Gone with the Sin. Rozdział XI

Belial

Jeszcze przez chwilę stał bezradnie, tylko przyglądając się, jak Raven płacze coraz mocniej, a potem skapitulował. Nie był w stanie go teraz tak zostawić. Nawet jeśli później się okaże, że długowłosy nie chce mieć z Belialem nic do czynienia i książę się załamie, teraz nie miało to żadnego znaczenia.
Podszedł bliżej i przygarnął go do siebie, obejmując jego targane szlochem ciało. Jęknął cicho. Tak bardzo mu go brakowało! Możliwość dotknięcia tego ślicznego, szczupłego mężczyzny, przytulenia go. Nawet po prostu patrzenia na niego. Jak mógł wytrzymać bez niego ten cały pierdolony rok, no jak? Przecież miejsce Ravena było dokładnie tutaj: w ramionach Beliala!
Głaskał go po głowie, po plecach. Upajał się jego bliskością, jego zapachem. Czy to było podłe z jego strony, że tak wykorzystywał chwilę słabości demona? Być może. Nie dbał o to. Nie w tej chwili.
- Proszę, ptaszyno, nie płacz już - powiedział wbrew sobie. W końcu - jaką miał gwarancję, że kiedy Raven się uspokoi, nie odepchnie go? Miał do tego absolutne prawo. - Ćśśś, wszystko będzie dobrze - wymruczał cicho i przytulił go jeszcze mocniej.


Raven

Wtulił się mocno w Beliala, zarzucając mu ręce na szyję. Tak dawno nie dotykał jego ciała, że wszystko to, co teraz czuł, wydawało mu się wręcz... nierealne. Ale wciąż bardzo przyjemne. Dopóki Belial przy nim był i dopóki trzymał go w ramionach - Raven czuł się szczęśliwy. Pod wpływem wszystkich tych pieszczot i niskiego, uspokajającego głosu księcia dosyć szybko przestał szlochać i teraz już tylko cichutko pochlipywał, dyskretnie zaciągając się jego zapachem, który działał na długowłosego demona jakoś tak... kojąco. Po paru minutach był już całkiem spokojny. No cóż, przynajmniej z zewnątrz.
- Już dobrze... już nie będę płakał - wymamrotał cicho w jego marynarkę. Szczerze mówiąc, teraz było mu jakoś głupio przez ten nagły wybuch płaczu. W końcu nieczęsto mu się to zdarzało, a już na pewno nie przy innych. Ech. Brawo, Adamie. Wspaniałe skutki tłumienia w sobie tego wszystkiego przez rok, pomyślał demon smętnie. I westchnął. Czuł, że chyba powinni teraz z Belialem bardzo, bardzo poważnie porozmawiać. I wyjaśnić sobie wszystko. Ale czy po tak długiej rozłące jakakolwiek rozmowa - albo nawet nieśmiałe marzenia o zejściu się - miały w ogóle rację bytu?


Belial

Było mu tak dobrze ze szczupłymi ramionami Ravena tak ufnie oplatającymi jego szyję, z jego smukłym ciałem przyciśniętym do niego. Chyba się rozklejał. Głupieje na stare lata. Ich relacja wyglądała jak jakaś zdrowo pochrzaniona telenowela. Rozstają się, schodzą, kłócą, ktoś kogoś zdradza, znowu się rozstają... Gdyby tylko wszystko mogło być między nimi dobrze.
Belial westchnął cicho.
To chyba nie było wykonalne. Przecież właśnie z tego powodu postanowił dać Ravenowi wolną rękę.
Położył lewą dłoń na jego policzku i łagodnym gestem skierował jego twarz w górę. W ogromnych oczach widział istną burzę. Patrzył na ten sztorm z niemym zachwytem i nie pierwszy raz odkąd się znali pomyślał, że szary to najpiękniejszy kolor na świecie. Kciukiem pogładził jego delikatną skórę.
- Nigdy nie powiedziałem, że cię nie chcę - wyszeptał i zaczął scałowywać jego łzy.


Raven

Jęknął cicho, czując na swojej twarzy delikatne, słodkie pocałunki. Tak dawno nikt już nie traktował go równie czule i pieszczotliwie. Tak dawno, chyba całe wieki temu... bo przecież tylko Belialowi mógł na to pozwolić.
Bo tylko Beliala kochał w ten sposób.
Tylko Belial mógł go tak dotykać.
Kiedyś.
- Wiesz... dałeś mi to wyraźnie do zrozumienia - powiedział cicho, z żalem. Nie chciał się kłócić, tylko wyjaśnić sobie wszystko. Ale nie mógł nic poradzić na to, że w jego głosie wyraźnie zabrzmiała gorycz. - Kazałeś mi odejść i odciąłeś się ode mnie. Jak sam zareagowałbyś na coś takiego? Co byś sobie pomyślał? - Demon przygryzł sobie lekko dolną wargę. - Dlaczego nie zerwałeś ze mną od razu, w tamtym barze, tylko dawałeś złudną nadzieję, że po mojej "karze" wszystko między nami się ułoży? Masz w ogóle pojęcie, jak wiele czasu zajęło mi, by zrozumieć, że to było rozstanie na zawsze? I jak straszna była to świadomość? - Odsunął się odrobinę, patrząc gdzieś w bok. - Ty miałeś wybór. Ja nie.


Belial

Odruchowo przyciągnął go znów do siebie. Jego ciało raz nauczone długą rozłąką nie chciało ponownie pozwolić mu odejść. Nie, kiedy był tak blisko, że Belial czuł jego obecność tak wyraźnie, że mógł się w niej rozsmakować, otoczyć nią, oddychać nią. Jego twarz ściągnęła się w bolesnym skurczu, kiedy sięgał pamięcią do tamtego dnia, w którym rozpadł się na kawałki.
- Gdy zobaczyłem, jak mocno cię zraniłem, nie miałem innego wyjścia. Zbyt mocno cię kocham, by pozwolić sobie na dalsze krzywdzenie cię - odpowiedział cicho.


