Słodki Kruk i Książę Piekieł. Rozdział XIII
Belial
Wstrzymałem oddech, gdy Raven na dłuższą chwilę
zatrzymał się przy mojej szyi. Do kogo modlą się diabły? Do kogo może zwrócić
się upadły anioł, gdy nic od niego nie zależy? Nigdy tego nie wiedziałem,
dlatego i teraz tylko w myślach uparcie powtarzałem jak mantrę: Nie rób
tego. Nie dawaj mi powodu do zwątpienia. Czułem jego ostre zęby, napierające na
moją skórę, i niemal się do niego modliłem. Choć taki krwawy pocałunek jest
ogromną przyjemnością dla obu stron, nie chciałem go w tej chwili. Tak bardzo
chciałem natomiast uwierzyć, że nie jestem dla Ravena tylko naczyniem z mocą.
I oto cud – rozkoszny dotyk jego języka znacznie
niżej! Połączenie niewysłowionej ulgi i ogromnej przyjemności wydarło ze mnie
jęk, zaraz jednak uciszony pocałunkiem. Ten wcześniejszy moment właściwie
niczym nieuzasadnionego strachu sprawił, że przestałem być tak gwałtowny.
Zataczałem powoli koła, od czasu do czasu ssąc język Ravena; przygryzając jego
dolną wargę coraz mocniej, jakbym testował wytrzymałość: jego na ból, lub swoją
– kiedy wreszcie stracę całą cierpliwość? To było jak stanie na krawędzi. Jeden
nieuważny ruch, i spadasz, wszystko przesądzone.
Położyłem dłonie na plecach Ravena. Niemal od
razu i bez udziału mojej woli ponownie zjechały w dół, do jego tak kuszących
pośladków, co wywołało cichy jęk z ust mężczyzny. I w tym momencie spadłem.
Zacząłem całować Adama zachłannie, a moje ręce z
równą zaborczością wędrowały po całym jego ciele: ugniatając, masując i
głaszcząc, aż wreszcie zawędrowały do rozporka jego spodni. Rozsunąłem zamek,
czyniąc z tego pieszczotę; całą dłonią przesuwałem po nabrzmiałym kroczu. Kiedy
po chwili ciało Ravena nie było już osłonięte żadną częścią garderoby, opadłem
na kolana i chwyciłem mocno jego wystające kości biodrowe. Zadarłem głowę do
góry, napotykając tym samym spojrzenie szeroko otwartych oczu o tęczówkach w
kolorze stali i opiłków żelaza. Uśmiechnąłem się szeroko i przymknąłem na
moment powieki.
– Ten raz będzie specjalnie dla ciebie –
powiedziałem najbardziej uwodzicielskim tonem, na jaki było mnie stać, gdy
ponownie otworzyłem oczy. Czułem, jak – który to już raz dzisiaj? – wykrwawiają
się lodowatym blaskiem, omiatając bladoniebieską poświatą wszystko w
najbliższym otoczeniu.
Pogładziłem kciukami zagłębienia, a potem
wzmocniłem uścisk dłoni. Powoli, niemal leniwie (choć w środku aż gotowałem się
z niecierpliwości!) zbliżyłem się do wzniesionego erekcją członka mojego kochanka.
Równie niespiesznie oblizałem żołądź, czując przy tym słony posmak, zostawiony
tam przy mojej wcześniejszej próbie „ukarania” Ravena. Zadziwiające, jak cienka
jest u mnie granica między karą a nagrodą.
Zacząłem pieścić go językiem. Później do języka
dołączyły zęby; delikatnie odsunąłem nimi napletek, by móc swobodnie zrobić to,
na co miałem ochotę już od dłużej chwili: wziąć go w usta i ssać, aż mój
ukochany zacznie się wić.
Raven
Przez dłuższą chwilę stałem nieruchomo, zupełnie
jakbym bał się chociażby poruszyć, w obawie, że nawet najlżejszym gestem czy
słowem zepsuję tę chwilę; tę cudowną, obezwładniającą przyjemność, która
rozprzestrzeniała się po moim ciele wskutek wszystkich tych pieszczot. Nie
robiłem nic, chociaż miałem tak wielką ochotę krzyczeć. Jęczeć. Wić się.
Wyartykułować ogarniającą mnie przyjemność w każdy możliwy i niemożliwy sposób.
