Słodki Kruk i Książę Piekieł. Rozdział XI
Raven
Warknąłem gniewnie w reakcji na śmiałe
poczynania Beliala.
– Och, wydaje mi się, że wskutek naszego
ostatniego spotkania odniosłeś mylne wrażenie, iż jestem bardzo potulny i
uległy – syknąłem cicho w jego kierunku. Byłem już cholernie podniecony zarówno
naszą wcześniejszą szamotaniną, jak i bliskością demona (dlaczego, no dlaczego
on zawsze tak na mnie działa?!), ale nie miałem zamiaru dać tego po sobie
poznać. Zacisnąłem zęby z mocnym postanowieniem, by nie wydać z siebie nawet
najlżejszego jęku czy westchnięcia. Jeszcze tylko tego by brakowało, bym miał
karmić jego wybujałe ego przekonaniem, iż zawsze może robić wszystko, na co
tylko przyjdzie mu ochota. – Słyszałeś, idioto? Nie dam się ponownie opętać...
nie dam się zniewolić – warknąłem. Język demona zsunął się powoli na moją
szyję. Z każdą sekundą coraz bardziej traciłem nad sobą kontrolę, co ani trochę
mi się nie podobało. – To ja... to ja decyduję o tym, komu mam ochotę się
poddać – wydyszałem słabnącym głosem. Nacisk dłoni Beliala na moich
nadgarstkach był bolesny, byłem jednak szalenie wdzięczny, że tak mocno mnie
trzyma. Gdyby było inaczej, zapewne osunąłbym się na ziemię; tak bardzo drżały
mi kolana. Mój zaślepiony pożądaniem umysł powoli przestawał racjonalnie
myśleć.
Belial
Wsunąłem wolną dłoń w jego bokserki i zacząłem
gładzić palcami jego podbrzusze, lecz wciąż uparcie omijając to najwrażliwsze
miejsce.
– Jeśli sugerować się tym, że właśnie ci
stoi, to chyba jednak nie za bardzo decydujesz – zaszydziłem. Kontynuując lizanie
szyi, zdarłem z niego bieliznę, a potem rozpiąłem swoje spodnie i zacząłem
ocierać się penisem o jego pośladki. Byłem odrobinę zaskoczony faktem, że tym
razem z ust demona nie dobywają się żadne namiętne dźwięki. Jednak to gniew był
emocją, która mną tym razem kierowała, a ten jego głupi upór jeszcze tylko
dolewał oliwy do ognia. – Ach, więc dzisiaj z tym walczymy, co? Dla mnie nawet
lepiej – zaśmiałem się cicho.
Przesunąłem się nieco w bok, ująłem w dłoń jego
podbródek i stanowczym gestem zmusiłem Ravena, by na mnie spojrzał. Gdyby był
człowiekiem, coś takiego pewnie skręciłoby mu kark. Na szczęście demony są
o wiele wytrzymalsze. Uśmiechnąłem się, obnażając kły. – Nie zamierzam
bawić się w opętywanie czy zniewalanie. Przecież ktoś inny już to zrobił –
zadrwiłem, nie bez goryczy zresztą. Przez ułamek sekundy obserwowałem
zmieniający się wyraz jego twarzy, a następnie liznąłem go po policzku. – Ale
wiesz – szepnąłem – dzisiaj zamierzam cię po prostu zerżnąć.
Zaraz po tych słowach wszedłem w niego, brutalnie
i tak głęboko, jak tylko się dało to zrobić bez przygotowania.
Raven
– Ktoś inny to zrobił? O co ci... –
zacząłem, ale już po chwili wrzasnąłem z bólu, gdy wszedł we mnie tak
niespodziewanie, mocno i brutalnie, jakby chciał mnie rozerwać, sprawić mi tyle
cierpienia, ile to tylko było możliwe. Po chwili poruszył się w moim wnętrzu,
wchodząc jeszcze głębiej; moje usta opuścił kolejny krzyk. I jeszcze następny.
Po moich policzkach spłynęło kilka nieposłusznych łez, ale niemal natychmiast
się opanowałem i skierowałem rozwścieczony wzrok na jaśniejące błękitem
tęczówki Beliala.
