Gone with the Sin. Rozdział IX
Belial
Wchodząc do przeszklonej windy Beekman Tower pomyślał przelotnie, że
ludzie do zdumiewające stworzenia: nie mając żadnych mocy potrafią się
organizować i budować takie architektoniczne molochy. Ze szczytu wieżowca było
widać niemal cały Manhattan, a światła samochodów, lamp ulicznych i neonów -
już nie wspominając o oknach zwykłych mieszkań - tworzyły barwną feerię,
niepozwalającą na choćby krótki odpoczynek dla oczu. Belial zdjął na chwilę
okulary w ciemnej eleganckiej oprawce (zerówki - nosił je tylko na ważne
spotkania służbowe; nie wiedzieć czemu, gdy miał na sobie okulary i garnitur,
inne demony, nawet Lucyfer, zaczynały traktować go poważniej i z większym
szacunkiem; Beliala zawsze zaskakiwał fakt, jak łatwo samym strojem można
oszukać tłumy), uniósł dłoń do góry i potarł powieki. Choć był późny wieczór,
już czuł pod nimi piasek, a oczy go piekły - jak zwykle wrażliwe na nadmiar
światła. I klimatyzację.
A ta, jak na złość, działała w całym eleganckim budynku nadzwyczaj sprawnie.
Długa droga w górę, myślał znudzony, i za to się z tobą napiję. Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki srebrną piersiówkę i pociągnął długi łyk szkockiej. Zawsze lubił whisky, ale od kilku miesięcy pił niemal nieustannie. Próbował w ten sposób zagłuszyć tę niegasnącą tęsknotę, która pożerała go od środka kawałek po kawałeczku. Czasami było tak, że kiedy napił się dostatecznie dużo, niemal zupełnie o nim zapominał, a innym razem dla odmiany opadały na niego wszystkie związane z nim wspomnienia i Belialowi chciało się wyć. Zaszywał się wtedy w swoim gabinecie i pracował, pracował, pracował. Kiedy wypadał z tego transu, przestraszona służba uświadamiała go, że pracował bez przerwy kilka dni. Rekordem były prawie dwa tygodnie.
Kiedy wstał od komputera, zachwiał się i niemal przewrócił, ale w ostatniej chwili udało mu się jakoś złapać równowagę. Wtedy też pomyślał sobie, że praca to chyba jednak nie jest najlepsza droga ucieczki. I dopiero wówczas zdał sobie sprawę, że przecież... on tak robił. Uciekał w pracę.
Od tego czasu, a było to jakieś trzy miesiące wcześniej, po prostu teleportował się w jakieś losowo wybrane miejsce na Ziemi. Obowiązkowo w dużym mieście. Wybierał najdroższy hotel, a w nim najdroższy apartament, i imprezował. Tłumy młodych i trochę mniej młodych ludzi, pragnących sławy i bogactwa, luksusu; lejące się strumieniami najdroższe alkohole, dziewczyny ubrane wyłącznie w bikini lub natrętne spojrzenia na ich nagich ciałach, drinki z parasolkami, mnóstwo narkotyków, pusty, nic nieznaczący seks z przypadkowymi osobami, po którym Belial tylko czuł się jeszcze gorzej, bo tracił szacunek do samego siebie. Podczas tych przyjęć rodem z amerykańskiego serialu zazwyczaj siadał w jakimś spokojniejszym miejscu i po prostu pił. Miał wtedy złudzenie, że nie pije sam i do lustra. I pił, aż przestawały go drażnić niedwuznaczne uwagi kobiet i mężczyzn usiłujących zaciągnąć go do łóżka lub do momentu, w którym wszystko zaczynało go wkurwiać do tego stopnia, że nagle wyłączał dudniącą muzykę i kazał wszystkim spierdalać.
Z niechęcią pomyślał o dzisiejszym spotkaniu sztabu kryzysowego. Nowa generacja demonów wypuszczona przez Astarotha wymykała się spod kontroli i trzeba było coś na to zaradzić. A ponieważ zadufany w sobie Astaroth nie widział w swoich pupilkach żadnego problemu, szykowała się ciężka batalia. Tym bardziej ciężka, że na spotkaniu miał być także Lucyfer.
Belial zacisnął dłonie w pięści.
