - wyszeptał mu prosto w usta, niemal muskając je swoimi wargami. Znowu to niemal. - Wszystko... - zaczął, po czym westchnął cicho i przymknął oczy. - Nie zrozumiesz tego, inkubie.


Malkira

Odpowiedź mężczyzny ponownie go zaskoczyła. Była podszyta takim smutkiem i tęsknotą, że inkub żałował teraz zauroczenia go. Był pewien, że w innym przypadku nie otworzyłby się tak. Jego słowa były enigmatyczne, Malkira niewiele rozumiał z tej wypowiedzi. Ale jedno wiedział na pewno.
Nie chciał, by ta piękna istota zatopiła się w smutku.
Jego nagła bliskość sprawiła, że całe ciało Malkiry przeszył delikatny dreszcz. Nie pożywiał się od kilku dni. Od czasu wyjścia z pokoju Shina. A Adam... Był tak blisko. Taki piękny. I smutny. Malkira mógł sprawić, że obaj choć na chwilę zapomną o swych tęsknotach. To nie byłoby takie złe, prawda? Te przeszywające go, stalowoszare oczy mogły przyćmić na moment wspomnienie innych, niebieskich tęczówek.
Pochylił się. Zawisł nad długowłosym, przytrzymując się jedną ręką oparcia kanapy, a drugą kładąc obok jego nogi, tak blisko, że czuł na dłoni dotyk jego uda. Zastygł w takiej pozie.
- Nie wiem nic o tobie i pewnie masz rację, że nie mógłbym tego pojąć - wyszeptał prosto w jego ucho. - Natomiast o wiecznym niespełnieniu wiem tyle, że nawet ciebie mogłoby to zaboleć.
Mrowienie skóry. Ten dziwny, palący dreszcz tuż pod powierzchnią. Wystarczyło po niego sięgnąć, by ogień rozlał się na nich obu.
Ale jeszcze nie teraz. Nie tutaj.
Położył dłoń na biodrze Adama i dalekie echo ardeuru przez krótki moment ciepłą falą pieściło ich ciała. Delikatnie, jak obietnica rozkosznego zapomnienia, lecz bez przymusu. Malkira odchylił się lekko, by móc widzieć twarz swojego rozmówcy.
- Adamie - powiedział zmysłowo. Teraz był inkubem na polowaniu. Teraz był czas kuszenia. - Nadal mi jednak nie powiedziałeś, jakim rodzajem istoty jesteś, zapytam więc wprost. Mówiłeś o władcy piekieł. Jesteś demonem?