– Pojebało cię?! – wydarłem się na niego,
usiłując za wszelką cenę wyzwolić się z jego silnego uścisku. – To boli,
popaprańcu! Przestań, słyszysz?! – Szarpnąłem się jeszcze raz, ale demon tylko
warknął i nabił mnie na swoją męskość jeszcze mocniej, wyduszając z mojego
gardła kolejny ochrypły krzyk. Ból był tak przenikliwy, że pragnąc go jakoś
zagłuszyć, przygryzłem sobie wargę aż do krwi. Po mojej brodzie i szyi spłynęła
ciepła, czerwona strużka, mieszając się ze łzami, które wciąż nie chciały
przestać płynąć z moich oczu. Zacisnąłem powieki, opierając się czołem o zimną
ścianę i poddając biernie poczynaniom Beliala. Nie mogłem nic zrobić. Byłem
całkowicie bezsilny.
Belial
Wchodziłem w niego coraz szybciej i z taką siłą,
że przez moment krótszy niż ułamek sekundy czułem lekką obawę, czy aby czasem
nie uszkodzę go nieodwracalnie. Jednak raz dawszy upust swojej furii i
frustracji, w którą wpędzał mnie ten demon, nie umiałem przestać. Nie było już
odwrotu. I pewna mroczniejsza część mnie nawet go nie chciała.
Zacisnąłem mocniej palce na biodrze Ravena,
wbijając w jego ciało paznokcie i zostawiając mu na skórze małe wgłębienia w
kształcie półksiężyców, które wkrótce nabiegły krwią. Wpychałem się w niego,
jakbym chciał przewiercić go na wylot, dając tym samym żałośnie czytelny znak:
„mój, albo niczyj inny!”, w tej chwili jednak nic mnie to nie obchodziło. Ze
świadomości tego, jaki jest bezsilny i zdany na moją łaskę, czerpałem pewną
perwersyjną przyjemność, niemal dorównującą tej cielesnej. Hol wypełniały
odgłosy mojego ciała uderzającego o jego ciało, mojego ciężkiego oddechu i jego
łkań. Już nie krzyczał; i fakt ten tylko podsycał moją złość.
Ostatni raz pchnąłem, używając jeszcze więcej
siły i wydobywając w ten sposób jeszcze jeden krzyk z gardła demona, i
doszedłem w jego wnętrzu, nie dając się ponieść fali rozkoszy i nie artykułując
swojego spełnienia. Odsunąłem się nieznacznie, a Raven dosłownie zawisł na
mojej ręce, natychmiast więc przysunąłem się z powrotem, podtrzymując go
naciskiem swoich bioder.
– Jakiś potulny i uległy się nagle zrobiłeś
– syknąłem, nadal wściekły. Nie doczekałem się jednak odpowiedzi, chyba że za
takową można uznać cichy jęk. O, nie, tak nie będzie. Jeszcze z tobą nie
skończyłem!
Docisnąłem mężczyznę do ściany, przylegając
ściśle klatką piersiową do jego pleców; moje usta znajdowały się tuż przy jego
lewym uchu. Jedną dłonią przesuwałem po trzonie jego penisa, a po dłuższej
chwili moich starań zaczął on w końcu rosnąć. Puściłem jego nadgarstki i
objąłem go w pasie, cały czas napierając na górną część jego ciała i dbając o
to, by nie mógł się wyrwać. Moja ręka wędrowała po całej długości jego erekcji
coraz szybciej, w iście demonicznym tempie, i to w końcu wywołało jakąś żywszą
reakcję. Raven pojękiwał, a ja słuchałem tego z wyraźną satysfakcją.
– Dlaczego wciąż nazywasz mnie idiotą? –
warknąłem niespodziewanie. – Dlaczego mnie zwodzisz? Dlaczego to Lucyfer ma u
ciebie szczególne względy, a nie ja?! – to ostatnie niemal wykrzyczałem. I w
tej samej chwili poczułem, że członek Ravena sztywnieje jeszcze bardziej i że
lada moment będzie po wszystkim. – Nie pozwolę na to! – krzyknąłem rozjuszony i
od razu zabrałem dłoń, jakby parzyło mnie to, co w niej trzymałem. – Dochodząc,
będziesz na mnie patrzył! – zawołałem.
Odwróciłem go przodem do siebie i dopiero w tej
chwili zdałem sobie sprawę z tego, że od zagryzania warg ma całą zakrwawioną
twarz. Podłożyłem jedną rękę pod jego plecy, a drugą kontynuowałem to, co przed
chwilą przerwałem.
