Słodki Kruk i Książę Piekieł. Rozdział IX
Raven
Siedziałem przy biurku w swoim gabinecie i
lizałem świeżą ranę na nadgarstku, która powoli zaczynała się już zabliźniać.
Dosłownie przed chwilą nakarmiłem Cor kilkoma kroplami swojej demonicznej krwi
- chowaniec utrzymywał, że ma dla mnie jakąś interesującą wiadomość, poza tym
byłem mu to winny za parę zaległych przysług natury szpiegowskiej. Spoglądając
z zamyśleniem w ciemne, mądre oczy kruka, pogładziłem go delikatnie po
skrzydłach, uaktywniając łączącą nas telepatyczną więź. Niemal natychmiast w
mojej głowie zabrzmiał spokojny głos chowańca.
- Słyszałem, że w kręgu księcia Beliala
dzieją się nieprzyjemne rzeczy.
- Ach tak? - mruknąłem, starannie ukrywając
zainteresowanie. Cor przekrzywił głowę, patrząc na mnie z uwagą, po czym
kontynuował w podobnym tonie:
- Wszyscy są nieźle wystraszeni. Podobno
książę...
- Uwielbiasz rozsiewać plotki, czyż nie? -
przerwałem mu gwałtownie, odrywając się od rany i prostując na fotelu. - Skończ
już. Mam teraz inne rzeczy na głowie. - Przerzuciłem na drugi koniec biurka
stos dokumentów do podpisu i zacząłem przeglądać poranną korespondencję,
zerkając na ptaka ponaglająco. - Miałeś mi przekazać jakąś ważną informację.
Jeśli było nią bajdurzenie o wyczynach księcia Beliala, to najlepiej dla ciebie
byłoby, gdybyś opuścił mój gabinet. I to w trybie natychmiastowym.
Kruk zatrzepotał z irytacją swoimi ogromnymi
skrzydłami, ale ja zrobiłem tylko znudzoną minę, nic nie robiąc sobie z jego
popisów.
- A zatem? - zachęciłem go.
- Książę Lucyfer urządza bankiet.
Uniosłem lekko brwi i powróciłem do przeglądania
listów.
- Dlaczego zatem nie dostałem oficjalnego
zaproszenia?
- Otrzymasz je dopiero za kilka dni.
- I ty, rzecz jasna, wiesz o wszystkim z
wyprzedzeniem?
Gdyby kruk umiał się tajemniczo uśmiechać, nie
wątpię, że właśnie w tej chwili by to uczynił.
- Kto oprócz mnie jest zaproszony? - rzuciłem od
niechcenia, wpatrując się intensywnie w jakiś szczególnie niechlujnie napisany
raport. Oj, chyba poleci dzisiaj parę rogatych głów, słowo daję.
- Ci co zwykle. Wiecznie nadęta śmietanka
towarzyska Piekła. I parę sukkubów w charakterze wątpliwej rozrywki.
- Zapewne najwyżej postawieni też się tam
pojawią - wymamrotałem, odgarniając za ucho parę nieposłusznych kosmyków moich
długich włosów. Nagle jakoś straciłem zainteresowanie dokumentami. Wyglądało na
to, że spotkam na tym bankiecie paru starych i nowych znajomych, których widok
nie sprawi mi najmniejszej przyjemności. Ale czymże są takie drobnostki wobec
perspektywy zobaczenia się z moim panem, którego nie widziałem od wielu
bolesnych tygodni?
Spoglądając z uśmiechem na stojącego nieruchomo
kruka, pogładziłem go po skrzydłach i zacytowałem mu poważnym tonem fragment
naszego ulubionego wiersza:
- Szklanym wzrokiem w dal wpatrzony, niczym
demon rozmarzony;
Na podłogę cień dziobaty rzuca lampy złota kruż,
Cień, co duszę mą nieszczęsną, jak posępny srogi
stróż,
Więzić będzie...
- ...Zawsze już - dokończył Cor. - Czyżbyś
miał w planach dręczenie nieszczęsnej duszyczki pewnego pisarza, którego tak
sprytnie opętałeś przeszło dwieście lat temu? - spytał po chwili,
rozkładając szeroko swoje ogromne, czarne jak noc skrzydła.