Raven

Zadrżał nieznacznie pod wpływem dotyku inkuba. Dawno już nie miał do czynienia z tymi małymi diabłami i zdążył zapomnieć, jak przewrotnie potrafią one kusić. Jak jednym spojrzeniem sprawiają, że nagle robi ci się gorąco i zaczynasz marzyć tylko o tym, by zaspokoić pragnienie, które jakby znikąd pojawia się nagle gdzieś w okolicach twojego podbrzusza i rozlewa się po całym ciele ciepłymi, elektryzującymi falami. Tak, znał doskonale wszystkie te inkubie sztuczki i wiedział aż nazbyt dobrze, dokąd zmierza Malkira, ale w tej chwili nie miał ochoty na stawianie mu oporu. Wręcz przeciwnie.
- Adamie, hmm? - powtórzył, bezwiednie naśladując zmysłowy ton, którym posłużył się czerwonooki. - Wiesz, wolałbym jednak, żebyś mówił do mnie Raven, wszyscy się tak do mnie zwracają - powiedział cicho, przymykając oczy. Znowu posmutniał. Inkub nie mógł przecież wiedzieć, że po imieniu - tym przeklętym imieniu, które niosło ze sobą tyle złości, tyle goryczy - zwraca się do Ravena tylko jego umiłowany pan. Przez dłuższą chwilę demon trwał w bezruchu, pozwalając, by paląca tęsknota za Lucyferem spowiła go całego niczym żałobny welon, po czym nie bez pewnego wysiłku otrząsnął się z niej. To nie był odpowiedni czas ani miejsce na rozmyślania o Nim. Ani o Belialu. Raven rozchylił powoli powieki, po czym uśmiechnął się lekko. Wpatrujące się w niego oczy były czerwone, a nie niebieskie i już samo to wybitnie poprawiło mu humor. - Och, cóż za dedukcja, godna samego Herkulesa Poirot - odrzekł w odpowiedzi na hipotezę inkuba, po czym zaśmiał się cicho, może odrobinę złośliwie. Ale już po chwili położył dłoń na plecach długowłosego i przyciągnął go bliżej siebie, jakby chcąc subtelnym dotykiem przeprosić go za tę kpinę. -Cóż, skoro już tak bardzo musisz wiedzieć - owszem, jestem demonem - wyszeptał prosto w szyję Malkiry, i, nie mogąc się powstrzymać, przywarł do niej delikatnie ustami. Dokładnie w tym miejscu, gdzie czuł kuszące trzepotanie pulsu. I słodką woń krwi. - Jesteś bardzo piękny, inkubie - powiedział jeszcze, po czym rozchylił wargi i musnął swoimi ostrymi kłami gładką, delikatną skórę mężczyzny. Nie był gwałtowny; nawet nie chciał taki być. Uwielbiał krew, jej smak i zapach, ale w tej chwili jej nie potrzebował. To była tylko gra, nic więcej. Wiedział, że Malkira zdaje sobie sprawę, że on może, ale wcale nie musi go ugryźć. Gdyby inkub zechciał teraz uciec, Raven nie przeszkodziłby mu w tym - nawet jeśli sam lubił być brany siłą, to bawienie się w dominującego sadystę nie było jego bajką. Dlatego też mógł mieć tylko płonną nadzieję, że Mal z własnej woli pozwoli mu na to, co tak bardzo chciał teraz zrobić.


Malkira

Przyciągnięty przez Ravena, siedział teraz okrakiem na jego kolanach. Widok taki nie był w Danse Macabre niczym dziwnym. W miejscu, w którym przebywać mogły wszystkie istoty poza ludźmi mało co mogło szokować, któż więc zwróciłby uwagę na dwóch mężczyzn w kącie sali?
Jęknął cicho, kiedy poczuł na szyi dotyk wilgotnych, miękkich warg demona. Nie chciał się powstrzymywać, zresztą głośna, zmysłowa muzyka i tak ukryła ten dźwięk przed niepowołanymi uszami, tylko Raven mógł go teraz usłyszeć.
- Jesteś bardzo przewrotny, Ravenie - powiedział cicho lekko ochrypłym głosem. Położył ręce na jego ramionach i całym ciałem przycisnął się do niego, by stało się jasne, że inkub nie ma nic przeciwko temu, by ciemnowłosy zatopił w nim zęby i skosztował jego krwi. Absolutnie nic przeciwko. Nawet więcej: Malkira miał teraz wielką chęć poczuć, jak jego krew staje się częścią tej pięknej istoty. Chciał czuć przez chwilę tę dziwną intymność, jaką dzielić mogły dwie osoby w takiej sytuacji.
- I trochę narcystyczny - dodał po chwili w odpowiedzi na komplement. Bo czym innym, jak nie pochwałą siebie były te słowa, skoro byli do siebie tak dziwnie podobni? Jednak Malkirze to nie przeszkadzało. Daleko bardziej irytujące byłoby zaprzeczanie faktom i sztuczne krygowanie się. Zsunął lewą rękę w dół, badając dłonią kształt ciała Ravena, dotykając jego torsu, brzucha. Zatrzymał się na jego udzie. Błądził po nim palcami, pieścił je.
Przytknął usta do jego ucha.
- Ugryź mnie. - Zażądał zmysłowym półgłosem.