– Otwórz oczy – powiedziałem stanowczo tuż
przy jego twarzy. O dziwo, posłuchał mnie. Patrząc z tak niewielkiej odległości
w jego niesamowite oczy, czując zapach jego krwi zaledwie parę centymetrów od
moich ust, słysząc jego ciche jęki – po prostu nie umiałem się powstrzymać,
niemal automatycznie złączyłem nasze wargi w pocałunku. Nie trwał on jednak
długo, bo natychmiast głód jego ust przerodził się we mnie w głód jego krwi,
którą też zacząłem od razu zlizywać. Kiedy dotarłem do niewielkiego,
pulsującego zagłębienia u dołu jego szyi i już miałem wbić w to kuszące ciało
swoje kły, ciało Ravena napięło się, a na dłoni poczułem ciepło spływającej
cieczy.
Raven
– Dlaczego Lucyfer ma u mnie szczególne
względy? – powtórzyłem z niedowierzaniem, po czym jęknąłem przeciągle, gdy
Belial wzmocnił uścisk dłoni na mojej pobudzonej męskości. Zmysłowy dotyk
demona doprowadzał mnie do szaleństwa, ale jego natarczywe pytania wciąż
nurtowały mój pogrążony w chaosie umysł, nie pozwalając na całkowite zanurzenie
się w przyjemności. Dlaczego tak bardzo zależy ci na odpowiedzi? Czyżbyś
nie wiedział, że... – Och, naprawdę jesteś aż tak głupi? – wydyszałem
cicho, ale Belial chyba nie usłyszał moich słów, a ja także wkrótce o nich
zapomniałem, pochłonięty bez reszty odczuwaniem rozkoszy, jaką mi dawał. Kiedy
nasze usta złączyły się w głębokim, namiętnym pocałunku, moje ciało przeszył
kolejny, jeszcze intensywniejszy dreszcz przyjemności. Jego zwinny język,
zlizujący krew z moich rozchylonych warg; to wspaniałe ciało, napierające na
moje z siłą i władczością, której nie potrafiłem się przeciwstawić; pragnąłem
wręcz stać się jeszcze bardziej uległy, trwać w tych niewzruszonych ramionach
do końca świata, dopóki tylko będą chciały mnie trzymać... Tak bardzo chcę
być twój! A jednak... pewna część mnie przekornie broniła się przed
całkowitym poddaniem... ta drobna, kłująca iskra buntu, która wybuchła we mnie
niepohamowanym płomieniem wraz z unicestwiającym moje ciało orgazmem.
Dochodząc, spoglądałem w oczy Beliala, ale moje przewrotne myśli uciekały do
widoku innych niebieskich tęczówek; tych, w których nigdy nie widziałem
najlżejszego nawet cienia pożądania; tych, których mimo wszystko tak bardzo
pragnąłem.
Tych, które zawsze jawią się w moich
wspomnieniach wypełnione bezbrzeżną pustką i rozpaczą.
Kiedy wydałem z siebie ostatni krzyk rozkoszy,
Belial puścił mnie tak szybko i gwałtownie, że osunąłem się bezwładnie na
podłogę. Po nieskończenie długiej chwili, kiedy w końcu udało mi się złapać
oddech i uspokoić szalone bicie serca, rozchyliłem niepewnie powieki. Po moich
policzkach spłynęło kilka zapomnianych łez, ale nie zwróciłem na to
najmniejszej uwagi.
– I co, jesteś teraz z siebie zadowolony? –
spytałem lekko zachrypniętym głosem, wpatrując się uparcie w twarz Beliala,
chociaż i tak nie mogłem dostrzec zbyt wiele w otaczającym nas mroku. – Możesz
posiąść moje ciało setki razy, ale nigdy nie zdobędziesz niczego więcej –
wyszeptałem ze złością, chociaż doskonale zdawałem sobie sprawę, jak bardzo
moje słowa mijają się z prawdą. Powoli podniosłem się z podłogi, ubierając
jednocześnie bokserki i spodnie, ale wciąż nie miałem w sobie dość siły, by
odsunąć się od ściany i odejść w kierunku sali bankietowej; trwałem więc w
bezruchu, obserwując uważnie ciemną sylwetkę swojego kochanka.
Belial
Opierałem się o przeciwległą ścianę,
wygłodniałym wzrokiem obserwując powolne ruchy demona i słuchając gorzkich
słów, które wydobywały się z jego ust. Kiedy w końcu zamilkł, zacząłem się
śmiać, ale po kilku sekundach momentalnie spoważniałem, a mój śmiech ucichł jak
ucięty nożem.
