Słodki Kruk i Książę Piekieł. Rozdział VIII
Belial
Kurwa, mało brakowało, a ten mały krwiopijca
osuszyłby mnie do końca! Pewnie i tak by mnie to nie zabiło, ale oczekiwanie na
powrót do życia i tak musiałoby należeć do koszmarów. Z wściekłością patrzyłem,
jak Raven gapi się na mnie tymi swoimi pięknymi, wielkimi oczami.
– Co, jeszcze ci mało?! - krzyknąłem
gniewnie i lekko się zachwiałem. – Znajdź sobie innego honorowego krwiodawcę,
mnie nie bawi rola karmiciela! - warknąłem, nieporadnie zsuwając się z niego.
Więc to o to mu cały czas chodziło? Zdawałem sobie
sprawę z tego, że Raven ma spore ambicje i pragnie większej mocy, ale wcześniej
nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógł zostać moim kochankiem tylko po to,
by zaspokoić swoje pragnienie zdobycia większej władzy. Teraz też nie byłem o
tym do końca przekonany, ale... Miałem mętlik w głowie. Musiałem się stąd jak
najszybciej wydostać.
– Spierdalam stąd – wymamrotałem i zacząłem
szukać czegoś do ubrania, ale moje ruchy były tak nieskoordynowane, że
nawet nie byłem w stanie ustać o własnych siłach, a co dopiero ubrać się. – Jak
tak ci zależy na awansach, to Lucyfer ma chyba mocniejszą krew – dorzuciłem
zgryźliwie. Nie wiem, czy Adam miał coś do powiedzenia, bo rozpaczliwie
próbowałem skupić resztki energii. Męczącą chwilę później (choć równie dobrze
mogły to być godziny, tak bardzo nieświadom upływającego czasu byłem) w końcu
udało mi się teleportować do mojej posiadłości na drugim końcu Piekła; na
powrót na Ziemię byłem zbyt słaby.
Zmaterializowałem się na środku salonu. Źle
wymierzyłem (ale co się dziwić?) i wpadłem na szklaną ławę, która od razu się
roztrzaskała pod ciężarem mojego ciała. Kawałki szkła rozorały mi skórę w tylu
miejscach, że pewnie musiałem wyglądać jak jeden wielki kawał mięsa. Moje
przypuszczenie potwierdził jeszcze spanikowany krzyk służby. Po chwili poczułem
delikatny w zamierzeniu dotyk rąk, które próbowały mnie podnieść z tego
pobojowiska. Chciałem wrzasnąć, żeby zabrali ze mnie te swoje pokraczne łapska,
ale z mojego gardła nie dobył się żaden dźwięk. Usłyszałem natomiast szum szeptów,
z którego wyłapałem tylko tyle, że chyba jakiś wyjątkowo wielki kawał szyby
wbił mi się w płuco. Cóż, to by wiele wyjaśniało, czyż nie? Z tą ostatnią myślą
zagłębiłem się w ciemności i zwyczajnie straciłem przytomność.
Ocknąłem się i od razu poczułem palące
pragnienie. Kiedy otworzyłem oczy, dookoła mnie stał tłum nieznanych mi
diablików. Rozglądałem się zdezorientowany, kiedy jeden z nich podszedł do mnie
trzęsącym się krokiem i przysiadł na skraju łoża.
– Jaśnie panie, musi pan odzyskać siły.
Proszę pić – usłyszałem głos kamerdynera. Szpakowaty mężczyzna w liberii
zaciskał dłonie na ramionach siedzącego przy mnie diablika i popychał go w moją
stronę. Kiedy pomniejszy demon był wystarczająco blisko, nie zaprzątając sobie
głowy jakimiś duperelami z delikatnością (o których natomiast zawsze pamiętałem
w obecności Ravena) wbiłem zęby w jego tętnicę szyjną i usłyszałem
rozdzierający krzyk, który obszedł mnie jeszcze mniej, niż zeszłoroczny śnieg.