- Skądże znowu - skłamałem gładko, po czym
wstałem z fotela i otworzyłem okno. - A teraz już leć. Muszę jeszcze chwilę
popracować.
- Chyba pomyśleć o zabarwionych na
niebiesko oczach pewnego rozpustnego księcia - zakpił kruk, gdy tylko
znalazł się w powietrzu, poza zasięgiem moich dłoni. Syknąłem gniewnie, marząc
w tej chwili tylko o tym, by wyrwać bezczelnemu zwierzakowi parę piór z ogona. Kiedyś
dam ci nauczkę, niewdzięczniku, obiecałem mu w myślach, zatrzaskując ze złością
okno.
Kilka
dni później.
Dzisiejszego wieczoru postawiłem na czerń i
wszystko, co na sobie miałem, było w tym kolorze - doskonale skrojony,
trzyczęściowy garnitur, jedwabna koszula i krawat. Jedyny wyjątek stanowiła
srebrna biżuteria – fantazyjny piercing w uchu i kilka pierścieni na palcach.
Nic wyszukanego, aczkolwiek całkiem dobrze komponowało się to z moją jasną
skórą, szarymi oczami i długimi, ciemnymi włosami, opadającymi niedbale na
ramiona i plecy. Przystanąłem przed ogromnym lustrem w pałacowym korytarzu i
przyjrzałem się sobie krytycznie, przygryzając lekko dolną wargę. Chyba
wszystko było w porządku. Odetchnąłem głęboko i strzepnąłem z klapy marynarki
jakiś drobny pyłek, przygotowując się psychicznie do wkroczenia na salę
wypełnioną przedstawicielami piekielnej arystokracji. Rzecz jasna, nie
żałowałem tego, że się tu pojawiłem, było jednakże parę spraw, które napawały
mnie dużo mniejszym optymizmem. Z pewnym niepokojem przywołałem w myślach
wspomnienia ostatniego bankietu, kiedy to Lilith usiłowała mnie przekonać, bym
przekwalifikował się na inkuba. Wzdrygnąłem się z niesmakiem. Jakkolwiek nie
było w Piekle osoby, która znaczyłaby dla mnie więcej niż Lucyfer, tak wobec
jego szanownej małżonki starałem się trzymać na duży dystans. Przy czym
"starałem się nieudolnie" byłoby chyba znacznie lepszym określeniem,
jako że rzadko kiedy udawało mi się wyrwać z jej zachłannych pazurów. Znając
życie, dzisiaj znowu czeka mnie powtórka z rozmów przesyconych mało subtelnymi
seksualnymi aluzjami i zachwytami na temat tych małych, nieznośnych ratlerków,
których całe tabuny kręciły się ostatnimi czasy po Piekle. "Adamie, coś mi
chyba wpadło za dekolt, mógłbyś mi pomóc to wyciągnąć? Och, nie patrz z takim
strachem na mojego męża, przecież nie będziesz mnie dotykał w nieodpowiednich
miejscach, czyż nie? Adamie, spójrz, to jest mój nowy ulubieniec, chyba cię
polubił! Rafuś, poliż Adama po twarzy, on tak kocha pieski! Adamie, a może
chciałbyś, żeby ktoś inny cię... polizał? I to nie tylko po twarzy?"
Westchnąłem z rozpaczą, ale postanowiłem wziąć się w garść. Dla Lucyfera mogłem
znieść wszystko, nawet to. Dopóki był tam ze mną, nic innego się nie liczyło,
prawda? Wkroczyłem pewnie na salę, ignorując skupione na mnie zaciekawione
spojrzenia, po czym od razu skierowałem się do miejsca, w którym siedział
Lucyfer.
- Panie mój. - Nie ośmielając się spojrzeć mu w
oczy, przykląkłem na jego kolano i położyłem dłoń na piersi w niemym geście
uwielbienia.
- Wstań, Adamie - powiedział łaskawie Lucyfer.