Raven

Po takich słowach nie musiał się już dłużej powstrzymywać. Nie czekając na dalsze zaproszenia, wbił kły w gładką skórę inkuba i zaczął delikatnie ssać powstałą w ten sposób ranę. Jego usta wypełniła gorąca ciecz i wtedy już po prostu nie mógł  powstrzymać się od cichego jęknięcia.
Prawdę mówiąc, krew inkuba nie była jakoś specjalnie wyjątkowa. Nie różniła się niczym od krwi setek innych, nie stojących zbyt wysoko w piekielnej hierarchii demonów, których miał okazję "spróbować". Nie była tęsknotą upadłego anioła ani niezrównaną potęgą i siłą płynącą w ciele jego ukochanego. Daleko też jej było do bezbrzeżnego szczęścia, którego Raven zaznał, gdy pewnej pamiętnej nocy jego umiłowany pan pozwolił mu zlizać parę czerwonych kropel ze swojej skaleczonej dłoni. 
Niemniej wciąż była to krew. Samo życie; jego istota. Słodka i gorąca, rozkosznie rozgrzewająca jego tak zimną przecież skórę i przydająca bladym policzkom nieznacznego rumieńca. Ssał ją bardzo powoli, jakby w obawie, że w zbytnim pośpiechu uroni choć łyk drogocennego napoju. I jeśli nawet nie chciałby się do tego przyznać przed samym sobą, było w tym wszystkim coś bezwstydnie zmysłowego. W ich złączonych ciałach. Przyspieszonym oddechu. Cichych westchnieniach i jękach. Błądził dłońmi po smukłym ciele Malkiry, po jego plecach i biodrach, niemal jak przez mgłę odnotowując, że sam jest przez niego dotykany w bardzo podobny sposób. Normalnie zapewne chciałby trochę przystopować, przecież nawet go nie znał, ale... podobało mu się to. 

Słodki smak krwi w połączeniu z tym idealnie pięknym ciałem, które tak na niego napierało... bliżej... jeszcze bliżej... dotykaj mnie... chcę cię już dłużej nie wytrzymam ach...

Demon jęknął odrobinę głośniej, gdy inkub otarł się o jego męskość, z każdą chwilą coraz bardziej opiętą cienkim materiałem spodni. I tak naprawdę dopiero wtedy zdał sobie sprawę, jak bardzo podniecony jest. 
Nie powinno... nie powinno mu się to podobać. Nie powinien być doprowadzany do takiego stanu przez kogokolwiek poza Belialem. Przecież sam nie chciałby, żeby jego kochanek robił takie rzeczy z innymi. 
Nawet jeśli teraz byli ze sobą pokłóceni, wciąż się kochali. Mógł go zranić tym, co właśnie robił. I to bardzo. Wiedział doskonale o tych wszystkich rzeczach. Ale w tej chwili jakoś nie potrafił myśleć racjonalnie. Nie przy płonącym jakąś taką nieodpartą, seksualną aurą inkubie.
Nie przy Malkirze.

Dlatego też, nie kierując się absolutnie niczym poza czystym pożądaniem, oderwał się gwałtownie od jego szyi i złączył ich wargi w głębokim, namiętnym pocałunku. Jednocześnie wsunął dłonie pod ubranie ciemnowłosego; muskał palcami jego nagi tors, rozkoszując się gładkością skóry i odznaczającymi się pod nią mięśniami; doskonałością, którą zawsze tak podziwiał i która była dla niego nieustannym źródłem rozkoszy.


Malkira

Jęknął trochę głośniej, gdy poczuł, jak zatapiają się w nim ostre kły Ravena. To bolało, bolało jak jasna cholera, ale Malkira nie pierwszy raz dawał komuś swoją krew i wiedział, że po tym przeszywającym bólu nadejdzie coś dużo przyjemniejszego. Tak było i tym razem: kiedy minął już pierwszy szok, inkub zaczął cicho pojękiwać, czując, jakby usta demona zawładnęły całym jego ciałem, jakby to miejsce na szyi łączyło się niewidzialną nicią wprost z jego męskością, a Raven ssał i dotykał go, i... O Jezu, tak. Tak. Tak, myślał gorączkowo czerwonooki. Dawał mężczyźnie przyzwolenie właściwie na wszystko, czego tamten by sobie zażyczył. Bo niby dlaczego nie? Dlatego, że tak ciężko było mu zapomnieć o właścicielu turkusowej czupryny? Minęło kilka dni, a koleś się do niego nie odezwał. Nie, żeby Malkira nie przewidywał takiego obrotu sytuacji.
Dlatego w żaden sposób nie zaprotestował, gdy Raven przyciągnął go do siebie i zaczął całować. Pocałunki o smaku krwi, przemknęło mu mętnie przez głowę. Nie chciał teraz myśleć. Chciał się zagubić w tym pocałunku, w tych pieszczotach, którymi obdarzał go demon.
Chciał się zatracić w nim.
Odsunął się od zachłannych ust Ravena i przytknął swoje wargi do jego ucha. Przez chwilę po prostu oddychał, omiatając jego skórę ciepłym oddechem. Przyciskając się mocno do jego ciała i błądząc dłonią po jego udzie, coraz wyżej i wyżej.
- Chodź... - wyszeptał kusząco i pozwolił swojej masce codzienności trochę opaść, trochę odsłonić jego inkubią, zwodzącą naturę. - Chodź ze mną w bardziej kameralne miejsce. - Dokończył zmysłowo.


