Słodki Kruk i Książę Piekieł. Rozdział X
Raven
Obserwowałem tę uroczą scenkę bez specjalnego zainteresowania,
spoglądając kątem oka na Lucyfera. Panie mój, wyratuj mnie z krwiożerczych
łap tego szaleńca, któremu przy innych demonach muszę okazywać (nie)należyty
szacunek! Kiedy dziecko w końcu się oddaliło, poczęstowałem się
kieliszkiem szampana z tacy przechodzącego obok nas kelnera i spojrzałem
niechętnie na Beliala.
– Cóż to za enfant terrible? –
spytałem głosem wręcz ociekającym drwiną. Oboje tak uroczo szczebiotali po
francusku, że i ja nie mogłem odmówić sobie przyjemności wypowiedzenia paru
słów w swoim ulubionym języku. – Twoja córka? – zagaiłem konwersacyjnym tonem,
pociągając z kieliszka niewielki łyk.
Belial
Zgarnąłem od przechodzącego kelnera dwa
kieliszki jakiegoś słabego alkoholu i od razu wypiłem ich zawartość duszkiem.
Dzięki spotkaniu Mircalii trochę się uspokoiłem, ale nadal byłem zbyt
wzburzony, by prowadzić normalną rozmowę, więc tylko zbyłem pytanie demona
wzruszeniem ramion.
– Nie chwaliłeś się, że jesteś z Lucyferem
w aż tak przyjaznych... stosunkach – powiedziałem niskim ze złości głosem i
zacząłem rozglądać się za kolejnym kelnerem, byle tylko nie patrzeć na Ravena.
Czułem, że jeśli na niego spojrzę, mogę się nie powstrzymać i zrobić mu coś
bolesnego, tu i teraz.
Raven
– Dlaczego aż tak się tym emocjonujesz? –
spytałem, wzruszając lekko ramionami. – Mówię ci, nabawisz się kiedyś nerwicy z
tym swoim narwanym charakterkiem – stwierdziłem, pociągając kolejny łyk z
kieliszka i rzucając szybkie spojrzenie w kierunku Lucyfera.
Po chwili znowu przeniosłem wzrok na stojącego
przede mną demona. – Swoją drogą, dobrze wyglądasz. Przyznam, że to całkiem
miła odmiana, zobaczyć cię w końcu w czymś, co nie byłoby skórzanymi spodniami
– mruknąłem, przesuwając uważnym spojrzeniem po jego eleganckim garniturze.
Belial
Spojrzałem na Ravena z niedowierzaniem.
– Dlaczego ja się tak emocjonuję?! –
powiedziałem podniesionym głosem. – Dla... Już ja ci powiem, dlaczego –
warknąłem. Złapałem demona wpół i teleportowałem nas do mieszkalnej części
pałacu Lucyfera, w której teraz było ciemno i pusto.
Zmaterializowaliśmy się w kompletnej ciemności,
ale dobrze znałem rozkład tego pomieszczenia. Znajdowaliśmy się w szerokim,
wyłożonym marmurem holu, a mówiąc ściślej – w ukrytej za załomem niszy. Mocno
pchnąłem Ravena na ścianę, aż odgłos jego pleców uderzających o mur rozniósł
się głośnym echem, po czym doskoczyłem do niego i zacisnąłem dłonie na jego
ramionach.
– A więc teraz sobie porozmawiamy. To jak
dobrze znasz Lucyfera?
Raven
Bezwiednie uniosłem dłonie, czując na ramionach
silny nacisk palców demona. Z moich ust wyrwał się cichy śmiech. Niezmiernie
bawiło mnie jego rozdrażnienie, nawet pomimo tego, że moja sytuacja nie
przedstawiała się w tym momencie zbyt wesoło.
– Gdyby nie fakt, że brak mi śmiałości na
wypowiedzenie takich słów... Powiedziałbym, że znam go lepiej, niż ktokolwiek –
wyszeptałem. – Niech jednak usatysfakcjonuje cię informacja, powszechnie
zresztą znana, że jestem jego najwierniejszym sługą. Doprawdy, twoje rzadkie i
krótkie odwiedziny w Piekle sprawiają, że od czasów Upadku nie jesteś na
bieżąco z nowinkami. – Uśmiechnąłem się krzywo i podniosłem wzrok na swojego
rozmówcę. W otaczających nas ciemnościach widziałem tylko niewyraźny zarys jego
głowy i złowrogi błękit tęczówek, które zdawały się przewiercać mnie na wylot.
– Spytam jeszcze raz, Belialu: dlaczego tak się tym emocjonujesz? Czyżbyś
rościł sobie prawo do rozporządzania moimi uczuciami? Czy może kryje się pod
tym... coś jeszcze?
Belial
Stłumiłem wzbierający w moich trzewiach warkot. Och,
jemu brak śmiałości? I jeszcze mówi to z tak rozbawioną miną? Dobre sobie! Odetchnąłem
głęboko, a po chwili przybliżyłem się do Ravena, jakbym chciał go objąć, i
rozluźniłem nieco uścisk dłoni na jego rękach.
– Zabawne, że wspominasz o wierności –
mruknąłem cicho z ustami przy jego uchu. Musnąłem wargami jego szyję, a potem
gwałtownie odsunąłem się w tył, puszczając go całkowicie. – To cóż to za
nowinki, które mnie ominęły? – zapytałem półgłosem z lekką kpiną, celowo
ignorując dalszą część jego wywodu. – Czyżbyś był... hmm... nie wiem, jak to
najlepiej nazwać, ale niech będzie... faworytą księcia Lucyfera?