Podniosłem się powoli, wpatrując się w niego zachłannie. Ciekawe, czy tak
właśnie czują się aniołowie, gdy spoglądają w oblicze Najwyższego, przemknęło
mi przez głowę, po czym od razu zrugałem się za te niedorzeczne myśli. Bzdura. Na
pewno nie czują aż tak ogromnej ekstazy i szczęścia jak ja, gdy patrzę na mego
jedynego pana, stwierdziłem. A warto wspomnieć, że Lucyfer zawsze przyciąga
pełne zachwytu spojrzenia, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, którzy są wprost
oczarowani przeklętym pięknem upadłego anioła. Smukła i pełna gracji sylwetka,
podkreślona eleganckim strojem. Długie, jasne włosy spływające lśniącą kaskadą
na ramiona i plecy. Piękna twarz o wąskim nosie, idealnie wykrojonych ustach i
wysokich kościach policzkowych. Błękitne oczy w kształcie migdałów,
spoglądające na wszystko i wszystkich z należną stanowisku mego pana dumą i
wyniosłością.
Gwiazda Zaranna. Niosący Światło. Twoje imię tak
bardzo do ciebie pasuje. Mój stworzycielu, mój jedyny panie, ty, który spętałeś
mnie żelazną siłą swojej woli, bym już zawsze stał wiernie u twego boku. Nigdy
cię nie zdradzę. Wskoczę za tobą w ogień i pójdę na sam koniec świata. Jestem
twój, od zawsze i na zawsze. W moich oczach mimowolnie stanęły łzy.
- Tak bardzo tęskniłem, panie - wyszeptałem, po
czym zbliżyłem się i przywarłem ustami do jego dłoni, obdarzając ją pełnym uwielbienia
pocałunkiem.
Belial
Przeglądałem się w lustrze po raz ostatni przed
wyjściem. Nie było mi spieszno na ten cały pożal się Szatanie bankiet,
zwłaszcza, że już i tak byłem solidnie spóźniony. Poprawiłem mankiety
olśniewająco białej koszuli i rozluźniłem odrobinę wąski, czarny, skórzany
krawat. Przyjrzałem się krytycznie czarnemu garniturowi z atłasu. No cóż, nie
mogłem mu nic zarzucić, był idealnie skrojony. Ale i tak wolałbym swoje
skórzane spodnie. Prysnąłem Hugo Bossem w powietrze i wszedłem w tę mgiełkę
zapachu, który od razu szczelnie do mnie przyległ. Sprawdziłem, czy mam w
kieszeni uzupełnioną papierośnicę (miałem) i stwierdziłem, że dłużej tej farsy
nie wypada mi odwlekać. Westchnąłem ciężko i teleportowałem się do pałacu
Lucyfera.
Kiedy z trzaskiem zmaterializowałem się w holu,
od razu obległ mnie tłum sukkubów. I jeden zazdrosny moim powodzeniem
zmanierowany inkub (ej, koleś, nie słyszałeś, że mamy już dwudziesty pierwszy
wiek? pozbądź się lepiej tych lampasów i pantalonów!). Z przyklejonym do twarzy
czarującym uśmiechem numer trzynaście udałem, ze jest mi niewymownie przykro,
ale obowiązki wzywają i same panie wiedzą... Z ulgą czym prędzej się oddaliłem
od tego towarzystwa.
Wszedłem na salę, rozglądając się uważnie. Nie,
żebym kogoś wypatrywał... Ot, małe rozpoznanie terenu. Mimo mojej wzmożonej
czujności nie udało mi się uniknąć spotkania z Lilith. W pewnej chwili poczułem
ostry, cytrusowy zapach jej perfum. I zanim zdążyłem się ulotnić, już wbijała
mi te swoje długie pazury w przedramię.
- Och, Belialu, nareszcie jesteś! - powiedziała
kuszącym w jej mniemaniu głosem. Jeśli o mnie idzie, był po prostu modulowany i
już. - Gdzieś ty się tak długo podziewał? Już myślałam, że całkiem o mnie
zapomniałeś! - kontynuowała swoją tyradę, tym razem głosem rozkapryszonej
dziewczynki. I głos ten ani trochę nie pasował do faktu, że kobieta właśnie
złapała mnie za tyłek.
- Witaj, Sukkubino Lilith Białolica, Małżonko
Lucyfera - przywitałem się oficjalnie i niemal automatycznie zdjąłem jej rękę z
moich pośladków.
