Gone with the Sin. Rozdział IV

Malkira

Zamrugał kilka razy. Kim jest... kto?
Pytanie Ravena totalnie go zaskoczyło. Przez chwilę sądził nawet, że demon czyta mu w myślach i może wyłapał obraz Shina, który wciąż uparcie powracał przed oczy inkuba. Niedorzeczne, postanowił natychmiast.
Choć, jeśli się głębiej nad tym zastanowić, nie byłoby to przecież niczym dziwnym. Praktycznie każdy nieśmiertelny dysponował jakimiś nadnaturalnymi mocami, więc czemu niby nie telepatia?
Malkira jednak nie brał pod uwagę takiego scenariusza. Po pierwszym ukłuciu niepokoju doszedł do wniosku, że Ravenowi musiało chodzić o kogoś innego. I trochę się przez to wkurzył na siebie. Od kiedy to ten niewydarzony półdemon trzęsie całym moim światem, ha? Niedoczekanie. Odgarnął lśniące, kruczoczarne włosy kochanka na bok i złożył na jego karku kilka leniwych pocałunków.
- Kto? Właściciel tego przybytku? - zapytał wodząc ustami po jego ramieniu. Prawa dłoń Malkiry już delikatnie muskała brzuch demona, zmierzając powoli, lecz nieubłaganie w stronę jego krocza. - Skurwysynem najczystszej wody - mruknął.
Westchnął cicho.
- Ale za to cholernie pociągającym. Nasze szczęście, że go tu dzisiaj nie ma, bo żadnemu z nas by nie odpuścił - dopowiedział znacząco, a potem zaśmiał się zmysłowo. - Chociaż... może to właściwie szkoda.


Belial

Cały dzień go nosiło. Miał ochotę coś rozjebać. Zmienić Ziemię w Piekło, a Piekło obrócić w perzynę. Ukatrupić kilka aniołów, uprzednio opiwszy się ich krwią, a potem kroczyć po zgliszczach świata.
Innymi słowy, był wkurwiony.
I jego wkurwienie sygnowane było dwoma imionami: Lucyfer oraz Adam. W gruncie rzeczy, zawsze wszystko rozbijało się o te dwie osoby. O ich tajemniczą relację (Och, doprawdy, ptaszyno? Naprawdę sądzisz, że jeszcze tego nie rozgryzłem? Że nie widzę twoich powłóczystych spojrzeń w jego kierunku? Waszej poufałości? Czułości, z jaką Lucyfer na ciebie patrzy? Jakby miał cię na tyle sposobów, o jakich nawet mnie się nie śniło?), która doprowadzała Beliala do szewskiej pasji. O to wyznanie, którego Raven nigdy nie poczynił, bo gdy tylko Belial napomykał o Lucyferze, szarooki demon tylko zaciskał usta w wąską linię i otaczał się szczelnym kokonem wyniosłości i pogardy albo nagle jego oczy stawały się szkliste, a smukłe ciało zaczynało drżeć w ramionach rogatego.
I wczorajsza burda nie była wyjątkiem. Belial nie był dumny ze swojego ataku zazdrości. Ani trochę. Ale na mroczne pola siarki, miał powody, by urządzać awanturę, Piekło mu świadkiem. Czy nie był dla Ravena do tej pory dość wyrozumiały?
A jednak jakaś dziwna, nieokreślona tęsknota zaprowadziła go tutaj. Do tego dziwnego baru, w którym aż roiło się od nieśmiertelnych. Do baru, w którym jego wyostrzone zmysły wyczuwały aurę długowłosego demona jak coś namacalnego, którą słyszały tak blisko i wyraźnie, jakby był to krzyk - nie, wrzask raczej - o pomoc.
Ale nigdzie go nie widział.
Przepatrywał całą salę - tę na górze również sprawdził - i nigdzie go nie widział. Nie było Ravena w żadnej z lóż, nie było go w łazience. Nie było przy barze. Ale Belial wiedział, że jego ukochany tu jest.
- Nie ukryjesz się przede mną - mruknął do siebie cicho. Stojący nieopodal wampir spojrzał na niego z zaciekawieniem. Belial tego nie zauważył.
Skupił się na tym, by całą swoją wolę skupić na tym seksownym utrapieniu i wrzasnął w myślach: Gdziekolwiek teraz jesteś, wyjdź, ptaszyno. Czekam tu na ciebie.