Raven
Skrzyżowałem ramiona na piersi i spojrzałem na
niego krzywo, chociaż wątpię, by wyłapał to w mroku spowijającym hol.
– Tak, pieprzymy się z Lucyferem dzień i
noc – syknąłem tonem wręcz ociekającym sarkazmem, po czym westchnąłem
teatralnie. Szkoda, że w tamtej chwili nie mogłem zobaczyć jego miny; założę
się, że była przezabawna. – Zawsze myślisz tylko o jednym, co? Wyobraź sobie,
że istnieją na tym świecie relacje, które nie opierają się tylko i wyłącznie na
seksie. – Postąpiłem krok naprzód. – Dlaczego unikasz odpowiedzi na moje
wcześniejsze pytanie, książę?
Belial
– Hmm... Czy zawsze myślę tylko o jednym...
I tak, i nie – odpowiedziałem natychmiast, chcąc zatuszować tym lekką
dezorientację. Skoro się nie pieprzą, to całe to zajście w sali
bankietowej... Co to kurwa miało być? – Ale sam chyba najlepiej o tym
wiesz – kontynuowałem z uśmiechem. Przyglądałem się uważnie demonowi, ciesząc
się w tej chwili, że z kotami łączy mnie nie tylko niezależność, ale też i
zdolność widzenia w mroku. Raven wyglądał na zaciekawionego i dyskretnie
rozbawionego. Widok ten strasznie mnie irytował, miałem ochotę zetrzeć mu z twarzy
to krzywe spojrzenie. – Tak sobie rozmyślam nad twoimi słowami, i wiesz co?
Choć wyobraźnię mam naprawdę bujną, o ile nie wybujałą jak biust Lilith, to
naprawdę ciężko mi sobie wyimaginować taką relację u demonów – powiedziałem po
chwili i podszedłem do Adama. Tak jakby. Właściwie to po prostu go minąłem i
oparłem się plecami o ścianę. – Może zatem zechcesz mi naświetlić istotę swojej
interpretacji? – dokończyłem niedbale, wyjmując z wewnętrznej kieszeni
marynarki papierośnicę. Wydobyłem ze srebrnego pudełka papierosa i zatknąłem go
sobie w usta, a potem przypaliłem płomykiem przywołanym na czubek palca, tym
samym oświetlając przez chwilę swoją twarz. Zaciągnąłem się głęboko i
spojrzałem wyczekująco na demona.
Raven
– Wyimaginuj sobie zatem w tej swojej
rzekomo bujnej wyobraźni, iż nie każdy musi być równie prostolinijny jak ty –
warknąłem gniewnie, ale niemal natychmiast się uspokoiłem. Nie dam się
sprowokować. – Cóż, Belialu, stwierdzam z przykrością, że obca jest ci
piękna sztuka konwersacji. Nasza rozmowa w dosyć niebezpieczny sposób zaczęła
przypominać jednostronne przesłuchanie, czego jako wolny demon nie mam zamiaru
dłużej tolerować. – Wykrzywiłem usta w wyjątkowo wrednym uśmieszku, po czym
odwróciłem się na pięcie i skierowałem w stronę sali bankietowej. – Wybacz, że
cię opuszczam, ale chciałbym jeszcze chwilę porozmawiać z moim panem. Nie wiem
czy wiesz, ale szczególnie gustujemy... w języku francuskim – rzuciłem przez
ramię prowokacyjnym tonem, po czym zaśmiałem się cicho. – Żegnam.
Belial
Żarzący się w mojej dłoni papieros stanął w
ogniu, gdy przebrzmiały słowa wypowiedziane przez Ravena. I to niby mi się
wszystko kojarzy?! Oderwałem się od ściany i szybkim krokiem podążyłem za
oddalającym się demonem. Czy muszę mówić, że byłem wściekły? Tak cholernie
wkurwiony, że cały korytarz świecił się na niebiesko. Po krótkiej chwili
dogoniłem mężczyznę. Złapałem go za ramię i pociągnąłem za sobą z powrotem w
kierunku niszy, nie zważając na jego protesty.
– Ach, więc jestem prostolinijny? –
wymamrotałem. – To teraz porozmawiam z tobą w duchu mojej prooostolinijnooości
– sarknąłem przeciągając samogłoski i pchnąłem Ravena na ścianę. Natychmiast go
obróciłem, nie chcąc patrzeć na jego twarz. Te jego szydercze spojrzenia
naprawdę już mi działały na nerwy. – Masz rację, chyba faktycznie nie jestem
stworzony do prowadzenia z tobą konwersacji, za bardzo mnie wkurwiasz –
warknąłem i pociągnąłem go za włosy, a drugą dłonią unieruchomiłem jego
nadgarstki tuż nad jego wygiętą w tył głową. – Swoją drogą, strasznie jesteś
wobec Lucyfera służalczy i uniżony, jak na wolnego demona – rzuciłem z
wściekłością i puściłem jego włosy, w zastępstwie rozpinając jego rozporek. –
Przestań się wiercić, i tak ci nic to nie da – warknąłem, gdy zaczął się
wyrywać jeszcze energiczniej.
Chwilę później już miał opuszczone do połowy
spodnie, a po tej szamotaninie obaj mieliśmy przyspieszone oddechy. Przysunąłem
się do niego jeszcze bardziej, przygważdżając całym sobą jego ciało do zimnej
ściany. – Nie przepadam aż tak za francuskim. Jako prostolinijny demon chyba
wolę bardziej pierwotne metody porozumiewania się – powiedziałem słodko, a
potem ugryzłem go w ucho.

0 komentarze:
Prześlij komentarz