- Co tak sztywno? - zapytała i zrobiła
naburmuszoną minę. Zaraz potem roześmiała się i przysunęła do mnie, ocierając
się swoimi wielkimi piersiami o moje ramię. - A może inne rejony też już masz
sztywne? Może mogłabym ci ulżyć w cierpieniu, mój uroczy buntowniku... -
powiedziała oblizując wargi i trzepocząc nienaturalnie długimi rzęsami.
Ja pierdolę. Kiedyś specjalnie ją zaciągnę do
łóżka i tak przećwiczę, że do końca tej swojej jebanej egzystencji nie będzie
miała ochoty na seks. Ha. Wór na głowę i za ojczyznę.
- Jak zwykle jesteś urocza - odparłem z szerokim
uśmiechem. - O, spójrz, czy to przypadkiem nie Astaroth do ciebie macha? -
udałem zainteresowanie, a gdy tylko sukkub się odwrócił, natychmiast się
teleportowałem na drugi koniec sali i głośno zakląłem, bo któryś z tych kurduplastych
czworonogów zaczął mnie obwąchiwać. A potem obwarkiwać.
Parsknąłem na niego jak kot i dopiero po chwili
się zorientowałem, że ktoś przygląda mi się z rozbawieniem. - Cześć, Levi -
przywitałem się flegmatycznie z Leviatanem. Książę Zachodniego Piekła tylko
skinął mi głową i wrócił do obżerania się smakołykami z suto zastawionego
stołu. Rozejrzałem się dyskretnie, czy przypadkiem nikt inny mi się teraz nie
przypatruje, i cicho pogwizdując, kopnąłem psa tak mocno, że z piskiem wyleciał
przez okno. Spacerkiem oddaliłem się z miejsca zbrodni, nie zważając na
zaskoczone spojrzenia demonów.
W końcu dostrzegłem sprawcę tego całego
zamieszania i natychmiast do niego podszedłem. Akurat rozmawiał z rudowłosym
Samaelem, do którego kiedyś miałem słabość. Słabość owa przeszła mi
natychmiast, gdy podczas orgazmu jego oczy przybrały swój naturalny, wężowy
wygląd.
- Siema. Lucek, masz do mnie jakąś sprawę? Bo
wiesz, bez urazy i tak dalej, ale chętnie już bym stąd poszedł - wyszeptałem mu
na ucho.
Lucyfer uśmiechnął się nieznacznie.
- Poczekaj, to będzie wielkie wydarzenie.
Zamierzam dziś ogłosić Piekłu wielką nowinę - powiedział uroczyście, a ja
natychmiast zmarkotniałem. Kiedy wpadał w ten swój pompatyczny ton, mógłby
trwać najazd smoków a ten dalej by trwał w swoim postanowieniu. - Chodź,
usiądziemy sobie na podwyższeniu, to nikt niepożądany nie będzie cię zaczepiał
- dodał puszczając do mnie oko.
Słowo daję, czasem miałem wrażenie, że koleś
mimo wszystko zdaje sobie sprawę z poczynań swojej uroczej żony.
Podążyłem za nim i usiadłem na jednym z pięciu
ozdobnych foteli. Po jednym dla każdego z głównych książąt, do tego bonus,
zapewne dla Lilith. Postarałem się, by siedzieć z brzegu, żeby przypadkiem nie
mogła się zainstalować obok mnie.
Przez parę minut słuchałem znudzony nowinek z
piekła rodem, które wyrzucał z siebie Lucyfer. Głowę oparłem na ręce i bawiłem
się jednym ze swoich rogów, a wzrok miałem utkwiony w podłodze, dlatego też nie
od razu zorientowałem się, co się dzieje. Zaniepokoiło mnie dopiero milczenie
Lucka. Wgapiał się w jakąś klęczącą przed nim postać, która wyglądała dziwnie
znajomo.
- Panie mój - usłyszałem i drgnąłem. Co
kurwa...? Czy to jest...?
- Wstań, Adamie - powiedział pobłażliwie
Lucyfer.
Patrzyłem z osłupieniem, jak Raven wstaje i wpatruje
się w demona z tak wielkim uwielbieniem wypisanym na twarzy, że aż mnie coś
ścisnęło w środku.
- Tak bardzo tęskniłem, panie - wyszeptał mój
kochanek i... pocałował Lucyfera w rękę?! O CHUJ TU CHODZI?!