– Nie, nie jestem z siebie zadowolony –
warknąłem. – Nigdy nie jestem z siebie zadowolony, głupcze. A już najmniej w
tej chwili! – wykrzyczałem i, sam nie wiedząc kiedy i jak, momentalnie
znalazłem się znów tuż przy nim, jakby ten piękny, wiecznie wyniosły mężczyzna
wytwarzał jakieś dziwne pole grawitacyjne, które mnie do niego przyciągało.
Położyłem dłonie na ścianie po obu stronach
twarzy Ravena.
– Nawet... – zacząłem, ale zamiast
dokończyć, odwróciłem głowę w prawą stronę, zakląłem soczyście i walnąłem
pięścią w gładką taflę, aż posypał się tynk. Powoli odwróciłem się znów i
spojrzałem demonowi w oczy, widząc z tej niewielkiej odległości bardzo
dokładnie, jak zwężają mu się źrenice. Ze strachu czy w reakcji na światło
wydobywające się z moich tęczówek?
– Jeśli nie mogę cię mieć, to może on też
nie powinien – powiedziałem z pozornym spokojem. – Jak myślisz, może powinienem
go zabić? I tak od wieków jest dla mnie tylko jak wrzód na dupie. Albo nie,
czekaj – dodałem szybko, gdy mężczyzna zaczął odpowiadać. – Może powinienem go
uwieść – powiedziałem z namysłem, przenosząc swój wzrok na sufit. Po krótkiej
chwili wróciłem spojrzeniem do twarzy Ravena, próbując odczytać jego minę, ale
– jak zawsze w przypadku tego mężczyzny – bez skutku. Przysunąłem się bliżej,
tak, że mogłem poczuć na swoich ustach jego nieznacznie przyspieszony oddech. –
Jak sądzisz, powinienem to zrobić? – szepnąłem. – Może gdy on zapomni o tobie,
ty również o nim zapomnisz? – powiedziałem, kusząc go tonem głosu, jakbym
składał obietnicę, po czym musnąłem jego policzek. – To nie powinno być
trudne... Lucyfer jest z Lilith, bo trzyma się jakichś niedorzecznych zasad,
które sam sobie wymyślił, ale jej nie kocha – wyszeptałem z wargami czule
przyciśniętymi do jego ucha. – Co byś mi radził, ptaszyno? – dokończyłem
miękko.
Raven
Uwieść, tak? Zapomni o mnie? Rzygać mi się
chciało od tych bredni.
– Pierdolisz jak potłuczony – warknąłem z
wściekłością. Nim Belial zdążył się zdziwić, chwyciłem go mocno za krawat i
przyciągnąłem w swoją stronę, jednocześnie obnażając kły w pełnym furii
grymasie. – Chcesz rady? Dobrze, dostaniesz ją. – Wzmocniłem uchwyt na śliskim
materiale, palce drugiej dłoni zaciskając na gorsie koszuli Beliala. Demon
spojrzał na mnie spode łba, ale nie zrobił nic ponadto; nie próbował nawet
wyrwać się z mojego uścisku. Ta dziwna, niepasująca do jego charakteru bierność
rozjuszyła mnie jeszcze bardziej. Zmrużyłem lekko oczy.
– Słuchaj mnie uważnie, bo nie będę dwa razy
powtarzał. – Mój głos z powodu tłumionej wściekłości brzmiał niżej i bardziej
gardłowo niż zazwyczaj. – Tylko spróbuj mu coś zrobić. Tylko spróbuj –
powtórzyłem dobitnie, przysuwając się jeszcze bliżej do jego twarzy. Nasze
wargi niemal się ze sobą stykały. – Zabiję cię, słyszysz? – wysyczałem prosto w
jego usta. – Zabiję cię, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jaką zrobię
w życiu! – krzyknąłem. Po tych ostatnich, pełnych złości słowach zapadło między
nami nagłe milczenie. Belial obserwował mnie z irytująco nieodgadnionym wyrazem
twarzy, ja zaś wpatrywałem się intensywnie w jego rozjarzone błękitem tęczówki. Wściekłość,
zazdrość, rozbawienie...? Co się w nich kryje, książę? Ach, mam dosyć tej
cholernej niepewności! Jeśli nic mi nie powiesz, wezmę to co zechcę wprost
twojego umysłu! Już miałem ponownie otworzyć usta, by rzucić jakimś pogardliwym
komentarzem, gdy nagle ten obłędny, hipnotyzujący błękit przysłonił całe moje
pole widzenia. Jednocześnie poczułem, jak demon rozpaczliwie wpija się swoimi
wargami w moje, obdarzając je głębokim, zaborczym pocałunkiem.

0 komentarze:
Prześlij komentarz