Raven

Przez chwilę w szarych oczach Ravena widać było wahanie, zupełnie jakby na szalach jakiejś metafizycznej wagi ważył miłość do Beliala oraz swoje własne, czysto egoistyczne pobudki. Jednak - jak to zwykle bywało w jego przypadku - nie trwało to zbyt długo. Demon nigdy nie miał większego problemu z tym, by wybrać to, co aktualnie było dla niego bardziej korzystne, zabawne tudzież satysfakcjonujące. Wierność komuś, z kim był aktualnie pokłócony (cholera wie, na jak długo i czy w ogóle się pogodzą) versus spędzenie paru miłych chwil z pięknym, kuszącym mężczyzną, w dodatku tak uderzająco podobnym do niego samego? Parbleu - prosty wybór, czyż nie? I egoizm w swoim najbardziej klasycznym wydaniu. Ale czegóż innego można by się było spodziewać po diable?
- Och... dobrze - odparł cicho, powoli przesuwając palcem wskazującym po swojej dolnej wardze. Wciąż czuł na ustach wspomnienie wcześniejszego, namiętnego pocałunku; podobało mu się to. - Zatem zaprowadź mnie w takie miejsce - powiedział spokojnym, lecz dosyć władczym tonem. Kolejny mały paradoks osobowości lorda de Bris: widać było po nim aż nazbyt wyraźnie, że jest podniecony, ale nie robił przy tym absolutnie niczego, by swoje pragnienie urzeczywistnić. Po prostu siedział i czekał, aż Malkira przejmie inicjatywę. To była jedna z tych rzeczy, które przeważnie drażniły innych podczas intymnych zbliżeń z Ravenem: jego podejście w rodzaju łaskawie-pozwalam-ci-się-poderwać-więc-teraz-to-ty-się-staraj. Podobno seks i tak to rekompensował, ale... No właśnie, zawsze było to "ale". Raven jednak nie zamierzał się zmieniać. Nie ten, to inny. Ostatecznie, chętnych na spędzenie z nim upojnej nocy nigdy nie brakowało.


Malkira

Zaśmiał się miękko.
- Wedle rozkazu, wasza wysokość... - odpowiedział nasyconym erotyzmem tonem, a potem zwinnym ruchem - niby przypadkiem ocierając się przy tym całym ciałem o Ravena - zsunął się z niego. Zanim całkowicie odsunął się od demona, na chwilę jeszcze zawisł nad nim. Musnął ustami jego wargi, kończąc tę pieszczotę krótkim, delikatnym liźnięciem. Czekając, aż Raven wstanie ze swojego miejsca, dopił drinka, a na ustach cały czas błąkał mu się leniwy uśmieszek.
- Proszę za mną - powiedział uwodzicielsko i nie odwracając się, by sprawdzić, czy Raven zanim podąża - zupełnie jakby miał niezachwianą pewność, że inaczej być nie może - ruszył przez całą salę w okolice kontuaru. Jednak nie do jego głównej części, a bardziej w prawo, gdzie - jak się okazało - znajdowały się przesłonięte bordową kotarą drzwi.
Malkira sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął pęk kluczy. Otworzył drzwi i wciąż się nie odwracając wszedł do środka.

0 komentarze:

Prześlij komentarz