- Ja za tobą również, ale już wystarczy tych
czułości, demony patrzą - powiedział z uśmiechem blondyn.
Patrzyłem na to wszystko z coraz większym
zdezorientowaniem, zwłaszcza, że nagle otoczenie nabrało niebieskich barw, a ja
dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że to nie zasługa spektakularnej
zmiany oświetlenia, tylko moich wykrwawiających się błękitem oczu. I dopiero
wtedy zrozumiałem, jak bardzo jestem całą tą sytuacją wkurwiony.
- Beliarze, chciałbym ci przedstawić... - zaczął
Lucyfer, ale gdy na mnie spojrzał, momentalnie zamilkł.
- Nie musisz, doskonale się z Kruczkiem znamy -
odparłem przesadnie słodko, a wszystkie demony, które stały w pobliżu,
natychmiast zaczęły się oddalać od podwyższenia, jakby wyczuwając, jak bardzo
jestem wściekły, i że w takim stanie mogę być bardzo niebezpieczny. Raven
natomiast tylko drgnął, słysząc moje słowa, i spojrzał na mnie tymi swoimi
wielkimi ślepiami, które po chwili stały się jeszcze większe, prawdopodobnie z
zaskoczenia. - A teraz, jeśli wybaczysz, chciałbym przez chwilę porozmawiać z
twoim... Adamem - dokończyłem wypranym z emocji głosem. Temu spokojowi przeczył
jednak lodowaty blask moich oczu, wciąż oświetlający najbliższe otoczenie.
Zanim któryś z demonów zdążył zareagować,
poderwałem się z miejsca i z przesadną delikatnością ująłem nadgarstek Ravena,
a potem bez słowa zacząłem prowadzić go w jakieś bardziej ustronne miejsce.
- Idioto, puszczaj mnie, muszę wracać do mojego
pana! - zawołał. Błyskawicznie się odwróciłem.
- I wrócisz. Później. Może - powiedziałem bardzo
cicho, świdrując go spojrzeniem. Chciałem powiedzieć coś jeszcze, ale nagle
poczułem, jak ktoś mi wskakuje na plecy i zaczyna krzyczeć moje imię.
Otworzyłem szeroko oczy, a zdumienie zaczęło wygaszać błękit moich tęczówek.
Bezwiednie puściłem rękę Adama.
- Mircalla? - wyszeptałem zszokowany i
odwróciłem głowę, a do mojego policzka natychmiast przywarły małe, dziecięce
usteczka. - Co ty tu robisz? Jak...? Kto cię tu wpuścił...?
- Och, Belusiu, jak zawsze tyle pytań! -
wyszczebiotała dziewczynka i mocniej się do mnie przytuliła, próbując przy
okazji przenieść się z pleców na moją klatkę piersiową, co przy tak pełnej
falbanek długiej sukni nie było wcale proste.
Automatycznie wziąłem Mircallę na ręce, a ona
znów się we mnie wtuliła. - Lucyfer mnie zaprosił. Powiedział, że to taki gest
pojednania z tobą - powiedziała poważnym, niepasującym do wyglądu
trzynastoletniej lolitki głosem. - Tak się za tobą stęskniłam! - zawołała.
- Ja za tobą też - odparłem cicho i mocniej
uścisnąłem to dziecięce ciałko, a potem ze śmiechem okręciłem się parokrotnie
dookoła własnej osi, wywołując tym salwę słodkiego śmiechu dziewczynki. Dół jej
sukni zafurkotał, a jej długie, jasnoblond loki zafalowały w powietrzu. Kiedy
się zatrzymałem, mój wzrok padł na milczącego Ravena, który przyglądał się temu
zajściu z nieodgadnioną miną. I zaraz znów wezbrał we mnie gniew. - Widzisz, ma
petite, to nie jest najlepsza chwila. Pozwolisz, że na moment cię opuszczę?
Obiecuję, że zaraz wracam - powiedziałem miękko, jednak przez cały czas patrzyłem
przy tym Adamowi w oczy. Postawiłem dziewczynkę na ziemi, a ona od razu
odwróciła się i podążyła wzrokiem za moim spojrzeniem.
- Oczywiście, mon ami - powiedziała poważnie i zniknęła w tłumie.

0 komentarze:
Prześlij komentarz