Raven

Właściwie to nawet nie zwracał uwagi na słowa inkuba. Przepływały gdzieś obok niego, jakby poza zasięgiem tego, co mógłby usłyszeć czy zrozumieć. W innej rzeczywistości. Mało tego - na parę długich sekund zapomniał całkowicie o istnieniu kochanka. Jasne, wciąż czuł na szyi dotyk miękkich warg. Słyszał zmysłowy, kuszący śmiech; obietnicę rozkoszy. Jakże to typowe dla inkubów. Był też doskonale świadom smukłych palców, zmierzających wzdłuż jego torsu coraz niżej w dół, aż do pobudzonej męskości. Jego ciało wciąż było wrażliwe i podatne na wszystko, co Malkira z nim robił.
Ale umysł przebywał w zupełnie innym miejscu. Przy Belialu - bo to właśnie jego obecność Raven właśnie poczuł. Tę niesamowitą, władczą aurę księcia piekieł, którą z pewnością rozpoznałby każdy przebywający w lokalu demon. Pałającą jak łuna pożaru i zmuszającą do bezwzględnego posłuszeństwa. Raven zadrżał nieznacznie i zbladł. Nie wiedział, dlaczego Belial tu jest. Czy wpadł tu przypadkiem - napić się whiskey i dobrze bawić, jak to on? A może trafił tu jego śladem? Jeśli tak, to jest wściekły czy już się uspokoił? Co ma mu do powiedzenia? Zasypie go kolejnymi wyrzutami czy może wymruczy tym swoim niskim, głębokim głosem: "och, ptaszyno, dlaczego wciąż mi uciekasz"? Pocałuje go, otuli swoimi silnymi ramionami i między nimi wszystko będzie dobrze?
Raven nie wiedział żadnej z tych rzeczy. Jeszcze. Wiedział za to jedno i to mu wystarczyło.
Belial. Jest tutaj. Tuż obok.
Demon westchnął, po czym gwałtownie się odwrócił i położył dłonie na szczupłych ramionach Malkiry, odsuwając go od siebie. Dosyć stanowczo. Na usta cisnęło mu się tysiąc wymówek, dlaczego chce wyjść akurat w takiej chwili, w samym środku... uch, no seksu, bo inaczej tego nazwać nie można było. Normalnie pewnie poświęciłby parę minut na zamydlenie kochankowi oczu. Ostatecznie był w tym całkiem dobry - w kłamstwach, intrygach i wodzeniu innych za nos. Właściwie mógłby to robić nawet we śnie. Ale teraz... teraz szkoda mu było na to czasu. Dlatego po prostu sięgnął po swoją moc i wniknął w umysł kochanka, nakazując mu, by zasnął. Zadziałało... chyba aż nazbyt dobrze. Inkub natychmiast osunął się w jego ramiona z zamkniętymi oczami i nieznacznym uśmiechem błąkającym się gdzieś w kącikach ust.
Goodnight sweet prince, may flights of devils wing you to your rest.
- Zapomnij - wyszeptał Raven, sadzając bezwładne ciało Malkiry na skórzanej kanapie i składając na jego ustach krótki, pożegnalny pocałunek, po czym sięgnął po swoje ubrania, leżące w nieładzie na podłodze. Wciągnął na siebie spodnie i koszulkę, zasznurował glany. Złapał w przelocie jedwabną marynarkę i wyszedł - właściwie to prawie wybiegł - z ukrytej salki, rozglądając się i rozszerzając gwałtownie pole wyczuwania umysłów istot przebywających w najbliższym otoczeniu. I niemal natychmiast się skrzywił, kiedy fala obcych myśli i uczuć gwałtownie zalała jego umysł. Kurwa. Nie było to zbyt przyjemne i Raven starał się nie robić tego zbyt często. Po tak silnych, gwałtownych użyciach miewał zazwyczaj uciążliwą migrenę, zdarzyło się też parokrotnie, że mdlał. Ale w tej chwili niespecjalnie o to dbał. Nawet jeśli miałby zaraz osunąć się nieprzytomny na podłogę, musiał najpierw znaleźć swojego ukochanego.
Zamknął na chwilę oczy, ignorując ból w skroniach i pozwalając, by myślowe macki rozprzestrzeniły się po całym lokalu. Parę sekund... i już go miał.
On. Ciepło. Ogień. Nieokiełznana siła. 
Belial. Tutaj jestem.