Zatopić się bez reszty w niebieskim spojrzeniu Beliala; usłyszeć z jego ust
słowa wypowiadane tak rozkosznie nieprzyzwoitym tonem. Wpleść palce w jego
cudowne, ciemne włosy. Zapomnieć, ach, zupełnie zapomnieć o wszystkim w tych
silnych, władczych ramionach; karmić się ułudą bycia tym jedynym,
niezastąpionym, bo przecież w głębi swojej egoistycznej duszy tego właśnie
zawsze pragnąłem najmocniej - być dla kogoś kimś najważniejszym, całym światem.
Chciałem stać się takim dla Beliala; nawet po tym wszystkim, co między nami
zaszło, po złych myślach i nieprzemyślanych czynach, po wyrzutach i kłótniach,
których gorycz wciąż między nami trwała. Pomimo tego wszystkiego…
Książę… Książę. Tak bardzo cię pragnę.
Jednak... wciąż byłem niepewny. Tak naprawdę nie
rozumiałem do końca motywów postępowania Beliala. Z nim nigdy niczego nie byłem
pewien. Pomimo pozornie oczywistego, może nawet nieco prostolinijnego
zachowania wciąż był dla mnie zagadką. Tajemnicą.
Mówił, że nie jestem dla niego zabawką. Chciałem
mu wierzyć. Chciałem mu ufać. Ale nie mogłem. Szukałem kłamstw w jego
rozpalonych błękitem tęczówkach; w jego głosie.
Do czego zmierzasz, mój książę?, pytałem
rozpaczliwie; moje usta opuszczały westchnienia, jednak myśli zmierzały w złym
kierunku, który uniemożliwiał mi pełne odczuwanie rozkoszy; byłem rozpaczliwie
rozdarty między ogromną przyjemnością a niepokojem, który zasnuwał moje serce
niczym woal.
Ale dokładnie wtedy Belial - zupełnie jakby
wyczuł niepożądany kierunek moich myśli - znowu uniósł spojrzenie i tym razem w
tym pulsującym, szaleńczym błękicie ujrzałem coś więcej niż tylko namiętność.
Było tam coś innego, bez wątpienia, jednak ukryte tak głęboko, że umykało przy
próbie bliższego przyjrzenia się. Ale widziałem to. Coś na kształt zapewnienia.
Prośby o to, bym nie odtrącał go tak łatwo, tak lekkomyślnie. Może też nadziei.
Chwyciłem się rozpaczliwie tego spostrzeżenia, tego złudnego cienia obietnicy
jak czegoś, co mogłoby mi dać ocalenie.
Uwierzyłem. I dopiero wtedy zdałem sobie w pełni
sprawę, jak bardzo pobudzone jest moje ciało; w jak rozkoszny sposób ciepłe,
wilgotne wargi Beliala otulają mojego wzniesionego erekcją penisa. Jak
umiejętnie pieści mnie jego zwinny język. To było jak sen.
Chcę w nim zatonąć bez reszty.
Bezwiednie, kierując się w tej chwili głównie
instynktem, wplotłem palce w ciemne włosy demona. Zacząłem jęczeć; głośno,
przeciągle, niekontrolowanie. Cofnąłem się nieznacznie i oparłem plecami o
ścianę, bo czułem, że jeszcze chwila, a nie ustoję o własnych siłach, na
nogach, które niebezpiecznie łatwo się pode mną uginały; ta niezwykła
przyjemność stała się tak obezwładniająca, że nawet podświadomie starałem się
od niej uwolnić; tak jak uciekałem od wszystkiego, co więziło mnie zbyt mocno, zbyt
pożądliwie. Gwałtownie szarpnąłem Beliala za włosy, chcąc odciągnąć go od
swojej męskości - ale oczywiście nic to nie dało, bo demon tylko warknął
niecierpliwie i wzmocnił uścisk dłoni na moich pośladkach. Krzyknąłem, bo
jednocześnie na sile przybrała także pieszczota, jaką mnie obdarzał. Wydaje mi
się, że chciałem wtedy coś powiedzieć - okiełznać go, powstrzymać przed zbytnim
pośpiechem, przed zadawaniem mi tej trudniej do zniesienia rozkoszy, ach, a
może wręcz przeciwnie, ponaglić go, zmusić, by robił to szybciej, brutalniej;
żeby doprowadził mnie na szczyt jak najprędzej; sam już nie wiedziałem, czego
chcę, chciałem wszystkiego naraz i od tego uciekałem, i to było tak słodkie,
tak bolesne, i...