W pewnym sensie obwiniał go o to wszystko, co się stało. Gdyby się nie przystawiał do niego (nowy zwyczaj Beliala: teraz Raven nie był ani Ravenem, ani ptaszyną, tylko właśnie nim; to bezosobowe określenie bolało jakby odrobinę mniej), Belial nie byłby taki zazdrosny. Nie kłóciliby się z nim tak często. Nie uciekłby w ramiona przypadkowej osoby i żadna z tych rzeczy, które stały się później, też by się nie zdarzyła.
Belial przyznawał niechętnie nawet przed samym sobą, że dopiero teraz rozumie żal, jaki Lucyfer do niego żywił po Upadku. Jeśli choć część winy za utratę najważniejszej osoby można zrzucić na kogoś innego, to po prostu się to robi. Inaczej można zwariować.
Winda brzęknęła, gdy dotarła na 66. piętro. Belial przeczesał dłonią włosy i wyszedł na elegancki korytarz. Jeszcze dziesięć pięter i mógłby zaryzykować wyjście na dach, by wyskoczyć na dymka - nie był pewien, czy tu mu pozwolą zapalić. Czym ja się właściwie przejmuję, pomyślał obojętnie. Z roboty i tak mnie przecież nie wyrzucą. Wystukał z pudełka jednego Lucky Strike'a, odpalił. Zaciągnął się. I z papierosem w ustach oraz z wypisaną na twarzy totalną wyjebką na swoje półgodzinne spóźnienie wkroczył do sali konferencyjnej.
A ta, jak na złość, działała w całym eleganckim budynku nadzwyczaj sprawnie.
Długa droga w górę, myślał znudzony, i za to się z tobą napiję. Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki srebrną piersiówkę i pociągnął długi łyk szkockiej. Zawsze lubił whisky, ale od kilku miesięcy pił niemal nieustannie. Próbował w ten sposób zagłuszyć tę niegasnącą tęsknotę, która pożerała go od środka kawałek po kawałeczku. Czasami było tak, że kiedy napił się dostatecznie dużo, niemal zupełnie o nim zapominał, a innym razem dla odmiany opadały na niego wszystkie związane z nim wspomnienia i Belialowi chciało się wyć. Zaszywał się wtedy w swoim gabinecie i pracował, pracował, pracował. Kiedy wypadał z tego transu, przestraszona służba uświadamiała go, że pracował bez przerwy kilka dni. Rekordem były prawie dwa tygodnie.
Kiedy wstał od komputera, zachwiał się i niemal przewrócił, ale w ostatniej chwili udało mu się jakoś złapać równowagę. Wtedy też pomyślał sobie, że praca to chyba jednak nie jest najlepsza droga ucieczki. I dopiero wówczas zdał sobie sprawę, że przecież... on tak robił. Uciekał w pracę.
Od tego czasu, a było to jakieś trzy miesiące wcześniej, po prostu teleportował się w jakieś losowo wybrane miejsce na Ziemi. Obowiązkowo w dużym mieście. Wybierał najdroższy hotel, a w nim najdroższy apartament, i imprezował. Tłumy młodych i trochę mniej młodych ludzi, pragnących sławy i bogactwa, luksusu; lejące się strumieniami najdroższe alkohole, dziewczyny ubrane wyłącznie w bikini lub natrętne spojrzenia na ich nagich ciałach, drinki z parasolkami, mnóstwo narkotyków, pusty, nic nieznaczący seks z przypadkowymi osobami, po którym Belial tylko czuł się jeszcze gorzej, bo tracił szacunek do samego siebie. Podczas tych przyjęć rodem z amerykańskiego serialu zazwyczaj siadał w jakimś spokojniejszym miejscu i po prostu pił. Miał wtedy złudzenie, że nie pije sam i do lustra. I pił, aż przestawały go drażnić niedwuznaczne uwagi kobiet i mężczyzn usiłujących zaciągnąć go do łóżka lub do momentu, w którym wszystko zaczynało go wkurwiać do tego stopnia, że nagle wyłączał dudniącą muzykę i kazał wszystkim spierdalać.
Z niechęcią pomyślał o dzisiejszym spotkaniu sztabu kryzysowego. Nowa generacja demonów wypuszczona przez Astarotha wymykała się spod kontroli i trzeba było coś na to zaradzić. A ponieważ zadufany w sobie Astaroth nie widział w swoich pupilkach żadnego problemu, szykowała się ciężka batalia. Tym bardziej ciężka, że na spotkaniu miał być także Lucyfer.
Belial zacisnął dłonie w pięści.