Piłem do momentu, kiedy mój sługa nie zaczął odciągać ode mnie diablika. Smak
był niemożliwie paskudny, ale za to w pewnym stopniu łagodził ból gromadzący
się w tajdze mojego gardła. Kamerdyner podsuwał mi coraz to inne piekielne
istoty przez bardzo długi czas, aż wreszcie poczułem, że mam dość i więcej krwi
nie zmieszczę. Osunąłem się na poduszki i od razu zasnąłem, z wdzięcznością
przyjmując chwilę wytchnienia od niepokojących myśli o motywach kierujących
pewnym długowłosym demonem.
Raven
Gwałtowna reakcja Beliala całkowicie wytrąciła
mnie z równowagi. Spodziewałbym się po nim wielu rzeczy, ale na pewno nie tego,
że zjedzie mnie z góry na dół, a później rozpłynie się w powietrzu - ot tak, po
prostu!
O co mu właściwie chodziło? Sam przecież
bezczelnie mnie opijał. Dlaczego jemu wolno było coś robić, a mi już nie?
A ten tekst o Lucyferze?! Jakby ten idiota nie
wiedział, że nigdy nie ośmieliłbym się tknąć krwi mojego jedynego i
najwspanialszego pana!
Przesunąłem dłonią po twarzy w rozpaczliwym
geście i syknąłem ze złości. Nie dość, że właśnie zrobiono mi awanturę o nic,
to jeszcze byłem uwalany krwią jak jakiś rzeźnik... Wspaniale. Poirytowany do
granic możliwości, podniosłem się gwałtownie na łóżku i potrząsnąłem dzwonkiem.
Po chwili do sypialni wbiegła lekko zdyszana pokojówka.
- Panie, co się stało?! - krzyknęła na widok
mojej zakrwawionej twarzy, po czym, zdając sobie poniewczasie sprawę z
popełnionego nietaktu, zakryła usta dłonią i ze strachem cofnęła się o krok.
Zmrużyłem lekko oczy. Czy tak trudno zapamiętać, że nie toleruję podobnego
zachowania ze strony służby?
- Wybacz mi, panie - wykrztusiła dziewczyna,
patrząc na mnie z przerażeniem. Spojrzałem wymownie w sufit, po czym zacząłem
powoli zlizywać krew z palców.
- Przygotuj mi kąpiel - powiedziałem cicho po
dłuższej chwili, obserwując bez szczególnego zainteresowania, jak policzki
służącej robią się wściekle czerwone.
- Tak, panie - wyszeptała z bardzo nieszczęśliwą
miną i wybiegła z pokoju.
Niespiesznie wstałem z łóżka, nie zawracając
sobie głowy ubieraniem koszuli - i tak była cała we krwi. Za drzwiami czekała
na mnie kolejna pokojówka, której z kolei pozwoliłem poprowadzić się do
łazienki. Widok ogromnej wanny, wypełnionej gorącą wodą i masą pachnącej piany sprawił,
że na mojej twarzy mimowolnie pojawił się blady uśmiech. Rozebrałem się szybko
i zanurzyłem w kąpieli, a ostrożne dłonie służących zajęły się obmywaniem mojej
zakrwawionej skóry i włosów. Poddając się tym delikatnym, starannym zabiegom,
odetchnąłem głęboko i przymknąłem oczy, próbując chociaż na chwilę zapomnieć o
wydarzeniach mijającego dnia. Przyznam szczerze, że bardzo opornie mi to szło.
Wciąż tłukły mi się po głowie ostatnie, pogardliwe słowa Beliala.
