Gone with the Sin. Rozdział VIII

Raven

Wkurwił się. I to tak naprawdę porządnie. Gdyby tylko mógł, rozjebałby cały ten pieprzony loch w trzy pizdy, łącznie z urzędującym w nim demonem. Zwłaszcza z nim. Co za kiep. Nie mam krzyczeć i jęczeć? Nie mam dochodzić? Dobrze. WSPANIALE WRĘCZ. Niech ci będzie.
Zacisnął mocno zęby, gdy poczuł bolesne smagnięcie na swoich odsłoniętych plecach. W pierwszym odruchu chciał przygryźć sobie dolną wargę, ale na szczęście w ostatniej chwili się pohamował. Była już tak zmaltretowana, że nie pomógłby tym sobie, a wręcz zaszkodził, bo wtedy już na pewno nie powstrzymałby się przed jękiem. Dlatego po prostu instynktownie przygryzł sobie górną wargę, której na szczęście Belial nie miał jeszcze okazji ruszyć. Chwilę po tym język. I po kilku uderzeniach biczem także policzek od środka, prawie na wylot. Prawie. Ale wiedział, że jeśli dalej będzie musiał się tak powstrzymywać przed wydaniem z siebie dźwięku, to faktycznie nieodwracalnie pokaleczy sobie twarz. 
Sam tego chciałeś, książę, pomyślał mściwie, czując, jak krew wypełnia mu usta. Będziesz patrzył na te blizny codziennie i przypominał sobie, jak okrutny i niesprawiedliwy dla mnie byłeś.


Belial

Im dłużej go bił, tym bardziej rozdarty się czuł. Przepełniała go wściekłość: na Ravena, na siebie, na to, co demon zrobił. A już najbardziej na to, że tak posłusznie i co do joty wypełniał książęce polecenia. I z każdym smagnięciem batem był coraz bardziej pewny, że albo Raven w końcu nie wytrzyma i złamie jego rozkaz, albo coś w nim pęknie lub też Belial zrobi mu nieodwracalną krzywdę.
Ciosy przestały spadać na pokryte krwią plecy Ravena. Rozległo się głuche echo kroków.
Belial przez długą chwilę patrzył na swoje dzieło. Szkarłatne pręgi na ciele mężczyzny aż lśniły, a pełgające światło ognia sprawiało, że demon wyglądał jakby płonął. Jego krew zdawała się ożywać i wołać do Beliala: spójrz, co mi zrobiłeś. Książę zacisnął dłonie w pięści. Zasłużyłeś na to, pomyślał z wściekłością.
Przykucnął i zaczął delikatnie wylizywać ciało Ravena. Jego język ledwo muskał skórę - dotykał jej tylko w takim stopniu, w jakim niezbędne było to do spijania z niej całej tej krwi. Belial lubił smak Ravena. Każdy jego smak. Zawsze z prawdziwą przyjemnością dzielił jego krew, scałowywał łzy, przełykał jego nasienie, smakował jego skórę. Ale tym razem słodycz była podszyta goryczą złości.
Kiedy plecy Ravena były już czyste, Belial ujął jego podbródek w dwa palce. Skierował głowę demona w swoją stronę.
Tak jak się spodziewał. Niemożliwością było, by Raven trwał w takiej sytuacji bezgłośnie, jednocześnie nie czyniąc sobie krzywdy.
Zamknął oczy i złączył ich usta. Stanowczym, lecz łagodnym gestem zmusił go, by rozchylił wargi, i wypił także tę krew, która zalewała ich wnętrze.
Kiedy się odsunął, widok rany na policzku Ravena, teraz już nie przysłoniętej posoką, rozdarł mu serce.
Głupcze. Trzeba było mu najpierw zabronić ranienia siebie, pomyślał z rozpaczą. Uwolnił jego nadgarstki z żelaznych pęt i wziął go na ręce. Miał ściągniętą surowo minę, jak ktoś, kto właśnie powziął najtrudniejszą decyzję w swoim życiu. Podszedł z nim do stołu. Usiadł na drewnianym blacie wciąż trzymając Ravena na rękach. Diabelska pietà, pomyślał pusto. Przez chwilę przyglądał się twarzy swojego kochanka. Znów coś go szarpnęło w środku. Nie tracąc więcej czasu, uniósł lewy nadgarstek do swoich ust i rozorał kłami przegub dłoni. Przystawił rękę do warg Ravena.
- Pij - powiedział władczo. - Pomoże ci się uleczyć.