W pewnym sensie obwiniał go o to wszystko, co się stało. Gdyby się nie przystawiał do niego (nowy zwyczaj Beliala: teraz Raven nie był ani Ravenem, ani ptaszyną, tylko właśnie nim; to bezosobowe określenie bolało jakby odrobinę mniej), Belial nie byłby taki zazdrosny. Nie kłóciliby się z nim tak często. Nie uciekłby w ramiona przypadkowej osoby i żadna z tych rzeczy, które stały się później, też by się nie zdarzyła.
Belial przyznawał niechętnie nawet przed samym sobą, że dopiero teraz rozumie żal, jaki Lucyfer do niego żywił po Upadku. Jeśli choć część winy za utratę najważniejszej osoby można zrzucić na kogoś innego, to po prostu się to robi. Inaczej można zwariować.
Winda brzęknęła, gdy dotarła na 66. piętro. Belial przeczesał dłonią włosy i wyszedł na elegancki korytarz. Jeszcze dziesięć pięter i mógłby zaryzykować wyjście na dach, by wyskoczyć na dymka - nie był pewien, czy tu mu pozwolą zapalić. Czym ja się właściwie przejmuję, pomyślał obojętnie. Z roboty i tak mnie przecież nie wyrzucą. Wystukał z pudełka jednego Lucky Strike'a, odpalił. Zaciągnął się. I z papierosem w ustach oraz z wypisaną na twarzy totalną wyjebką na swoje półgodzinne spóźnienie wkroczył do sali konferencyjnej.
Raven
Jak
zwykle, przybył na miejsce nieco przed czasem. Zawsze był ułożony i sumienny,
wręcz pedantyczny, a spóźnianie się na umówione wcześniej spotkania uważał nie
tylko za rażący przejaw braku odpowiedzialności, ale też za zwyczajne,
prostackie chamstwo. Sam może i nie był nadmiernie uczciwy czy altruistyczny
(właściwie to wręcz przeciwnie), ale starał się szanować czas innych i tego
samego wymagał od osób, z którymi miewał jakiekolwiek kontakty - czy to służbowe,
czy czysto prywatne.
Rozejrzał się bez szczególnego zainteresowania po nowocześnie urządzonej sali konferencyjnej, po czym, nie zauważając nawet wspaniałego widoku za oknem, usiadł za stołem i rozłożył wokół siebie papiery, potrzebne mu do przeprowadzenia zebrania. Szczegółowe raporty, tabelki, statystyki, wykazy zużycia mocy astralnej. Demon westchnął cicho, pocierając sobie lekko skronie i wbijając wzrok w ciąg znaków, które uparcie nie chciały złożyć się w jego głowie w żadną spójną, sensowną informację. Był zmęczony. Może nie było tego po nim widać na pierwszy rzut oka - skóra demona była nieskazitelna i promienna jak zwykle, a pięknej twarzy nie szpeciła najmniejsza nawet niedoskonałość - ale każdy, kto tylko spojrzałby uważniej w jego stalowoszare tęczówki od razu dostrzegłby, jak puste i znużone jest ich wejrzenie. Nie było to zresztą zbyt dalekie od ogólnej kondycji psychicznej Ravena, która od dłuższego czasu pozostawiała wiele do życzenia.
Rzecz jasna, doskonale zachowywał pozory, przyoblekając swoją twarz - siebie całego - w zimną, codzienną maskę obojętności i wyniosłości. Nie mógł pozwolić - nie chciał pozwolić! - by ktokolwiek dostrzegł targający nim smutek i żal, chociaż miał ich przecież w sobie tak wiele. I dopóki po Piekle nie zaczęły krążyć plotki o rozwiązłym, imprezowym trybie życia księcia Beliala, nikt właściwie nawet się nie domyślał, że zaszło między nimi coś złego. Raven zwierzył się ze wszystkiego tylko raz, swojemu panu - cóż, właściwie ciężko było się nie tłumaczyć, gdy zraniony (zarówno na duszy, jak i ciele) pojawił się w jego pałacu - dzień po owej fatalnej nocy, kiedy w jego życiu wszystko tak koszmarnie się skomplikowało. Ukląkł wtedy przy swoim panu, jak to miał w zwyczaju, położył głowę na jego kolanach i wszystko mu opowiedział. Lucyfer, zawsze przecież tak elokwentny, w tym jednym przypadku milczał przez długi, długi czas, nawet jak jego sługa skończył już mówić, głaszcząc go powoli, bardzo delikatnie po włosach i w końcu, kiedy Raven myślał, że ta cisza będzie trwać między nimi już zawsze, cisza przerywana tylko delikatnym dotykiem smukłych dłoni władcy piekieł - cóż, wtedy jego pan powiedział, że Adam powinien odpocząć. Wziąć sobie wolne i wyjechać gdzieś, nieistotne gdzie ani na jak długo. Raven pamiętał, że po tych słowach odczuł autentyczny strach. Wręcz panikę. Wcale, ani trochę nie chciał odpoczywać ani brać sobie wolnego! Wiedział doskonale, że gdyby miał czas na rozważania - na błądzenie po swoim różanym ogrodzie albo spoglądanie w morze - cóż, wtedy jego myśli nieuchronnie uciekałyby w kierunku osoby, o której zdecydowanie rozmyślać nie chciał. Dlatego też cichym, drżącym głosem poprosił swojego pana, by jednak mógł zostać przy jego boku i pracować.