....I jeszcze chwila, jeszcze sekunda w tych
rozkosznych męczarniach, a umrę, tak naprawdę, nieodwołanie, ach! Nie męcz
mnie, książę!
- Belial... Belial - jęczałem jak w transie i
brzmiało to zupełnie tak, jakbym nie znał żadnych innych słów poza tym jednym,
które w kółko powtarzałem; jakby w imieniu demona mieścił się cały mój świat,
ograniczony tylko do nas dwóch; do naszych przyspieszonych oddechów; jego
pieszczot; moich krzyków.
Demon zassał gwałtownie mojego penisa. Było w
tym coś dzikiego, zaborczego, ale cholernie, ach, cholernie mi się spodobało.
Moje ciało przeszył kolejny, jeszcze intensywniejszy, jeszcze głębszy dreszcz
przyjemności; nie mogąc już dłużej wytrzymać, doszedłem w ustach Beliala,
zalewając mu gardło swoim nasieniem.
I kiedy było już po wszystkim, trochę niepewne
rozchyliłem zaciśnięte dotychczas powieki, odrobinę obawiając się tego, że
jestem teraz taki odsłonięty, bezbronny przed nim; nagi, nie tylko w sensie
fizycznym, ale i psychicznym. Czułem aż nazbyt dobrze, jak rozpalona jest moja
twarz; byłem zażenowany tym, że wciąż tak szybko, tak płytko oddycham; że
podczas orgazmu przygryzłem sobie wargę niemal do krwi, sam właściwie nie wiem
czemu.
- Belial - wyszeptałem. Demon wstał, a ja
zarumieniłem się jeszcze mocniej, widząc go tak blisko przed sobą, czując jego
zapach, jego nieokiełznaną siłę; wiedząc doskonale, że gdybym teraz go
pocałował, poczułbym na jego ustach i języku swój smak. I chociaż wstydziłem
się tej myśli nawet przed samym sobą, to w jakiś pokrętny i perwersyjny sposób
całkiem mi się ona spodobała. Uniosłem nieznacznie głowę, i, przezwyciężając
swoją wrodzoną niepewność, wczepiłem się zębami w dolną wargę Beliala, ssąc ją
lekko. Demon nie pozostał mi dłużny - zachęcony moimi poczynaniami, bez
większych wstępów czy subtelności zaczął mnie namiętnie całować, wsuwając język
do moich ust; przesuwając dłońmi po moim wciąż wrażliwym po dopiero co doznanym
orgazmie ciele, po mojej ciepłej, nagiej skórze.
Jęknąłem prosto w jego usta. Ach, tego było zbyt
wiele. Chciałem go. Pragnąłem. Z każdym oddechem, z każdą myślą coraz bardziej.
Tak mocno, że to aż bolało. Oderwałem się od ust demona, od tych kuszących,
miękkich warg i spojrzałem mu prosto w oczy. Nagląco. Niemal błagalnie.
Uwolnij mnie. Tylko tobie na to pozwalam,
książę...!
- Belial... Nie dręcz mnie już dłużej... Weź
mnie... Posiądź mnie... Zerżnij... Teraz... Błagam... – Na poły wyszeptałem, a
na poły wyjęczałem, rozpaczliwie zaciskając palce na jego ramionach. Słowa, te
nieskładne, chaotyczne słowa oddawały w tej chwili całą istotę mojego
pożądania, które teraz stało się naglącą potrzebą, całkowicie realną i
namacalną; koniecznością, która – niezaspokojona - mogłaby mnie najzwyczajniej
w świecie pożreć i unicestwić. - Chcę tego... potrzebuję... - wyszeptałem
cicho, niemal niezauważalnie ocierając się biodrami o swojego kochanka i mając
nadzieję, że zrozumie, w jak ogromnej potrzebie jestem. Czułem, jak mój penis
znowu zaczyna rosnąć i twardnieć; nieco niecierpliwym gestem przesunąłem dłonią
po kroczu Beliala, upewniając się w ten sposób, że i on jest równie podniecony
jak ja. Wciąż patrząc mu głęboko w oczy, rozpiąłem rozporek jego spodni.
Normalnie pewnie bym tego nie zrobił. Ale wtedy
byłem rozgorączkowany. Rozpalony. Całkowicie i nieodwracalnie straciłem nad
sobą kontrolę.
Ale podobało mi się to, cholera. I Belialowi...
Belialowi chyba też.

0 komentarze:
Prześlij komentarz