Raven

Ujął delikatnie jego dłoń swoimi smukłymi palcami i zaczął ssać krew. Powoli. Poranione usta piekły przy tym niemiłosiernie, a głęboka rana na policzku (tak, musiał w końcu przegryźć go sobie na wylot, żeby siedzieć cicho) płonęła nieprzyjemnym, rwącym bólem, ale starał się to jakoś zignorować. Po trzech czy czterech (niewielkich w dodatku) łykach, które nijak nie mogły mu pomóc w zagojeniu ugryzień, a jedynie lekko ukoić ból, odsunął od ust nadgarstek Beliala i spojrzał w bok, gdzieś poza niego. Wbił wzrok w podłogę, żeby nie było widać, że trochę szklą mu się oczy.
- Dziękuję za okazaną mi łaskawość, mój panie... nie zasłużyłem na taką troskę z twojej strony. Jakie są twoje rozkazy? - spytał cichym, wypranym z emocji głosem. Musiał taki być. Gdyby Raven pozwolił, żeby zabrzmiały w nim uczucia targające jego duszą (i ciałem), zapewne byłby drżący. I to mocno. A tego demon nie chciał. 
Nawet po tym wszystkim był zbyt dumny, by okazać słabość.


Belial

Zmrużył oczy.
- Pij, aż się zregenerujesz. Taka jest moja wola i masz ją spełnić - rzucił sucho.


Raven

Bez słowa ujął z powrotem jego nadgarstek i znowu zaczął pić, aż do momentu, gdy poczuł, jak rana na policzku zaczyna się goić. Na naprawienie czegoś takiego trzeba było wiele książęcej posoki, ale Raven o to nie dbał. Skoro pozwolono pić mu do woli, to niespecjalnie przejmował się tym, że mógłby swoim nieumiarkowaniem Beliala osłabić. 
Zwłaszcza że wciąż był na niego wkurwiony.


Belial

Obserwował, jak rozorany policzek jego ukochanego się zrasta. To był dziwny widok. Kiedy patrzyło się wprost, nie było widać żadnej zmiany, miało się tylko nieprzyjemne wrażenie, że coś jest nie tak, ale umysł nie potrafił tego zauważyć. Dopiero gdy odwróciło się na chwilę wzrok i spojrzało ponownie było widać, że proces regeneracji postępuje. To tak, jakby obserwować rozwój rośliny w przyspieszonym tempie.
Czuł, jak z każdą chwilą słabnie. Wypił dziś sporo krwi Ravena, ale teraz demon odpłacał mu za to z nawiązką. Belial nie przejmował się tym za bardzo. Coś takiego raczej nie mogło go zabić.
Na jego nieszczęście, zagłuszyć smutku i wyrzutów sumienia także nie mogło.
Kiedy po ranie nie było już śladu, Belial odsunął rękę i musnął palcami świeżą, bardzo delikatną skórę w miejscu, w którym jeszcze parę minut temu jej nie było. Pochylił się i krótko pocałował Ravena. Wyprostował się.
- Twoja kara się skończyła. Odejdź. - Rozkazał z obojętną miną.
I nigdy więcej nie wracaj, dopowiedział w myślach.


Raven

Nie wiedział właściwie, co mógłby odpowiedzieć na takie suche, obojętne słowa. Zdziwił się jedynie, że kara trwała tak krótko i że Belial ma już dosyć męczenia go.
Dziwne. Spodziewałem się, że będzie gorzej.
Nagi i zbrukany krwią, która wciąż sączyła się z licznych ran na jego ciele, westchnął i podszedł powoli do drzwi. Zanim wyszedł, odwrócił jeszcze na chwilę głowę, patrząc przelotnie na swojego ukochanego. Nie zastanawiał się zbytnio nad jego ostatnimi słowami - brzmiały wtedy dla niego jak zwykły rozkaz - i nie przeczuwał, jakie było ich prawdziwe znaczenie. Miał się tego dowiedzieć dopiero znacznie później. 

Za późno, by próbować cokolwiek zmienić czy naprawić.

0 komentarze:

Prześlij komentarz