I pracował. Dzień i noc, z małymi przerwami na sen. Nie jadł zbyt wiele, rzadko wychodził z pracy i z nikim się nie spotykał, ale jego życie z boku wyglądało zupełnie normalnie. Chwile słabości miał tylko czasami. Jak wtedy, kiedy w jego snach nagle i niespodziewanie pojawiał się Belial. Sporadycznie, ale za każdym razem było to dla niego straszne przeżycie. Raven budził się wtedy w środku nocy, sam w swoim ogromnym łożu, tak zupełnie, zupełnie sam, i długo płakał w poduszkę, aż w końcu zaczynało brakować mu łez. Ukołysany własnym smutkiem, ze strachem o swoje kolejne sny zasypiał ponownie i rano był znowu sobą - dumnym, wyniosłym demonem, którego nikt nigdy nie podejrzewał o słabości. Albo o to, że w ogóle ma jakiekolwiek uczucia.
Cholera. Próbując odgonić od siebie nieposłuszne, przygnębiające myśli, poluzował lekko krawat i oparł się łokciem o blat stołu, zaś bolącą głowę złożył na swojej chłodnej dłoni, przynoszącej tak miłe ukojenie. W takiej pozycji mógł wyglądać jak ktoś, kto się modli. Albo pokutuje. Ale tak naprawdę starał się oczyścić umysł. Ze strachu; ze smutku. Z emocji, które czasem przebijały się spod tej zimnej, aroganckiej maski w najmniej odpowiednich momentach.
Chciał być spokojny, kiedy pojawią się inne demony. Zwłaszcza że miał być wśród nich Belial. Raven doskonale o tym wiedział - dowiedział się dzisiaj rano i ta informacja sprawiła, że w pierwszym odruchu miał ochotę odwołać zebranie - ale powstrzymał się. To spotkanie służbowe. Nic ponadto. Przeprowadzisz je, ustalisz co trzeba i wrócisz do siebie, próbując od nowa o nim zapomnieć. To nie będzie trudne. Raven ukrył twarz w dłoniach i jęknął cicho, przygryzając sobie wargę. Kurwa. Skoro było mu to wszystko aż tak obojętne, to dlaczego, dlaczego miał tak ogromną nadzieję, że Belial zapomni o tym pieprzonym spotkaniu i na nie nie przyjdzie?
Rozejrzał się bez szczególnego zainteresowania po nowocześnie urządzonej sali konferencyjnej, po czym, nie zauważając nawet wspaniałego widoku za oknem, usiadł za stołem i rozłożył wokół siebie papiery, potrzebne mu do przeprowadzenia zebrania. Szczegółowe raporty, tabelki, statystyki, wykazy zużycia mocy astralnej. Demon westchnął cicho, pocierając sobie lekko skronie i wbijając wzrok w ciąg znaków, które uparcie nie chciały złożyć się w jego głowie w żadną spójną, sensowną informację. Był zmęczony. Może nie było tego po nim widać na pierwszy rzut oka - skóra demona była nieskazitelna i promienna jak zwykle, a pięknej twarzy nie szpeciła najmniejsza nawet niedoskonałość - ale każdy, kto tylko spojrzałby uważniej w jego stalowoszare tęczówki od razu dostrzegłby, jak puste i znużone jest ich wejrzenie. Nie było to zresztą zbyt dalekie od ogólnej kondycji psychicznej Ravena, która od dłuższego czasu pozostawiała wiele do życzenia.