Belial

Zobaczył go wcześniej, niż usłyszał. Stał przy lewym krańcu kontuaru i ponad głowami nieśmiertelnych uważnym spojrzeniem obserwował, niby drapieżny ptak w locie na polowaniu, jak Raven wybiega z jakiegoś ukrytego pomieszczenia. Wypatrywał kogoś - prawdopodobnie Beliala - i wyglądał przy tym dość niecodziennie. Jego zazwyczaj nienagannie uczesane włosy były teraz zmierzwione, marynarka nie leżała tak idealnie, a na jego pięknie wyrzeźbionych policzkach znać było delikatny rumieniec. Demon wyglądał na wyraźnie czymś zaabsorbowanego i w pewnym momencie na jego idealnym obliczu zagościł nieprzyjemny grymas. Belial domyślił się, że Raven musiał pozwolić sobie na zapuszczenie się w myśli tłuszczy. Wiedział, ile wysiłku go kosztowało korzystanie z tej mocy. I w jakiś ponury sposób ucieszyło go, że Raven zrobił to tylko po to, by Beliala odszukać. Kiedy usłyszał jego piękny, piękny głos w swojej głowie, leniwie oderwał się od ściany, o którą się opierał biodrem i ramieniem. Powoli ruszył w kierunku długowłosego, i choć w Danse Macabre było teraz naprawdę tłoczno, nikt mu nie stanął na drodze. Nieśmiertelni samoistnie go omijali, jakby jakiś instynkt niezależny od świadomości tak im nakazywał. Gdyby ktoś patrzył uważnie, mógłby dostrzec podobieństwo do ławicy maleńkich rybek, które natychmiast zmieniają swój kurs, ale wcale nie niszcząc swojego szyku - jakby ta obca, groźna obecność ich w ogóle nie dotyczyła.
Belial wwiercał swoje spojrzenie w Ravena. Nie wiedział, dlaczego tu przybył, ale nagle zyskał przeświadczenie, że gdyby go w tej chwili zabrakło, doszłoby do czegoś, czego być może nie potrafiłby Ravenowi wybaczyć.
Pochylił się nad demonem i głęboko wciągnął jego zapach w nozdrza, niemal dotykając ustami i nosem skóry na jego szyi. Na razie nie dotykał go w żaden sposób.
- Pachniesz seksem, ptaszyno. - Wymruczał, a niski ton jego głosu zabrzmiał nieco jak groźba.


Raven

- Uch... możemy porozmawiać o tym w jakimś spokojniejszym miejscu? - spytał, opierając się czołem o ramię ukochanego, bo jakoś tak nagle pociemniało mu przed oczami. Oto wspaniałe skutki nadużywania mocy, pomyślał z niezadowoleniem, próbując pozbyć się sprzed oczu uporczywych, czarnych plam. Ale jakoś opornie mu to szło. - Trochę słabo się czuję - dodał cicho, odsuwając się od Beliala. I zachwiał się nieznacznie, kiedy stracił podporę w postaci jego ciała.


Belial

Zmartwiła go trochę nagła słabość Ravena. Ale przez troskę zaczęła przebijać się podejrzliwość, wymieszana z ukłuciem gniewu. Złapał go mocno za biodra i przyciągnął go do siebie, nie do końca świadom ani siły, z jaką zaciskał palce na wystających kościach, ani tego, że w jego oczach pojawiły się błękitne iskierki.
- Porozmawiać o czym? O tym, że pachniesz seksem?
Uważnie zaglądał mu w oczy. Właściwie rzucił przedtem tym tekstem ot, tak sobie. Widział, że Raven jest w nieporządku i zarumieniony, że nagle wybiegł z jakiejś podejrzanej kanciapy, ale właściwie nie sądził, że jego ukochany mógłby...
Zacisnął mocniej palce i zmrużył oczy.
- Skąd to twoje nagłe osłabienie, Raven? - wycedził.


Raven

- Proszę, nie męcz mnie tutaj - wyszeptał ledwo słyszalnie, przymykając oczy. Był właściwie wdzięczny Belialowi za to, że go trzyma - inaczej zapewne nie mógłby utrzymać się prosto na nogach. Ale chyba byłby jeszcze bardziej wdzięczny, gdyby ukochany odrobinę zluzował uścisk na jego biodrach i przestał na niego warczeć tuż po tym, kiedy Raven był osłabiony po znacznym użyciu mocy i...uch, no seksie. Demon zarumienił się odrobinę na tę myśl. I po tym znowu zakręciło mu się w głowie.


Belial


Niemal zazgrzytał zębami. Niemal.
Wiedział, że telepatia jest dla niego męcząca. Ale, do kurwy nędzy, nie aż tak! Gdyby faktycznie jednorazowe użycie mocy tak go wyczerpywało, Lucyfer już dawno by go wykopał z posady.
Lucyfer.
Oczy Beliala rozbłysły lodowato błękitnym blaskiem.
- Nie tutaj, co? - warknął i popchnął go na ścianę. Nie zawracając sobie głowy Ravenem, gwałtownie otworzył drzwi do pomieszczenia, z którego wyszedł wcześniej Raven. Dlaczego wcześniej nie przyszło mu do głowy, by sprawdzić, czy nie ma tu Lucyfera? To, że nie wyczuwał jego aury, jeszcze o niczym nie świadczyło. Niepotrzebnie poczuł się taki pewny. Przecież też umiał maskować swoją aurę.
Drzwi huknęły o ścianę i tego dźwięku nie zagłuszyły nawet miękkie kotary, a śpiący na kanapie Malkira tylko jęknął coś cicho przez sen.
Belial stanął jak wryty.
No tego to się, kurwa, nie spodziewał.
Oczekiwał zastać tam nagiego Lucyfera, odzianego co najwyżej w bezczelny i pełen wyższości uśmieszek. A co widział?
Zaspanego krewniaka Ravena.
Ja pierdolę.
Był tak zdziwiony, że jego oczy na powrót stały się czarne.


0 komentarze:

Prześlij komentarz