Raven

Wkurwił się. I to dosyć mocno. Aż mu oczy pojaśniały.
- Idiota - warknął gniewnie. - No po prostu idiota. Jesteś tak durny, że to przechodzi wszelkie pojęcie. - Zmarszczył brwi ze złością, wydymając lekko wargi i patrząc uparcie w oczy księcia. - To ja sam siebie skrzywdziłem. Dociera to do ciebie czy nie? Jeśli nie chciałbym poddać się karze, po prostu nie wykonywałbym twoich poleceń. Cierpiałem, bo chciałem cierpieć. To nie twoja działka, idioto, żeby wiedzieć, co mnie krzywdzi, a co nie - wyburczał. Teraz już prawie zgrzytał kłami ze złości. I dosyć mocno się zarumienił.


Belial

Uśmiechnął się. Nic nie mógł na to poradzić, ale w tej chwili złość Ravena bardzo go rozczulała. Demon zachowywał się jak kociątko, które bardzo chce być groźne, ale tak naprawdę jest po prostu urocze. I tak też wyglądał Raven: z tymi wydętymi ustami, z rumieńcem na policzkach i lśniącymi ze złości oczami wyglądał ślicznie. A za nazywanie Beliala "idiotą" książę i tak nigdy się przecież nie wkurzał. A już na pewno nie teraz. Teraz... brzmiało to dla niego pieszczotliwie.
- To ja cię skrzywdziłem swoim rozkazem, i nic, co powiesz, mnie nie przekona, że było inaczej - odparł poważnie, ale na ustach wciąż błąkał mu się uśmiech.
Wreszcie nie wytrzymał.
Pochylił się i zaczął Ravena gwałtownie całować.


Raven

Jęknął cicho z zaskoczenia, gdy Belial zaczął go całować. I od razu, nie zastanawiając się nad niczym zaczął z pasją ten pocałunek oddawać. Przez długą chwilę trwali tak, złączeni w miłosnym uścisku - ciało przy ciele, spragnione wargi przy innych spragnionych wargach - aż w końcu od tego obłędnego pocałunku zabrakło im tchu.
- Belial - wyszeptał cicho Raven, odsuwając się nieznacznie i patrząc na niego błyszczącymi oczami. - Belial... naprawdę jesteś największym idiotą, jakiego znam. - I po tych słowach sam wpił się w jego usta, przyciskając się do niego mocno, całym ciałem. Czuł się tak... lekko. I szczęśliwie. Brakowało mu tego przez miniony rok. I sam siebie zapytywał, jakim cudem wytrzymał bez swojego ukochanego tak długo.
Jakim cudem obaj mogliśmy być tak głupi.


Belial

Chyba nigdy wcześniej nie czuł takiej ulgi. Ani tak przemożnego pragnienia. Zgniatał wargi Ravena w gwałtownym, pełnym pasji pocałunku, napierając na niego całym ciałem i zmuszając go do cofnięcia się, aż demon oparł się tyłkiem o blat. Wcisnął się między jego nogi i popchnął mężczyznę, aż ten uderzył plecami o drewno. Oczy Beliala były roziskrzone. Tym razem już się nie hamował, nie próbował stłumić tego jasnoniebieskiego blasku, który padał na Ravena i wszystko dookoła. Zrzucił z siebie marynarkę i poluzował swój krawat, wreszcie zdjął go. A potem złapał krawat Ravena i przyciągnął długowłosego do siebie.
- Nevermore - odpowiedział szeptem, dotykając jego warg, i znowu się w nie wpił. Czuł, że zaraz oszaleje, jeśli nie poczuje słodkiego smaku jego ust. Jeśli go nie dotknie. Jakby nie do końca wierzył, że po całym tym czasie samotności, smutku i rozżalenia Raven znów jest przy nim.
Oderwał się na chwilę i zaczął gorączkowo rozpinać jego koszulę. Nawet jej nie zdjął, był zbyt niecierpliwy. Kiedy tylko uporał się z ostatnim guzikiem, natychmiast przypadł do Ravena i zaczął obdarzać jego tors pospiesznymi pocałunkami, jednocześnie dłońmi zsuwając się na biodra mężczyzny. Przez chwilę zaciskał mocno palce na tych kuszących wypukłościach kości, ale, doprawdy, nie miał w sobie tyle siły, by zadbać o należyte rozgrzanie swojego kochanka. Rozpiął jego rozporek i zsunął mu nieco spodnie, potem to samo zrobił ze swoimi, i znów przypadł do niego. Jego język wdzierał się między pięknie wykrojone wargi demona, jego zęby przygryzały mu dolną wargę. Cały był tym niecierpliwym, niegasnącym pożądaniem. Cały był dla niego.
Odsunął się na chwilę, tylko po to, by wsunąć dwa palce prawej ręki do ust. Possał je, po czym już zwilżone włożył w Ravena. Pieścił go coraz bardziej gorączkowo, aż wreszcie zabrał rękę i po prostu wszedł w niego do samego końca.
- Ptaszyno... - jęknął przeciągle, i w słowie tym było zawarte wszystko, czego Belial doświadczył przez minione miesiące: tęsknota, niewyobrażalna tęsknota, i ból rozstania, i pragnienie, i potrzeba, i cała ta miłość, którą Belial czuł do Ravena. Złączył ich usta i zaczął się w nim poruszać.

0 komentarze:

Prześlij komentarz