Rzecz jasna, doskonale zachowywał pozory, przyoblekając swoją twarz - siebie całego - w zimną, codzienną maskę obojętności i wyniosłości. Nie mógł pozwolić - nie chciał pozwolić! - by ktokolwiek dostrzegł targający nim smutek i żal, chociaż miał ich przecież w sobie tak wiele. I dopóki po Piekle nie zaczęły krążyć plotki o rozwiązłym, imprezowym trybie życia księcia Beliala, nikt właściwie nawet się nie domyślał, że zaszło między nimi coś złego. Raven zwierzył się ze wszystkiego tylko raz, swojemu panu - cóż, właściwie ciężko było się nie tłumaczyć, gdy zraniony (zarówno na duszy, jak i ciele) pojawił się w jego pałacu - dzień po owej fatalnej nocy, kiedy w jego życiu wszystko tak koszmarnie się skomplikowało. Ukląkł wtedy przy swoim panu, jak to miał w zwyczaju, położył głowę na jego kolanach i wszystko mu opowiedział. Lucyfer, zawsze przecież tak elokwentny, w tym jednym przypadku milczał przez długi, długi czas, nawet jak jego sługa skończył już mówić, głaszcząc go powoli, bardzo delikatnie po włosach i w końcu, kiedy Raven myślał, że ta cisza będzie trwać między nimi już zawsze, cisza przerywana tylko delikatnym dotykiem smukłych dłoni władcy piekieł - cóż, wtedy jego pan powiedział, że Adam powinien odpocząć. Wziąć sobie wolne i wyjechać gdzieś, nieistotne gdzie ani na jak długo. Raven pamiętał, że po tych słowach odczuł autentyczny strach. Wręcz panikę. Wcale, ani trochę nie chciał odpoczywać ani brać sobie wolnego! Wiedział doskonale, że gdyby miał czas na rozważania - na błądzenie po swoim różanym ogrodzie albo spoglądanie w morze - cóż, wtedy jego myśli nieuchronnie uciekałyby w kierunku osoby, o której zdecydowanie rozmyślać nie chciał. Dlatego też cichym, drżącym głosem poprosił swojego pana, by jednak mógł zostać przy jego boku i pracować.
I pracował. Dzień i noc, z małymi przerwami na sen. Nie jadł zbyt wiele, rzadko wychodził z pracy i z nikim się nie spotykał, ale jego życie z boku wyglądało zupełnie normalnie. Chwile słabości miał tylko czasami. Jak wtedy, kiedy w jego snach nagle i niespodziewanie pojawiał się Belial. Sporadycznie, ale za każdym razem było to dla niego straszne przeżycie. Raven budził się wtedy w środku nocy, sam w swoim ogromnym łożu, tak zupełnie, zupełnie sam, i długo płakał w poduszkę, aż w końcu zaczynało brakować mu łez. Ukołysany własnym smutkiem, ze strachem o swoje kolejne sny zasypiał ponownie i rano był znowu sobą - dumnym, wyniosłym demonem, którego nikt nigdy nie podejrzewał o słabości. Albo o to, że w ogóle ma jakiekolwiek uczucia.
Cholera. Próbując odgonić od siebie nieposłuszne, przygnębiające myśli, poluzował lekko krawat i oparł się łokciem o blat stołu, zaś bolącą głowę złożył na swojej chłodnej dłoni, przynoszącej tak miłe ukojenie. W takiej pozycji mógł wyglądać jak ktoś, kto się modli. Albo pokutuje. Ale tak naprawdę starał się oczyścić umysł. Ze strachu; ze smutku. Z emocji, które czasem przebijały się spod tej zimnej, aroganckiej maski w najmniej odpowiednich momentach.
Chciał być spokojny, kiedy pojawią się inne demony. Zwłaszcza że miał być wśród nich Belial. Raven doskonale o tym wiedział - dowiedział się dzisiaj rano i ta informacja sprawiła, że w pierwszym odruchu miał ochotę odwołać zebranie - ale powstrzymał się. To spotkanie służbowe. Nic ponadto. Przeprowadzisz je, ustalisz co trzeba i wrócisz do siebie, próbując od nowa o nim zapomnieć. To nie będzie trudne. Raven ukrył twarz w dłoniach i jęknął cicho, przygryzając sobie wargę. Kurwa. Skoro było mu to wszystko aż tak obojętne, to dlaczego, dlaczego miał tak ogromną nadzieję, że Belial zapomni o tym pieprzonym spotkaniu i na nie nie przyjdzie?