Belial
Postanowiłem zostać na jakiś czas w Piekle. Dni
spędzałem na nadrabianiu zaległości w robocie papierkowej – uzupełnianie danych
o przyroście naturalnym w moim kręgu, kto awansował, kogo zdegradowałem
(degradacji ostatnio było znacznie więcej, coś łatwo można mnie było
wyprowadzić z równowagi w tych dniach), jakie są nadwyżki albo braki w zapasach
smoły i siarki... Tego typu bzdury, które zawsze mnie nudziły i które zawsze
wykonywał za mnie któryś ze skrupulatnych, zaufanych kamerdynerów. Noce zaś
wypełniały moją posiadłość rozdzierającymi krzykami. Podczas mojej nieobecności
napatoczyło się paru szpiegów z Nieba i sąsiednich kręgów (głównie za sprawą
Leviatana) – złapanych przez moją idealnie i wszechstronnie wyszkoloną służbę –
którzy do tej pory czekali, aż sobie przypomnę o ich istnieniu. Tak więc
przypomniałem sobie. I bardzo sumiennie ich przesłuchiwałem, długo, powoli i
bezlitośnie. Aż w końcu nie było już kogo przesłuchiwać, a podziemia domostwa
obficie spłynęły gęstą posoką.
Po kilku tygodniach, kiedy już rzygać mi się
chciało na widok kolejnych papierków, a w perspektywie nie miałem cowieczornych
tortur, otrzymałem list. Siedziałem właśnie w swoim gabinecie, marząc o jakimś
zagubionym szpiegu czy chociaż diabliku z niepodbitą legitymacją, gdy usłyszałem
pukanie do drzwi. Ożywiłem się.
– Wejść! – krzyknąłem ochoczo. Wszystko
lepsze od wypełniania kolejnych tabel...
Do pomieszczenia wszedł lokaj. Złożył głęboki
ukłon (wspominałem już, że łatwo się wkurzałem?) i, wciąż pochylony, wyciągnął
przed siebie czarną kopertę.
– Najjaśniejszy panie, przed chwilą
przyszło to ognistą pocztą – powiedział cicho.
Ognistą pocztą? Cudownie. To znaczy, że któremuś
z książąt znowu wpadł piekielnie głupi pomysł do tego durnego łba i trzeba
będzie się stawić na jakimś zebraniu. Chujowo. Na bank strzelę któregoś po
pysku. Albo wszystkich.
– Pokaż to – mruknąłem niechętnie i
sięgnąłem ręką po pismo.
Rozerwałem czarną jak dupa Szatana kopertę i
rozwinąłem papier w tym samym kolorze. Zacząłem czytać.
– Oż kurwa – wyrwało mi się gdzieś w
połowie. Zaniepokojony kamerdyner drgnął nieznacznie.
– Przygotuj moje wyjściowe ubranie –
powiedziałem z niesmakiem, gdy już skończyłem czytać.
– W-w-wyjściowe? - wyjąkał mężczyzna ze
zdziwieniem.
Spojrzałem na niego. Zabawne, jak odpowiednie
spojrzenie może sprawić, że nadzwyczaj opanowany mężczyzna nagle zblednie
i zacznie się wiercić.
– Przekaż to zadanie Gregory'emu, będzie
wiedział, o co chodzi.
– Tak jest, jaśnie panie – powiedział demon
na wydechu i natychmiast się ulotnił z mojego gabinetu.
Fantastycznie, tego mi właśnie było trzeba.
Bankietu organizowanego przez Lucyfera. Wprost nie mogę się doczekać, kiedy
zjawię się w jego pałacu. Przecież tak strasznie się stęskniłem za tymi
wszystkimi sukkubami ze świty Lilith, za tabunami poprzebieranych w sweterki
piesków wielkości mojego kciuka oraz tłumami napalonych demonów, które przecież
"tyle o mnie słyszały"... I jeszcze te wymagania Lucyfera! Zerknąłem
znów na treść zaproszenia, a raczej dopisek na jego końcu: "Obecność
obowiązkowa, stroje oficjalne. I nie, Belialu, skórzane spodnie plus muszka nie
są strojem oficjalnym, tylko strojem dla striptizerów". Westchnąłem
załamany i sięgnąłem po szklankę. Po chwili namysłu odłożyłem ją jednak i
zacząłem pić whiskey prosto z gwinta.

0 komentarze:
Prześlij komentarz