* * *
Ale w końcu przyszedł. Spóźniony o pół godziny. Raven, na szczęście, był już wtedy całkowicie spokojny, a rozmowa z paroma innymi demonami pozwoliła mu skupić się na czymś zupełnie innym. Na zamieszaniu, które wywołał Astaroth i jego diabliki. Myśli długowłosego demona znów zajęte były jedynie pracą. Dlatego też, gdy Belial wszedł do sali konferencyjnej, Raven nie okazał po sobie żadnego z targających nim uczuć. Jego maska działała idealnie. Był sobą. Perfekcjonistą i profesjonalistą w każdym calu.
- Cóż, wygląda na to, że w końcu wszyscy jesteśmy w komplecie. Chyba możemy zacząć zebranie - powiedział obojętnym, chłodnym głosem, starannie omijając wzrokiem sylwetkę Beliala, po czym przerzucił kilka kartek w swoich notatkach, szukając uprzednio sporządzonej przez siebie listy problemów, które należało omówić na spotkaniu. Rzeczowym, odrobinę wyniosłym głosem (zaiste, stanowił godne zastępstwo dla równie butnego Lucyfera) zaczął nakreślać pierwszy z nich, patrząc po kolei na wszystkie demony poza tym, którego... tak bardzo przecież chciał widzieć. Mimo wszystko. Ale powstrzymywał się, chociaż kosztowało go to bardzo wiele.
Nic już nas nie łączy. Odepchnął mnie. Porzucił. Nie chce mnie. Dlatego nie będę na niego patrzył. Nie pozwolę, by obecność kogoś takiego - JEGO OBECNOŚĆ - mną zachwiała.
Belial
Wszystkie
najlepsze miejsca - z tyłu sali - były już zajęte i ani jeden - ANI JEDEN! - z
tych niewdzięcznych skurwieli nie zaklepał krzesła dla Beliala. Jeszcze
zobaczymy, Mariusie. Kiedy przyjdziesz do mnie i zaczniesz skamleć o
podzielenie się zapasami whisky, przypomnę ci ten dzień. Tobie też, Tobiaszu o
galaretowatym ciele. Możesz zapomnieć o szalonych imprezach, już nigdy nie
załatwię ci żadnej panienki. A ty, Corneliusie, lepiej sam zacznij dbać o to, żeby
twój facet nie dowiedział się o licznych zdradach, pomstował w myślach
Belial, kiedy tak przeciskał się pod ścianą do jedynego wolnego miejsca. Tak
blisko niego.
Kiedy wszedł do sali, przez chwilę trwał w bezruchu. Zaczął podejrzewać, że albo przegiął z alkoholem (chociaż dzisiaj wcale tak dużo nie wypił, bo zaledwie dwie butelki szkockiej i jednego burgunda; zawartość piersiówki przecież się nie liczyła) i teraz ma pijacki zwid, albo po prostu całkiem mu już odjebało z tęsknoty. Dopiero kiedy usłyszał złośliwy chichot demonicy tuż obok siebie (Aldaria, rocznik pięćsetny przed naszą erą; największa plotkara w Piekle, Departament Dezinformacji), zdał sobie sprawę, że przecież on jest emisariuszem Lucyfera.
A to skurwysyn, pomyślał ze złością. Pierdolony leń. Miał się stawić osobiście.
Więc oto siedział obok obdarzonego bujnym porożem Tytusa, mając jego niemal na wyciągnięcie dłoni i nie mogąc go dotknąć. Czysta tortura. Belial starał się nie patrzeć na długowłosego demona prowadzącego spotkanie, ale zwyczajnie się nie dało. Przykuwał całą uwagę i nawet jeśli nie miało się z nim wspólnej przeszłości, to i tak należało patrzeć w jego stronę i słuchać jego uważnego, wypowiadającego rzeczowe słowa, pięknego, zmysłowego, seksownego, wyuzdanego głosu, który mógłby doprowadzić na sam szczyt nawet... Belial zazgrzytał zębami, kiedy złapał się na tym, że zaczyna ostro fantazjować na temat Ravena. Zawsze grzeczny i nieco zahukany Tytus spojrzał na Beliala z troską. Chyba nawet zapytał, czy wszystko w porządku. Książę odburknął coś w odpowiedzi i skupił się na tym, by jego oczy przestały być tak oczojebnie niebieskie.
Na hordy astarothowych plemników, pomyślał udręczony. Czy to zebranie nigdy nie dobiegnie końca? Sięgnął po notatnik i długopis - zestaw przygotowany dla każdego uczestnika spotkania przez firmę Flame & Flame Expeditions Inc. - i zaczął coś bazgrolić na kartce. Wpatrzony w papier (ha, wcale nie muszę na niego patrzeć!), przetrwał tak prawie całe zebranie, zasłuchany w jego głos, choć nawet nie rozróżniał słów przez demona wypowiadanych. Chodziło o samą barwę, o jego melodykę. Tak strasznie mu go brakowało.
I dopiero kiedy w notatniku skończyło się miejsce, Belial zdał sobie sprawę, że cały sześćdziesięciostronicowy zeszyt zarysował portretami Ravena.
Raven z profilu, Raven en face. Raven śpiewający. Raven smutny. Raven roześmiany. Raven w kąpieli. Raven podczas orgazmu. Raven...
- Kurwa - wymknęło mu się na głos. Zamknął notatnik i odsunął go od siebie.
Na szczęście zebranie powoli się kończyło. Belial nie miał zielonego pojęcia, co zostało postanowione, ale miał to totalnie w dupie. Prawdę powiedziawszy, jego obecność tutaj i tak była tylko teatrzykiem: i tak wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że z wyjątkiem pewnych szczególnych sytuacji praca Beliala nie ma absolutnie żadnego powiązania z funkcjonowaniem reszty ministerstwa. Po prostu robił swoje i już.
Dlatego tak się zdziwił, gdy na koniec Lewiatan zaczął przekrzykiwać rozluźnione już towarzystwo.
- Raven, Belial, wy zostajecie. Departamenty Lucyfera i Beliala mają wspólną sprawę. Zostawiam wam całą dokumentację tutaj - powiedział i rzucił tonę papierzysk na środek okrągłego stołu konferencyjnego.
Belial westchnął ciężko. Ja pierdolę, lepiej być nie mogło.
Kiedy sala opustoszała, odważył się wreszcie spojrzeć na nie... na Ravena. Cholera, mieli razem pracować. Będzie musiał to jakoś przełknąć. Później sobie odbije. Naćpa się i przeleci wszystkie modelki w Tokio, choćby miał mu od tego uschnąć. Byle tylko zapchać czymś tę wyrwę w sercu, która powiększała się z każdą chwilą.
Wyciągnął się wygodnie na krześle, rozprostowując pod stołem swoje długie nogi.
- Co tam u ciebie? - zapytał sztucznie wesołym głosem. W końcu od czegoś trzeba było zacząć.
Kurwa, ale bym go teraz zerżnął, jęknął w duchu.
Kiedy wszedł do sali, przez chwilę trwał w bezruchu. Zaczął podejrzewać, że albo przegiął z alkoholem (chociaż dzisiaj wcale tak dużo nie wypił, bo zaledwie dwie butelki szkockiej i jednego burgunda; zawartość piersiówki przecież się nie liczyła) i teraz ma pijacki zwid, albo po prostu całkiem mu już odjebało z tęsknoty. Dopiero kiedy usłyszał złośliwy chichot demonicy tuż obok siebie (Aldaria, rocznik pięćsetny przed naszą erą; największa plotkara w Piekle, Departament Dezinformacji), zdał sobie sprawę, że przecież on jest emisariuszem Lucyfera.
A to skurwysyn, pomyślał ze złością. Pierdolony leń. Miał się stawić osobiście.
Więc oto siedział obok obdarzonego bujnym porożem Tytusa, mając jego niemal na wyciągnięcie dłoni i nie mogąc go dotknąć. Czysta tortura. Belial starał się nie patrzeć na długowłosego demona prowadzącego spotkanie, ale zwyczajnie się nie dało. Przykuwał całą uwagę i nawet jeśli nie miało się z nim wspólnej przeszłości, to i tak należało patrzeć w jego stronę i słuchać jego uważnego, wypowiadającego rzeczowe słowa, pięknego, zmysłowego, seksownego, wyuzdanego głosu, który mógłby doprowadzić na sam szczyt nawet... Belial zazgrzytał zębami, kiedy złapał się na tym, że zaczyna ostro fantazjować na temat Ravena. Zawsze grzeczny i nieco zahukany Tytus spojrzał na Beliala z troską. Chyba nawet zapytał, czy wszystko w porządku. Książę odburknął coś w odpowiedzi i skupił się na tym, by jego oczy przestały być tak oczojebnie niebieskie.
Na hordy astarothowych plemników, pomyślał udręczony. Czy to zebranie nigdy nie dobiegnie końca? Sięgnął po notatnik i długopis - zestaw przygotowany dla każdego uczestnika spotkania przez firmę Flame & Flame Expeditions Inc. - i zaczął coś bazgrolić na kartce. Wpatrzony w papier (ha, wcale nie muszę na niego patrzeć!), przetrwał tak prawie całe zebranie, zasłuchany w jego głos, choć nawet nie rozróżniał słów przez demona wypowiadanych. Chodziło o samą barwę, o jego melodykę. Tak strasznie mu go brakowało.
I dopiero kiedy w notatniku skończyło się miejsce, Belial zdał sobie sprawę, że cały sześćdziesięciostronicowy zeszyt zarysował portretami Ravena.
Raven z profilu, Raven en face. Raven śpiewający. Raven smutny. Raven roześmiany. Raven w kąpieli. Raven podczas orgazmu. Raven...
- Kurwa - wymknęło mu się na głos. Zamknął notatnik i odsunął go od siebie.
Na szczęście zebranie powoli się kończyło. Belial nie miał zielonego pojęcia, co zostało postanowione, ale miał to totalnie w dupie. Prawdę powiedziawszy, jego obecność tutaj i tak była tylko teatrzykiem: i tak wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że z wyjątkiem pewnych szczególnych sytuacji praca Beliala nie ma absolutnie żadnego powiązania z funkcjonowaniem reszty ministerstwa. Po prostu robił swoje i już.
Dlatego tak się zdziwił, gdy na koniec Lewiatan zaczął przekrzykiwać rozluźnione już towarzystwo.
- Raven, Belial, wy zostajecie. Departamenty Lucyfera i Beliala mają wspólną sprawę. Zostawiam wam całą dokumentację tutaj - powiedział i rzucił tonę papierzysk na środek okrągłego stołu konferencyjnego.
Belial westchnął ciężko. Ja pierdolę, lepiej być nie mogło.
Kiedy sala opustoszała, odważył się wreszcie spojrzeć na nie... na Ravena. Cholera, mieli razem pracować. Będzie musiał to jakoś przełknąć. Później sobie odbije. Naćpa się i przeleci wszystkie modelki w Tokio, choćby miał mu od tego uschnąć. Byle tylko zapchać czymś tę wyrwę w sercu, która powiększała się z każdą chwilą.
Wyciągnął się wygodnie na krześle, rozprostowując pod stołem swoje długie nogi.
- Co tam u ciebie? - zapytał sztucznie wesołym głosem. W końcu od czegoś trzeba było zacząć.
Kurwa, ale bym go teraz zerżnął, jęknął w duchu.
Raven
- Och, no wiesz. Praca, obowiązki, bez większych zmian - odparł po chwili niemal idealnie obojętnym głosem, nieuważnie przeglądając zostawione przez Lewiatana papiery. Prawdę mówiąc, jedynie udawał zainteresowanie nimi - tak naprawdę nie skupiał się w ogóle na treści w nich zawartej. Robił to tylko po to, by zająć czymś dłonie. Żeby nie było widać, jak bardzo mu drżą. - U ciebie, sądząc po plotkach, chyba też wszystko w jak najlepszym porządku? - zagaił, starając się ze wszystkich sił, by w jego głosie nie było słychać goryczy. Szczerze mówiąc, wszystkie te pogłoski o rozpustnym trybie życia jego ex-ukochanego tylko utwierdziły demona w przekonaniu, że Belial jest bez niego znacznie, znacznie szczęśliwszy, bo nie musi się już ograniczać. I może sobie imprezować do woli, nie przejmując się konsekwencjami. Ostatecznie, zawsze lubił się bawić.
Raven odrobinę posmutniał na tę myśl, a jego obojętna zazwyczaj twarz spochmurniała. Więc to jednak prawda. Rzeczywiście byłem dla niego tylko zabawką, którą porzucił, gdy tylko pojawiły się poważniejsze problemy. Przygryzając sobie lekko dolną wargę, zatrzymał wzrok na jakimś wykresie, który interesował go w tej chwili równie mocno jak zeszłoroczny śnieg. I tak potrafił myśleć teraz tylko o Belialu. Wtedy, kiedy to wszystko się zaczęło... powinienem posłuchać się Lucyfera. On od zawsze mnie przed nim ostrzegał, pomyślał demon ponuro.

0 komentarze:
Prześlij komentarz